Więźniarka

ZESKANA

Stary, wysłużony autobus jeszcze przez chwilę dymił spalinami, po czym odjechał, zostawiając mnie samej sobie. Rozejrzałam się po okolicy. Tutaj w zasadzie nic się nie zmieniło. Ta sama rozmazana droga zalana tłustą, czarną mazią, te same krzaki pochlapane błotem. Gdzieś z oddali, przy granicy lasu, rozciągała się wstęga wsi pierwsze żółte prostokąty okien już świeciły na tle zmierzchu. Słychać było ujadanie psów i gęganie gęsi, których głosy jak dawniej drażniły uszy.

Tak, tu czas się zatrzymał, pomyślałam, patrząc na dobrze znany krajobraz, niemal wszystko wygląda jak przed sześcioma laty. Prawie wszystko. Tylko po prawej stronie na wzgórzu nie było już szeregu maszyn rolniczych oświetlonych niegdyś bladymi latarniami. Teraz została tylko pustka. Nie wiem, co stało się z gospodarstwem Goliszewskiego pewnie spadkobiercy rozsprzedali wszystko, co się dało.

Ruszyłam w stronę głównej ulicy wsi, czując, jak wzrok sąsiadów wypala mi dziury w plecach. Każde okno wydawało się obserwować mnie z ukrycia, każda twarz oceniać. Poszłam z głową nisko, chustą przesłoniłam twarz. Bywało, że bałam się, iż ktoś znienacka rzuci we mnie kamieniem zza rogu. Cóż mnie jednak czekało poza rodzinną wsią? Miałam tylko ten dom, nawet jeśli większość ludzi patrzyła na mnie z nienawiścią. Przez moją sprawę pół wsi straciło pracę sześć lat temu.

Z tamtej beztroskiej, ładnej dziewczyny, którą byłam, niewiele zostało. Nikt już nie nazwałby mnie śliczną, błyskotliwą Jagodą, która ujęła serce surowego Zbigniewa Goliszewskiego. Kiedyś mieszkałam sama, na uboczu, w rozwalającym się domku przy parowie. Goliszewski był prawie lokalnym magnatem cała wieś pracowała u niego. Kiedy przeprowadziłam się do niego, wydawało mi się, że wygrałam los na loterii.

Rzeczywistość okazała się bolesna. Zbyszek był przekonany o swojej wyjątkowości, traktował ludzi z góry, a mnie jak coś, co można sobie mieć. Najpierw odsunął ode mnie przyjaciółki i narzucił swoje zasady: skromny ubiór, zero makijażu, żadnych wyjść do pracy. Moje życie to była lista zakazów. Gotowałam dla niego rosół, sprzątałam dom i czekałam aż wróci. Ciągłe podejrzenia o zdradę doprowadzały go do furii. Udowadniałam, że jestem mu wierna ale wszystko na nic. Zbigniew był coraz bardziej rozgoryczony, a kiedy sięgnął po przemoc, wróciłam do mojego domku przy parowie, by otrząsnąć się z tego koszmaru.

Najgorsze jednak dopiero miało nadejść. Przyszedł dzień później. Szorowałam podłogę w kuchni, drzwi otwarte, świeże powietrze pachniało kwiatami i czystością. Monotonia mycia uspokajała mi nerwy. Wtedy Zbyszek wszedł, kopnął wiadro woda rozlała się po całej kuchni. Wtedy wiedziałam, że po wiadrze przyjdzie czas na mnie.

Później miałam pustkę w głowie: pamięć wyrzuciła z siebie cały ten dzień. Ocknęłam się, gdy na podwórzu roiło się już od policjantów, a ktoś machał mi kuchennym nożem pod nosem i zadawał pytania. Za płotem tłoczyli się ludzie, wnętrze domu wyglądało jak po eksplozji porozwalane meble, zerwane firanki, a pośrodku leżał Zbyszek.

Doprowadziła chłopa do zguby! szeptali zza płotu. Za bardzo kręciła się po wsi, to ma. Czego jej brakowało? Tylko w szczawiu spać! Dobrego faceta zgubiła! I co z nami, co dalej? Dzięki niemu była dla nas praca! Wieś zamruczała podirytowana: I co teraz? Za co żyć?

Dostałam sześć lat więzienia. Odsiadywałam wyrok w zakładzie karnym o normalnym rygorze. Lata odsiadki przeżyłam z trudem, choć nie było aż tak strasznie, jak sobie wyobrażałam. Moje łagodne usposobienie i umiejętność słuchania sprawiły, że znalazłam tam przyjaciółki to one sprawiły, że dało się jakoś funkcjonować. Fizycznie już nie przypominałam dawnej siebie przybyło mi lat i kilogramów, pojawiły się siwe włosy. Nie miałam ochoty się stroić. Nigdy nie sądziłam, że trafię za kratki. Przecież zawsze wydawało mi się, że trafiają tam tylko upadli. Ale jak mówią, od więzienia i od biedy nie uciekaj! Życie potrafi się załamać w jednej chwili. Teraz jestem zeskana.

Skradałam się ze ściśniętym sercem, chustą zasłaniając twarz. Czy dom jeszcze stoi? Może wszystko rozebrali na opał… Jednak przy samym parowie, między dwoma rozłożystymi brzozami, wyraźnie widziałam ściany swojego domku. Z głębi dolinki ciągnął chłód, szemrał strumień, żaby kumkały, a w lesie nad parowem czekały na mnie grzyby, tak dobrze znane z dzieciństwa: podgrzybki, maślaki, kozaki… Mogłabym od razu ruszyć do lasu z koszykiem!

Przemknęłam cicho przez furtkę, wyjęłam klucz ze starych drzwi. Otwierając wejście, spodziewałam się tylko stęchlizny i chłodu, ale w domu pachniało świeżością. Zapaliłam światło, żółty krąg zalał kuchnię. Wszystko było uporządkowane, na parapecie kwitła pelargonia różowe kwiaty jak buławy. Nic nie było ruszone, wszystko czekało na mnie. Ktoś dbał o ten dom pod moją nieobecność.

– Jagoda, Jagódka! dobiegł głos od sieni. W drzwiach pojawiła się sąsiadka, Zofia. No proszę, jak się zmieniłaś… Widziałam, że światło się pali i od razu przyszłam. Chodź, przyniosłam ci coś do zjedzenia, po takiej podróży. Na stole postawiła słoik mleka i bochenek chleba owinięty w ściereczkę.

– Dziękuję, Zosiu… To ty pilnowałaś mojego domu?

– No pewnie! Nie można zostawiać pustego, jeszcze by się bandałajstwo nalazło… odpowiedziała cicho Zofia.

Poczułam ogromną ulgę, że przynajmniej ta jedna osoba do mnie się nie odwróciła. Nalewając sobie do szklanki jeszcze ciepłego mleka, usłyszałam nieśmiałe pukanie do drzwi. Przed progiem stał trzynastolatek, wręczył mi nieporadnie zawiniątko.

– Mamusia kazała oddać wyjąkał, po czym od razu uciekł.

Nie poznałam go przez te lata dzieci się zmieniły, wydoroślały. Zawiniątko pachniało świeżo wędzonym boczkiem, aż się ślinianki uaktywniły.

Bez pukania wpadła do kuchni Halinka i od razu rzuciła mi się na szyję. Kiedyś, zanim był Zbyszek, byłyśmy nierozłączne. Rozpłakałam się.

Myślałam, że nikt ze mną nie będzie chciał rozmawiać…

Daj spokój! odparła Halinka. Przecież kobietka kobiecie zawsze pomoże. Wszyscy wiedzą, co się stało, byłaś ofiarą. Tylko faceci nie rozumieją, dlatego mają jeszcze uraz. Powiedziała mi Zofia, że wróciłaś. Przyniosłam ci trochę ogródkowych warzyw na zupę. Ty się dziś wyśpij, a jutro się nagadamy!

Byłam taka wzruszona, że nie mogłam przełknąć kęsa. Zrozumiałam, że niepotrzebnie sądziłam wszystkich ze wsi źle. Kobiety mnie wsparły.

Zmęczona, położyłam się w świeżej pościeli. Ledwo zamknęłam oczy, usłyszałam stukanie w okno. Nawet w ciemności rozpoznałam posturę Władysława. On był cichym sołtysem wszyscy go cenili.

Nie wychodź, Jagoda, przez okno pogadamy. Z chłopami pogadaliśmy i doszliśmy do wniosku, że nie ma co do ciebie chować żalu. Kobiety może mają swoje sprawy, ale w tej historii nie byłaś winna. Pracy nie ma, to fakt. Ale Zbyszek cóż, był, jaki był Nie będę przy tobie mówił, co myślimy. Zebraliśmy z chłopakami parę złotych, żebyś miała na początek, bierz, nie gadaj!

Zakłopotana, nie wiedziałam, jak przyjąć te pieniądze, ale Władek bez słowa wrzucił kopertę przez okno i zniknął w cieniu nocy.

autor: Agnieszka SawickaRankiem obudziło mnie światło przeciekające przez koronkowe firanki. Przez chwilę nie wiedziałam, gdzie jestem, ale zapach chleba i kwiatów przywrócił mi świadomość. Powoli uniosłam się na łokciu, patrząc na stare kąty już nie straszyły pustką, zaczęły znowu być moje. Spojrzałam na kopertę leżącą na stole. Nigdy nie byłam bogata, ale przez tych parę sekund poczułam się królową świata tyle ludzkiej życzliwości nie mieściło się w żadnej walucie.

Wyszłam na próg. Poranny chłód szczypał w policzki. Nad parowem unosiła się mgła, bociany krążyły po niebie z gracją, jakby chciały mnie powitać na nowo. Z oddali dobiegały znajome dźwięki: szczekanie psa, turkot roweru, nawoływania dzieci wszystko żyło, kręciło się dalej. I po raz pierwszy od lat poczułam spokój, jakbym zdjęła z ramion ciężki plecak, który gniótł mnie od środka.

Przy płocie stała Halinka i Zofia machały do mnie. Przyszły z nowiną, a w ich oczach nie było śladu dawnej nieśmiałości. Przyniosły sadzonki pomidorów i bazylii Jagoda, ty to zaraz co wymyślisz do tego swojego ogródka! zaśmiała się Halinka, wciskając mi grabie. I wtedy już wiedziałam: nie muszę się bać, próbować zniknąć czy uciekać przed ludźmi. Oni przyszli do mnie, a ja do nich.

Tamtego dnia, gdy pierwsza kępa bławatków zakwitła pod płotem, narodziłam się drugi raz. Zmieniło się niewiele, a jednocześnie wszystko: już nie oczekiwałam cudów, nie marzyłam o wielkości ani luksusach. Chciałam tylko żyć naprawdę, ze wszystkimi moimi bliznami i siwymi włosami, z serdecznością sąsiadek i popołudniami w warzywniku.

Ktoś kiedyś powiedział, że z każdego dna da się wypłynąć i miał rację. Nawet jeśli na początku nie wierzysz, nawet jeśli boisz się spojrzeć ludziom w oczy, nawet jeśli wydaje ci się, że już na zawsze będziesz obca. W końcu ziemia, do której wracasz, rozpoznaje twoje kroki, a ludzie pamiętają, że byłaś jedną z nich. Przebaczenie ma zapach świeżego mleka i kwitnącej pelargonii.

Uśmiechnęłam się do siebie, sięgając po grabie. Dni będą proste, praca ciężka, a spokój taki, jakiego zawsze pragnęłam. W parafii jeszcze długo będą mnie nazywać Jagodą-Zeskaną, ale już wiem, że to tylko przeszłość. Teraz jestem po prostu Jagodą, która przetrwała.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

trzynaście − dwa =

Więźniarka