Mój mąż prowadzi bardzo ożywione pogaduszki z dawną znajomą.
Powinnam się chyba uważać za szczęściarę, że przy moim boku stoi mąż no niemal wzorcowy egzemplarz faceta! Ale, jak wiadomo, ideały to występują wyłącznie w poezji. Z czasem okazało się, że mój mężczyzna ma jeden drobny defekt: jest przesadnie towarzyski, otwarty i wręcz rozbrajająco sympatyczny. Niby nic złego, ale
Marek, bo tak ma na imię mój mąż, wyjątkowo dobrze czuje się w kobiecym towarzystwie. Nie chowa przede mną wiadomości, nie ma tam żadnych smaczków, ale i tak krzywię się na ten temat. Od lat utrzymuje kontakt z byłą współpracownicą. Grażyna, bo tak się nazywa, lata temu wyszła za mąż za jakiegoś Francuza i wyniosła się do Lyonu, ale jej nazwisko magicznie nie chce zniknąć z naszej domowej rzeczywistości.
Za każdym razem, gdy w pracy czy na spotkaniu zdarzy mu się coś śmiesznego albo sensacyjnego, dzień zamienia się w wieczór SMS-ów do dwóch kobiet: do mnie i do niej. Jak trzeba podjąć jakąś życiową decyzję, odprawia rodzinne konsylium nie tylko przy mojej kawie, ale i przez Messengera z Grażyną. Omawiają wszystko nawet głupoty, które powinny zostać wyłącznie między nami. Przyznaję szczerze: zgrzytam zębami.
Oczywiście, jeszcze raz muszę przyznać to naprawdę świetny chłop. W domu dzielimy się obowiązkami po bożemu: ja gotuję, on zmywa (chociaż czasem wygląda to tak, jakby kreatywnie rozmieszczał naczynia w zlewie). Pracuje i to za niezłe pieniądze, złotówki same płyną na konto. Wspólne wyjścia mamy regularnie od kina, przez teatr, po sushi na Nowym Świecie. I wszystko byłoby jak w folderze reklamowym gdyby nie ta jedna zagadka: po co mu jeszcze inne kobiece komentarze?
Może brzmię teraz jak jakaś przewrażliwiona żona ze starych polskich komedii, ale zaczęłam czuć zazdrość. Inne dziewczyny z jego biura kompletnie mnie nie ruszają. Ale ta stara znajomość? Cóż tego nie łapię. Czego on tam szuka? Co ona mu może jeszcze dać, czego nie znajdzie w domu?



