Bez porad
Zosi przyszła wiadomość w Messengerze zdjęcie kartki w kratkę, obrysowane cienkopisem, schludne pochylone litery. Pod spodem podpis: Twój dziadek, Władek. Obok krótkie info od mamy: Teraz pisze już tylko tak. Jak nie chcesz, nie musisz odpowiadać.
Zosia przewinęła zdjęcie, powiększyła, żeby rozczytać linijki.
Zośka, cześć.
Piszę do ciebie z kuchni. Mam tu nowego kumpla glukometr. Od rana marudzi, jeśli przesadzę z chlebem. Lekarz zalecił więcej spacerować, ale gdzie ja mam chodzić, skoro wszyscy już na cmentarzu, a ty w tym swoim Poznaniu. Więc postanowiłem spacerować po wspomnieniach.
Dziś, na przykład, przypomniało mi się, jak w siedemdziesiątym dziewiątym z chłopakami wyładowywaliśmy wagony na stacji. Płacili grosze, ale za to można było zwędzić parę skrzynek jabłek. Skrzynki były drewniane, miały takie metalowe klamry po bokach. Jabłka kwaśne, zielone, ale i tak święto. Żarliśmy je tam, na rampie, siedząc na workach z cementem. Ręce szare, paznokcie całe w kurzu, zęby piszczą od piasku. Ale smakowały jak żadne inne.
Piszę to w zasadzie nie wiem po co. Ot, przypomniało się. Nie zamierzam cię pouczać. Ty masz swoje życie, ja swoje badania krwi.
Jak będziesz miała ochotę, napisz, jaka u was pogoda i jak idzie z zaliczeniami.
Twój dziadek Władek.
Zosia się uśmiechnęła. Glukometr, badania. Na dole notka od Messengera: Wysłano godzinę temu. Mama nie odbierała telefonu, więc rzeczywiście teraz tak.
Przewinęła czat. Ostatnie głosówki od dziadka były jeszcze rok temu: krótkie życzenia i jedno a jak tam studia. Wtedy Zosia odpisała tylko uśmiechem i zniknęła.
Teraz długo patrzyła na zdjęcie w kratkę, po czym otworzyła okno odpowiedzi.
Dziadku, cześć. Pogoda trzy na plusie i deszcz. Zaliczenia się zbliżają. Jabłka teraz po osiem złotych kilo. Z jabłkami u nas bida.
Zosia.
Pomyślała, skasowała Zosia, napisała Wnuczka Zosia. i wysłała.
Kilka dni później mama przysłała nowe zdjęcie.
Zośka, dzień dobry.
Twoje pismo odebrałem, czytałem trzy razy. Postanowiłem odpowiedzieć jak należy. Pogoda taka jak u ciebie, może tylko mniej waszych modnych kałuż. Rano śnieg, w południe wszystko płynie, wieczorem lód. Już się dwa razy prawie wyłożyłem, ale widać jeszcze mój czas nie nadszedł.
A skoro o jabłkach mowa. Opowiem ci o mojej pierwszej prawdziwej robocie. Miałem dwadzieścia lat, trafiłem do zakładu. Robiliśmy części do wind. Hałas taki, że uszy odpadały, kurz wisiał na gęsto jak obrus po świętach. Miałem szare robocze portki, do których brudu nie dało się doprać, choćbym nie wiem jak szorował. Palce całe w zadrapaniach, paznokcie pełne smaru. Ale byłem dumny, że noszę przepustkę i wchodzę przez bramę jak dorosły facet.
Najlepszy był nie wypłata, tylko obiad. W stołówce dawali barszcz w ciężkich talerzach, a jak przyszedłeś wcześniej, to i drugi kawałek chleba się złapał. Siedzieliśmy z chłopakami w milczeniu nie że nie było o czym gadać, po prostu byliśmy zbyt padnięci. Łyżka ważyła więcej niż klucz francuski.
Pewnie teraz siedzisz z laptopem i myślisz, że to wszystko archeologia. Ja sam się czasem zastanawiam, czy byłem wtedy szczęśliwy, czy po prostu nie miałem czasu się zastanawiać.
A czym ty się tam właściwie zajmujesz poza zaliczeniami? Pracujesz gdzieś czy teraz to młodzież tylko start-upy zakłada?
Dziadek Władek.
Zosia czytała to na stojąco, w kolejce po zapiekankę na dworcu. Ktoś obok kłócił się z kioskarzem, ktoś inny przekonywał, że Biedronka lepsza. Z głośników darła się reklama suszarki. Przylapała się na tym, że czyta fragment o barszczu i ciężkich talerzach po raz drugi.
Klepała odpowiedź, oparta o barierkę:
Dziadku, cześć.
Dorabiam jako kurierka. Noszę żarcie, czasem dokumenty. Przepustki nie mam, tylko aplikację, która notorycznie się wiesza. Też jem czasem na robocie, nie to że kradnę, po prostu do domu nie zajeżdżam. Biorę coś najtańszego, pałaszuję w klatce schodowej albo u kolegi w aucie. Też w milczeniu.
Co do szczęścia nie wiem. U mnie też jakoś czasu brak na rozkminy.
Ale barszcz w stołówce brzmi świetnie.
Wnuczka Zosia.
Miała ochotę coś jeszcze dopisać o start-upach, ale uznała, że nie ma sensu się tłumaczyć. Niech dziadek sobie sam wyobrazi.
Następny list był zwięzły jak na dziadka:
Zośka, cześć.
Kurierka poważna sprawa. Teraz widzę cię nie jako dziewuchę przy komputerze, tylko babkę w adidasach, wiecznie w biegu.
A skoro już wyciągnęłaś historię o pracy, opowiem, jak dorabiałem kiedyś na budowie. Pomiędzy zmianami w zakładzie, bo kasy wiecznie mało. Taszczyliśmy cegły na piąte piętro po drewnianych schodach. Kurz w nosie, oczach i uszach po sam mózg. Wieczorem sypałem buty, a z nich wysypywał się piasek. Babcia twoja krzyczała, że linoleum już do wymiany.
Najdziwniejsze, że nie pamiętam tego zmęczenia, tylko jeden obrazek. Na budowie był facet, co go wszyscy zwali Staszek. Zawsze pierwszy, siadał na odwróconym wiadrze i obierał ziemniaki scyzorykiem. Wrzucał do starego garnka, który przynosił z domu. Na obiad grzał ten gar na kuchence zapach gotowanych pyrek szedł na całą klatkę. Jedliśmy je rękami, obsypywali solą z torebki. I wydawały się lepsze niż cokolwiek.
Patrzę dziś na paczkę kartofli z Biedry i myślę, że to już nie to samo. Może nie w kartoflach rzecz, tylko w wieku.
A ty co jesz, jak padniesz z nóg? Nie z dostawy, tylko tak naprawdę.
Dziadek Władek.
Zosia nie odpowiedziała od razu. Długo myślała, co napisać o tym naprawdę. Przypomniało jej się, jak ostatniej zimy, po dwunastu godzinach pracy, kupiła w nocnym pierogi, wrzuciła do garnka na wspólnej kuchni w akademiku ktoś wcześniej na tym gotował parówki, pierogi się porozwalały, woda była mleczna, ale zjadła wszystko na stojąco przy oknie, bo stołu nie było.
Po dwóch dniach odpisała:
Dziadku, cześć.
Najczęściej jem jajecznicę, jak padnę totalnie. Dwa-trzy jaja, czasem z kiełbasą. Patelnia straszna, ale jeszcze działa. W akademiku nie mamy swojego Staszka, za to mam sąsiada, który przypala wszystko w mikrofali i klnie jak szewc.
Dużo piszesz o jedzeniu. To dlatego, że byłeś wtedy wiecznie głodny, czy teraz ci brakuje?
Wnuczka Zosia.
Od razu po wysłaniu pożałowała tego ostatniego pytania wydawało się zbyt szorstkie. Ale poszło.
Odpowiedź przyszła szybciej niż zwykle.
Zośka.
Z dobrym pytaniem wyskoczyłaś, jak zwykle. Wtedy naprawdę byłem ciągle głodny. I nie tylko na zupę czy kartofle. Chciałem motorynę, nowe buty, własny pokój, żeby nie słyszeć kaszlu ojca nocą. Chciałem, żeby ktoś mnie szanował. Marzyło mi się wejść do sklepu i nie liczyć drobnych, żeby dziewczyny patrzyły, a nie przechodziły obojętnie.
Teraz jem w porządku. Lekarz mówi nawet, że czasem za dużo. Piszę o jedzeniu chyba dlatego, że to można dotknąć albo sobie przypomnieć. Smak zupy łatwiej opisać niż wstyd.
A jak już mi zadałaś takie pytanie, to podzielę się historią. Bez morału, wiem że nie lubisz.
Miałem dwadzieścia trzy lata. Już chodziłem z twoją przyszłą babcią, ale nie było kolorowo. W zakładzie ogłosili, że szukają ludzi na wyjazd na północ Polski budowy, kasa podwójna, można było w kilka lat uskładac na Poloneza. Zapaliłem się. Już widziałem siebie po powrocie, jak wożę ją tym autem po mieście.
Ale był jeden haczyk. Babcia powiedziała, że ona nie wyjedzie. Zostaje bo tu matka chora, praca, koleżanki. Stwierdziła, że nie da rady z ciemnością i zimnem. Ja jej wtedy burknąłem, że mnie hamuje, że jak kocha, powinna wspierać. Powiedziałem to dużo dosadniej, nie będę cytował.
Pojechałem sam. Po pół roku kontakt się urwał. Wróciłem bogatszy i z autem, ale ona już była czyjaś inna. Długo opowiadałem wszystkim, że mnie zdradziła. Że poświęciłem się, a ona…
A tak naprawdę wybrałem forsę i żelastwo, a nie człowieka. I uparcie udawałem, że tak trzeba.
To był mój głód.
Pytasz, co czułem? Chyba wtedy byłem z siebie zadowolony. Potem latami wdrażałem, że nie czuję już nic.
Jak nie chcesz, nie odpisuj. Wiem, że nie masz teraz głowy do opowieści emeryta.
Dziadek Władek.
Zosia czytała to kilka razy. Słowo wstyd utkwiło jej jak ość. Złapała się na tym, że szuka między wierszami jakiegoś usprawiedliwienia ale dziadek nie dawał.
Napisała nowe: Żałujesz?. Skasowała. A gdybyś został?. Też zniknęło. W końcu wysłała zupełnie coś innego.
Dziadku, cześć.
Dzięki, że to napisałeś. Sama nie wiem, co odpowiedzieć. U nas w rodzinie o twojej byłej babci mówimy, jakby zawsze była tylko babcią, bez innych wersji.
Nie mam żalu. Sama niedawno wybrałam pracę zamiast kogoś. Miałam chłopaka. Akurat zatrudniłam się na lepsze zmiany jako kurierka. Ciągle byłam na mieście, na nogach. Mówił, że się mijamy, że jestem wiecznie zestresowana, gapię się w telefon. Ja mówiłam musimy przetrwać, potem będzie lepiej.
W końcu powiedział, że ma dość czekania. Ja odburknęłam, że to jego problem. Też powiedziałam dosadniej, nie będę cytować.
Dziś, gdy wracam do akademika o jedenastej i smażę jajko, czasem myślę, że też wybrałam kasę i kursy, a nie człowieka. I udaję, że tak miało być.
Może to u nas rodzinne.
Zosia.
Tym razem list dziadka był już nie w kratkę, a w linię. Mama dopisała głosówkę: Blok się skończył, wziął zeszyt.
Zośka.
Z tą rodzinną skłonnością to ładnie wyszło. U nas w ogóle lubi się zwalać na rodzinę. Pije bo dziadek pił, krzyczy bo babcia była oschła. Ale koniec końców i tak wybór należy do ciebie. Bo czasem przyznać przed sobą, że się samemu źle zrobiło, wymaga odwagi większej niż wymyślić sobie dziedziczenie.
Gdy wróciłem z północy nowe życie: auto, pokój w akademiku, trochę grosza w kieszeni. Wieczorem siadam na łóżku i nie wiem, co ze sobą począć. Kumple po rozjazdach, w zakładzie nowy majster, w domu czeka kurz i stare radio.
Raz pojechałem pod dom byłej-babci. Stałem naprzeciwko, patrząc w okna. W jednym światło, w drugim ciemno. Zamarzłem, a patrzyłem dalej. Wreszcie wyszła z wózkiem, obok facet, trzyma za łokieć, gadka, śmiechy. Ja za drzewem, jak gimnazjalista. Patrzyłem, póki nie zniknęli za rogiem.
I wtedy po raz pierwszy do mnie dotarło, że nikt mnie nie zdradził. Po prostu każdy wybrał swoje. Tylko przyznać to przed sobą zajęło mi dziesięć lat.
Ty piszesz, że zamieniłaś chłopaka na pracę. Może jednak wybrałaś nie pracę, tylko siebie? Może ważniejsze było wyjść na prostą, niż chodzić do kina. I tyle. To nie grzech, po prostu fakt.
Najbardziej boli, że my w ogóle nie umiemy powiedzieć sobie wprost: teraz to dla mnie ważniejsze niż ty. Zamiast tego wymyślamy górnolotne teksty, a potem wszyscy mają focha.
Nie piszę tego, żebyś go odzyskiwała. Nawet nie wiem, czy warto. Ale może kiedyś staniesz pod czyimś oknem i zrozumiesz, że można było uczciwiej.
Twój stary Władek.
Zosia siedziała na parapecie w korytarzu akademika, telefon grzał jej dłoń. Za oknem auta jechały po kałużach, pod wejściem ktoś popalał. U sąsiadów dudniła muzyka.
Myślała długo, co odpowiedzieć. Przypomniała sobie, jak stała pod oknem dawnego chłopaka, gdy już nie odbierał. Patrzyła na firanki, na światło, miała nadzieję, że zaraz wyjrzy. Nie wyjrzał.
Napisała:
Dziadku, cześć.
Też stałam pod oknem. Też się ukryłam, jak zobaczyłam go z inną. On z plecakiem, ona z siatką z Żabki. Śmiali się. Pomyślałam, że mnie odsunięto od życia. Teraz czytam ciebie i myślę, że sama się wycofałam.
Piszesz, że zajęło ci to dziesięć lat. Mam nadzieję, że mi pójdzie szybciej.
Nie będę odzyskiwać. Może przestanę udawać, że mi wszystko jedno.
Wnuczka Zosia.
Kolejny list był już o innym.
Zośka.
Pytałaś kiedyś o pieniądze. Nie odpowiadałem, bo nie wiedziałem, jak to ugryźć. Teraz spróbuję.
U nas w domu pieniądze były jak pogoda. Rozmawiało się o nich tylko, jak było bardzo źle, albo akurat niespodziewanie dobrze. Twój tata, jak był mały, spytał mnie raz ile zarabiam. Akurat miałem dodatkową pracę, więc było więcej niż zwykle. Powiedziałem z dumą sumę. Otworzył oczy: O rany, ty jesteś bogaty. Zaśmiałem się: To grosze.
Minęły dwa lata, mnie zwolnili, wypłata zjechała o połowę. Znowu spytał: A czemu teraz tak mało? Przestałeś dobrze pracować?. Wtedy go zrugałem. Mówiłem, że nic nie rozumie, że niewdzięczny. A on po prostu próbował pojąć, o co w tym chodzi.
Długo to wspominałem i wtedy, myślę, nauczyłem go nie pytać więcej o pieniądze. Wyrósł i naprawdę nie pytał. Po cichu dorabiał po swojemu a ja cały czas fantazjowałem, że sam się domyśli, jak mi ciężko.
Z tobą nie chcę tego powtórzyć. Więc powiem wprost. Emerytura marna, ale na leki i bułki starcza. Na auto nie odłożę i już nie muszę. Teraz zbieram najwyżej na nowe zęby, stare już słabe.
A ty jak? Dawasz radę? Nie chodzi mi o to, żebym ci słał przelewy i majtki, po prostu pytam, czy nie głodujesz i czy masz na czym spać.
Jak wolisz odpowiedzieć tylko w porządku, to rozumiem.
Dziadek Władek.
Zosi coś się ścisnęło w środku. Przypomniała sobie, jak kiedyś pytała ojca, ile zarabia; reagował żartem albo zniecierpliwieniem później się dowiesz. W końcu wyszła z założenia, że o kasę pytać nie wolno.
Długo patrzyła w tekst, w końcu napisała:
Dziadku, cześć.
Nie chodzę głodna i nie śpię na podłodze. Mam łóżko (nawet z materacem, może nie extra, ale spoko). Sama płacę za akademik, bo tak się z ojcem umówiłam. Czasem się spóźniam, ale nie wyrzucają.
Na jedzenie wystarczy, jeśli nie szaleję. A jak gorzej, biorę więcej kursów potem się snuję, jak zombie. Ale to był mój wybór.
Trochę głupio mi, że pytasz, a ja ciebie nie. Że nie mogę napisać: Dziadku, starcza ci?. Ale i tak już odpowiedziałeś.
Szczerze mówiąc, łatwiej byłoby mi przeczytać: Mam się dobrze, bez szczegółów. Ale wiem, że to przez to, że od dorosłych zawsze prawie nic się nie słyszało.
Dzięki, że piszesz wprost.
Zosia.
Potem jeszcze dopisała, nim rozmyśliła:
Jak kiedyś będziesz czegoś potrzebował, a emerytura nie wystarczy napisz. Nie obiecuję, że załatwię, ale będę wiedzieć.
Odpowiedź dziadka była najbardziej koślawa ze wszystkich dotychczasowych; litery tańczyły, linijki kręciły w bok.
Zośka.
Twoje gdyby ci nie starczyło czytałem kilka razy. Najpierw chciałem napisać, że nic mi nie potrzebne, że stary jestem, że wystarczy mi paczka herbatników i apteka. Potem poprawić żartem, że jak już, to może nowy skuter.
A potem pomyślałem, że całe życie udawałem twardziela, co sam wszystko podoła. I w rezultacie zostałem dziadkiem, który wstydzi się poprosić wnuczkę nawet o drobiazg.
Więc mówię tak jak kiedyś naprawdę czegoś mi zabraknie, postaram się nie udawać, że to nie ważne. Ale póki mam herbatę, chleb, tabletki i twoje listy na razie wystarczy. To nie metafora to lista.
Myślałem kiedyś, że jesteśmy bardzo inni. Ty z tymi… ajfonami, ja z radiem na parapecie. A teraz widzę, że mamy mnóstwo wspólnego. Oboje nie cierpimy prosić. Oboje udajemy, że nam nie zależy, kiedy tak nie jest.
A skoro już tak szczerze ci piszę, to powiem coś, o czym się w rodzinie nie mówi. Zobaczymy, co z tym zrobisz.
Jak twój tata się urodził, wcale nie byłem gotowy. Dostałem wtedy pracę, dano nam pokój w akademiku, myślę nareszcie ruszy z kopyta. A tu bach, dzieciak. Krzyk, pieluchy, nieprzespane noce. Wróciłem po nockach, on wrzeszczy. Byłem wściekły. Raz tak wnerwiony rzuciłem butelką w ścianę, że się rozprysła mleko rozlało się po podłodze. Babcia zapłakana, dzieciak wrzeszczy, a ja myślę, żeby wyjść i już nie wracać.
Nie wyszedłem. Ale latami tłumaczyłem sobie, że to tylko nerwy. A przecież miałem ochotę uciec. I jakbym uciekł, nie byłoby dziś naszej korespondencji.
Nie wiem, po co ci to wiedzieć. Może żebyś wiedziała, że dziadek nie jest ani bohaterem, ani wzorem. Zwykły facet, któremu czasem chciało się uciec.
Jeśli po tym przestaniesz pisać rozumiem.
Dziadek Władek.
Zosi zmarzło i rozgrzało się na zmianę przy czytaniu. Obraz dziadka, który do tej pory był ciepłym kocem i zapachem mandarynek na Wigilię, nagle nabrał ostrzejszych kolorów. Zmęczony facet w akademiku, dziecko, krzyk, mleko na podłodze.
Przypomniała sobie, jak w zeszłe lato, gdy dorabiała wychowawczynią na koloniach, nakrzyczała na płaczącego chłopca. Chwyciła go zbyt mocno za ramiona, dzieciak się rozpłakał. Całą noc Zosia się gryzła, że będzie z niej kiepska matka.
Długo siedziała nad pustym czatem. Palce same wystukały: Nie jesteś potworem. Skasowała. Kocham cię tak samo. Skasowała, speszona własnym słowem.
Wysłała w końcu:
Dziadku, cześć.
Nie przestanę do ciebie pisać. Nie wiem, jak się odpowiada na takie rzeczy. U nas o takich sprawach się nie mówi. O krzyku, o chęci ucieczki. U nas wszyscy milczą albo żartują.
Latem pracowałam na obozie. Był tam chłopak, co ciągle płakał i chciał do domu. W końcu tak na niego warknęłam, że sama się sobie przestraszyłam. Całą noc myślałam, że jestem złym człowiekiem i że nie powinnam mieć dzieci.
To, co napisałeś, nie sprawia, że mniej cię lubię. Raczej sprawia, że jesteś prawdziwy.
Nie wiem, czy będę umiała kiedyś tak samo szczerze opowiedzieć swojemu dziecku. Ale może chociaż nie będę udawać, że zawsze mam rację.
Dzięki, że wtedy nie uciekłeś.
Zosia.
Kliknęła Wyślij i po raz pierwszy czekała nie z obowiązku, tylko z ciekawością.
Odpowiedź przyszła po dwóch dniach. Mama już nie przysłała fotki, tylko napisała: Opanował dyktafon, ale kazał nie przestraszyć się. Przepisałam.
Na ekranie nowe zdjęcie kartki w linię.
Zośka.
Czytałem twojego maila i myślę, że w twoim wieku jesteś już dużo odważniejsza ode mnie. Przynajmniej przyznajesz, że się boisz. Ja wtedy wszystkim udawałem chojraka, a potem tłukłem taborety.
Nie wiem, czy będziesz dobrą matką. Ty tego nie wiesz. Nikt nie wie to okazuje się w praniu. Ale już to, że się nad tym zastanawiasz, znaczy naprawdę sporo.
Napisałaś, że jestem prawdziwy. To jeden z milszych komplementów, jakie dostałem. Zwykle słyszałem, że uparty, marudny, zrzędliwy. A tak, żeby mnie ktoś nazwał żywym dawno nie słyszałem.
Skoro już tak sobie piszemy, to chciałem cię od dawna o coś zapytać, ale się wahałem. Więc pytam: jak cię zanudzę swoimi wspominkami, to mi napisz, żebym pisał tylko w święta. Nie chcę cię zamęczyć swoim życiem.
Jeszcze jedno jakby ci się kiedyś zachciało wpaść tak po prostu, bez okazji, to daj znać. Mam zapasowy stołeczek i czystą filiżankę. Sprawdzałem, naprawdę czysta.
Twój dziadek Władek.
Zosia uśmiechnęła się na wzmiankę o filiżance. Wyobraziła sobie tę kuchnię, stołek, glukometr na stole, worek ziemniaków pod kaloryferem.
Otworzyła aparat, zrobiła zdjęcie własnej akademikowej kuchni. Na fotce: zlew pełen naczyń, patelnia straszna, paczka jajek, czajnik, dwie filiżanki, jedna wyszczerbiona. Na parapecie słoik z widelcami.
Wysłała zdjęcie dziadkowi i dopisała:
Dziadku, cześć.
To moja kuchnia. Stołki dwa, filiżanek sporo. Jak ci się kiedyś zachce wpaść bez powodu, będę w domu. No, prawie w domu.
Nie zanudziłeś mnie. Czasem po prostu nie wiem, co odpisać to nie znaczy, że nie czytam.
Możesz opowiedzieć coś nie o pracy ani o jedzeniu. Coś, czego nigdy nikomu nie mówiłeś, nie dlatego, że wstyd, tylko że nie było komu.
Z.
Kliknęła Wyślij i nagle zrozumiała, że właśnie zadała pytanie, którego nigdy nie ośmieliła się zadać żadnemu dorosłemu w rodzinie.
Telefon odłożyła obok na stół. Na kuchence syczała cicho jajecznica. W pokoju za ścianą ktoś zarechotał. Zosia przełożyła jajka, zgasiła gaz i usiadła na własnym stołku, wyobrażając sobie, jak kiedyś na takim samym po drugiej stronie zasiądzie dziadek, z filiżanką w łapie, i już nie na kartce, tylko na żywo, rzuca kolejną historią.
Nie wiedziała, czy dziadek faktycznie przyjedzie, ani co będzie dalej. Ale sama myśl, że ma kogoś, komu może wysłać zdjęcie brudnej kuchni i napisać a u ciebie jak?, dawała niemal śmiesznie spokojne uczucie.
Wzięła telefon, przejrzała czat: kratka, linia, własne krótkie Z.. Odłożyła ekranem w dół, żeby nic nie przegapić, gdyby przyszło nowe powiadomienie.
Jajecznica już wystygła, ale i tak zjadła do końca, powoli, jakby dzieliła się z kimś drugim.
Przepraszam, za kocham się nie pojawiło. Ale coś tam już między wierszami było. I póki co wystarczało.



