Mąż z testamentu

Mąż w spadku

Z przedziału wyszła wysoka, postawna kobieta o donośnym głosie. W mgnieniu oka przegoniła wszystkich, którzy zakłócali spokój podróżnym. Trzeba przyznać, że nawet najbardziej zuchwali i hałaśliwi mężczyźni podporządkowali się jej natychmiast, niczym na komendę.

Miała na głowie warkocz spleciony wokół, włosy koloru pszenicznego. Jej oczy były jasnoniebieskie, a policzki aż płonęły rumieńcem. Spojrzała w stronę toalety. W tej samej chwili wyskoczył stamtąd niewysoki, drobny mężczyzna z włosami białymi jak śnieg, o twarzy rozczulająco dziecięcej.

Wicuś! Już myślałam, że Cię zgubiłam! Słyszę harmider, konduktorka boi się podejść, myślę: co tam się dzieje? Takich to mogą zaczepić zupełnie bez powodu! powiedziała kobieta.

Oj, Weroniczko! Ja bym im pokazał! Co wyszłaś, Weroniko? Przecież dama jesteś! mężczyzna nieśmiało się uśmiechnął i przemknął do przedziału.

Przeglądnęła spojrzeniem mnie i jeszcze dwóch znudzonych podróżnych. Nie widząc zagrożenia dla siebie ani dla swojego towarzysza, sama też zniknęła za drzwiami.

Później spotkałyśmy się w wagonie restauracyjnym. Miejsc nie było, więc przysiadłam się do niej. Męża nie było widać. Gdy zjadła mięso z ziemniakami, donośnie oznajmiła:

Nazywam się Weronika Laskowska, można mówić po prostu Wera.

Podróżuje pani sama? Mąż dołączy za chwilę?

Odpoczywa. Nie przyjdzie. Owinęłam mu gardło szalikiem, dałam naparu z żurawiny. Wyobraź sobie, jedziemy pociągiem, a Wicuś wymyślił sobie chorować! Ech, co za człowiek. Wyszedł wytrzepać dywan w samym swetrze. Nie upilnowałam! tłumaczy się.

Chyba bardzo go pani kocha. Przecież to pani go broniła przed chuliganami, a nie on panią. A teraz mówi pani o nim z prawdziwą czułością zauważyłam.

Wicuś to mąż… po spadku. Nie mój on był od początku. Mieszkamy razem, ale opłakuje jeszcze pierwszą żonę. O, kobieta była święta! Dobra jak chleb! westchnęła Wera.

Jak to, po spadku? zdziwiłam się.

I Weronika zaczęła opowiadać.

Wiktor żył wcześniej z Lidią. Znali się od podstawówki, razem chodzili na politechnikę, pobrali się. Był pomysłowy, utalentowany potrafił wymyślić dosłownie wszystko. Dostawał zlecenia z różnych firm, finansowo radzili sobie świetnie. Za to w codzienności Wiktor był całkowicie niezaradny. W sklepie zapominał reszty, przechodził przez ulicę w złym miejscu, nie wiedział gdzie i co kupić, ufał każdemu. Naiwny, jak dziecko. Potrafił oddać ostatnie pieniądze zupełnie obcemu człowiekowi.

Twój facet to nie z tej ziemi! Jakby go tu kto przez pomyłkę wysłał mówili znajomi. Nic nie potrafimy zarobić, męczymy się, a jemu pieniądze same wpadają do kieszeni!

Lidia była pełna energii i zaradności. Jej starczyło dla dwóch osób. Sama ubierała męża, patrzyła, czy wziął rękawiczki, zawiązała szalik. Potem kupili samochód, żeby móc go wozić. Bo raz, zamówiwszy taksówkę, Wiktor podał zły adres zamyślił się. Tworzyli niezwykłą parę, uzupełniali się znakomicie.

Gdy pewnego razu Lidia trafiła na tydzień do szpitala, po powrocie zastała męża, który przez ten czas jadł suchy makaron i pił wodę. Nawet nie zaparzył sobie herbaty. Wszystko, co zostawiła zamrożone, zostało nietknięte.

Bez ciebie nie mam ochoty, nawet apetyt znika! powiedział tylko Wiktor.

Synek ich wdał się w ojca. Andrzejek równie genialny, ale cichy i roztargniony. Umysł ceniony, ale żonę znalazł sobie z tej samej gliny co on cichą, spokojną, Olę ze wsi. W domu rządziła niepodzielnie Lidia. Gotowa była dźwigać wszystkich na swoich barkach; tym bardziej, że niedawno urodził się wnuk, Leszek. Ale… zachorowała poważnie. Z łóżka już nie wstawała.

Dom wręcz posmutniał. Wiktor nie wiedział, jak żyć dalej. Jeździł do najlepszych lekarzy, gotów był zapłacić każde pieniądze za ratunek. Ale na to nie było lekarstwa.

Lidia całym sercem martwiła się nie o siebie, a o bliskich. Wiedziała, że bez niej mąż i syn przepadną! Modliła się, by Bóg pomógł uratować jej rodzinę przed samotnością. I pojawiła się Wera była opiekunką, daleką krewną lekarza prowadzącego Lidię.

Gdy Weronika pierwszy raz przyszła do ich mieszkania w Warszawie, przywitał ją zaskakująco delikatny mężczyzna, mówił półgłosem, ledwie słyszalnie. Wszędzie panował chaos, góry brudnej bielizny i nieumyte naczynia, choć zmywarka stała w kącie. W domu czuć było przygnębienie i bezsilność.

Na łóżku leżała słaba, wychudzona, ale pięknooka kobieta. Uśmiechnęła się do Wery, a ta zakasała rękawy.

Pod wieczór mieszkanie lśniło. W całym domu czuć było zapach świeżo upieczonych mielonych, drożdżówek i smażonego kurczaka. Lidia spała przykryta świeżą pościelą. Wiktor, który próbował wylecieć do miasta w letniej kurtce, został przeszyty donośnym głosem Wery:

Gdzie się pan wybiera w takim chłodzie, panie Wiktorze? Szkoda, żeby pan się rozłożył. Żonie pan potrzebny! Zakładać kurtkę, szalik, czapkę. I już, marsz do miasta! stanowczo zarządziła.

Lidia aż się rozpłakała z wdzięczności. Długo w izbie panował smutek, teraz było inaczej: głośno, energicznie, ale od razu wszystko szło ku lepszemu.

Dzięki Ci, Boże. Już teraz nie są sami wyszeptała.

Gdy zdrowie wyraźnie się pogorszyło, Lidia poprosiła Weronikę o rozmowę. Delikatnie wypytała, gdzie Wera mieszka, jak jej się układa. Okazało się, że z mamą i rodziną siostry, w maleńkim mieszkaniu na Mokotowie. Tłoczno, starała się wracać późno, by domownicy i tak mieli wesoło. Mimo braku partnera nigdy nie narzekała uważała, że jakoś sobie sama poradzi.

Lidia zdobyła się wtedy na nietypową prośbę:

Weroniko, opiekuj się nim, kiedy mnie zabraknie. Tobie go zapisuję. Proszę, przynajmniej przez jakiś czas dopilnuj chłopa szeptała przez łzy.

Wera była w szoku. Chciała odmówić, ale rozmowa zmieniła wszystko. W końcu obiecała.

Gdy Lidii zabrakło, Wera miała dylemat: jeszcze ktoś pomyśli, że przyszła po mieszkanie albo majątek. Poza tym przecież on jej się nawet nie podoba. Jednak złożyła obietnicę. Poszła więc odwiedzić Wiktora. Nie otwierał, więc weszła do środka. Zastała go siedzącego w pokoju, w żałosnym stanie, wtulonego w szlafrok żony i szlochającego rozpaczliwie, jak dziecko porzucone przez matkę.

Wera przykucnęła obok.

Oj, biedaku ty mój… Lidia miała rację, ciężko ci… Zrobię herbatę, jeszcze będzie lepiej, wytrzymaj… otarła łzy mężczyźnie.

Opiekowała się nim z sercem. Dom powoli ożył. Wiktor z utęsknieniem wyczekiwał każdej wizyty. Aż w końcu Wera się przeprowadziła.

Pomyślałam, po co zostawiać go samego? Moi bliscy tylko się ucieszyli mówiła mi w pociągu. Dostałam dorosłe dziecko, a nie męża. Ale mądrego! Finansowo nie ma żadnych problemów. Kazał mi rzucić pracę w kilku domach, zostawić tylko opiekę nad nim. Gadają ludzie? Niech gadają! Przecież i psy, i koty przygarnia się z ulicy, to i człowieka można! Są tacy zagubieni, bezsilni, przewróceni na karapaku, ktoś im mówi „idź naprzód”, ale nie mogą sami wstać. Pomogę, ile będę mogła. Dobry człowiek z tego Wiktora. A jednak chyba się sobie przydaliśmy! Teraz jedziemy do jego syna; prosił, żebym pomogła z wnukiem. I z radością! Dzieci mogę niańczyć nawet dziesiątkę! zakończyła opowieść.

W tej chwili drzwi wagonu się otworzyły i pojawił się Wicuś, ciągnąc za sobą szalik i tuląc bukiet polnych kwiatów.

Po co wstałeś! Jeszcze słaby jesteś! Ojej, nie można cię zostawić samego. Cały się spociłeś, trzeba cię przebrać! pokrzykiwała Wera, prowadząc go do wyjścia.

A Wiktor z błyszczącymi oczami szeptał jej:

Weronisiu! Kupiłem Ci kwiaty u babuszek na peronie! Lubisz?

Weronika jeszcze bardziej się rumieniła, a dłoń położyła mu na ramieniu.

Wysiedli z pociągu wcześniej. Ona taszczyła wielką walizę, on małą torbę. Trzymała go ciągle za kołnierz, jakby miał się zgubić w tłumie. Szli razem, oboje uśmiechnięci jak dwa promienie słońca i nie było wątpliwości, że Wera będzie dla niego prawdziwą drugą żoną.

Warto pamiętać, że człowiek czasem potrzebuje drugiego, by uczyć się życia na nowo, bez względu na wiek. Prawdziwa bliskość i troska mogą zmienić każdego i często dobro wraca dokładnie wtedy, gdy najbardziej go potrzebujemy.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

16 − trzynaście =

Mąż z testamentu