Okno szpitalne stało otwarte. Rano rozchyliła je pielęgniarka. Powiewały jasne firanki, świeże powietrze z zewnątrz niosło ze sobą zapach młodych liści, a do skwarnego lata było jeszcze daleko.
Piotrkowi wycięli wyrostek robaczkowy. Mówili, że operacja była trudna, ledwo zdążyli, ale Piotrek nie bał się niczego.
Zastrzyków się boisz? uśmiechnęła się pielęgniarka, sprawdzając powietrze w strzykawce.
Piotrek bez słowa przekręcił się na bok, bo jeszcze nie zezwolono mu wstawać.
Czym ona chce mnie wystraszyć…
Zabrali go spod kamienicy. Tam poczuł ostry ból. Nie, nie był bezdomnym wychował się w domu dziecka. Po prostu szedł z chłopakami z targu, gdzie próbowali coś dorobić na lewo, i nagle złapał go ból.
Żałował tylko jednego: że wciągnął w to Leona i małego Sebka teraz w domu dziecka będzie zamieszanie. Już wczoraj po operacji przyszła pani Krystyna, zastępczyni dyrektorki, udawała troskę. Piotrek jeszcze się nie ocknął do końca z narkozy, więc pamiętał tylko zarys jej twarzy nad sobą.
Czemu nie złapało go na terenie domu dziecka? Tam już byłby prawie na miejscu Ale tak wyszło.
Winił morele. Dostali na targu skrzynkę nadpsutych owoców, a one wcale nie były takie złe słodkie jak miód. Zajadał się, poszło na maksa.
No i co, bohaterze! Jak się czujesz? starszy lekarz obejrzał szew na brzuchu.
Najgorsze za tobą. Teraz możesz być spokojny.
Wcale się nie bałem.
O, odważny jesteś? Dobrze, tylko pamiętaj na razie nie wolno ci jeść. Żadnych słodyczy czy przekąsek. Wieczorem damy kisiel.
Piotrek przytakiwał z szacunku, choć wiedział i tak nikt mu niczego nie przyniesie. W domu dziecka wszyscy na niego wkurzeni za ucieczkę, za to, że wplątał wychowawców. Na targ chodzili ukradkiem, przez dziurę w siatce. Musiał się przytrafić na powrocie
A z tym bohaterstwem lekarz miał rację. Piotrek był twardy życie go takim zrobiło. Matka pewnie urodziła go przypadkiem, nie miała pieniędzy na aborcję. Miał dziesięć lat, ale myślał o tym całkiem na spokojnie, jak wszyscy z domu dziecka.
Nigdy nie był zły na matkę. Przeciwnie, dziękował jej w myślach. Choć zostawiła go, w sumie dziękuję.
Do trzeciego roku życia był w domu niemowlaka, potem trafił do sierocińca pod Lublinem, dalej do domu dziecka w Toruniu. Jak tylko pamiętał walczył o swoje.
Wspominał bójki o jedzenie na stołówce. Chociaż to były spokojne czasy, kucharki i dyrekcja wynosili większość produktów do domów. Wynosili całymi workami, w bagażnikach samochodów.
Ale nie tylko o jedzenie były te walki. O wszystko. Piotrek rósł silny. Wygrywał siłą. Parę razy miał złamane ręce. A kiedyś fryzjerka, która wszystkich domowych chłopców goliła na zero, prawie się popłakała, patrząc na ślady i blizny na jego głowie.
Po co płakać? Piotrek nie płakał nigdy.
Teraz też nie przestraszy go żaden szew na brzuchu czy zastrzyk.
Zabawni są!
Dorosłych uważał za ludzi chłodnych i wyrachowanych. Wiedział, że nie jest tym słodkim maluchem ani śliczną dziewczynką, którą można pokochać. Był twardy, bezpośredni, trochę zadziorny.
Uważaj, Wrona! Jak coś wykombinujesz, idziesz do izolatki! groziła mu pani Krystyna regularnie.
Nie odzywał się w odpowiedzi, ale i nie planował się podporządkować. Miał już dawno własne zasady i kodeks.
Była tylko jedna dorosła osoba, którą często wspominał. Nie wiedział, jak dzieci wspominają matkę, rozmawiając z nią w myślach, ale z tą kobietą, która pojawiła się w jego życiu przypadkiem, rozmawiał w głowie często.
Miał wtedy sześć lat, kiedy pojawiła się w domu dziecka pod Lublinem. Kim była nie pamiętał. Zapadła mu w pamięć jej miękka dłoń, niebieskie oczy, zapach jej płaszcza. Brała go na kolana, szeptała do ucha:
Musisz być silny, Piotrusiu. Dobrze jeść, dbać o siebie, słuchać starszych. Będzie ci trudno, ale dasz radę. Dasz. Postaraj się, dobrze?
Potem śpiewała kołysankę…
Kotecek szary, futerko puchate, śpij już, śpij już…
Chociaż czuł się dorosły, wracał do tej prostej piosenki, kiedy było mu źle. Przymykał oczy, szeptał w myślach, przypominał sobie ciepło tych rąk i robiło mu się łatwiej.
Tamta kobieta potem przepadła, zniknęła, zostawiła tylko kołysankę i wspomnienia. Imienia jej nie pamiętał, w głowie nazywał ją zwyczajnie mama. Nawet jeśli pewnie była po prostu tymczasową opiekunką. Ale tak bardzo chciał wierzyć, że to była mama.
Pielęgniarka zamknęła okno i zaczęła szykować łóżko naprzeciwko. Piotrek się ucieszył samemu było nudno.
Nagle do sali wjechało łóżko na kółkach, za nim kilka osób w białych fartuchach. Zrobiło się zamieszanie. Piotrek widział tylko kątem oka. Na łóżku leżał chudy, szpiczasty chłopiec pod kroplówką. Wkrótce została tylko pielęgniarka i mężczyzna w białym kitlu.
Nikt za bardzo się nie odzywał, tylko jakieś krótkie uwagi.
On będzie spał powiedziała pielęgniarka.
Dobrze, dziękuję.
Zawołacie
Oczywiście.
Został mężczyzna, siedział przy dziecku, oparty o kolana, głowę schylił. Chłopiec spał. W sali zrobiło się duszno, ale on nie zdejmował marynarki, siedział w kitlu. Piotrek miał wrażenie, że i ten mężczyzna śpi.
Po godzinie zaczął go boleć kręgosłup, przewrócił się na bok, łóżko zaskrzypiało. Mężczyzna się odwrócił. Brwi ściągnięte, pod oczami worki. Ale spojrzenie łagodne.
Dzień dobry wyszeptał, jakby teraz dopiero zauważył chłopca.
Dzień dobry odparł Piotrek.
Mężczyzna spojrzał na syna, potem usiadł z krzesłem przy łóżku Piotrka.
Operowany jesteś?
Tak. Wyrostek.
To dobrze. Na razie nie wstajesz?
Jeszcze nie mogę.
Chciałbyś czegoś?
Nie można. Do wieczora nie wolno. A u niego co? wskazał brodą na łóżko chłopca.
Jemu… co innego dolega. Mam nadzieję, nie przeszkadza ci, że zostanę tu? Pomogę, jeśli będzie trzeba. A jak ktoś przyjdzie, to wyjdę.
Spoko, nie przeszkadzasz.
Mężczyzna wrócił do syna.
To Szymek, ma jedenaście lat. Jak masz na imię?
Piotrek. Dziesięć.
Dziękuję, Piotrek powiedział cicho mężczyzna. Piotrek nawet nie rozumiał, za co.
Następnego dnia wokół Szymona kręcili się lekarze, pielęgniarki, ktoś z rodziny. Ojciec nocował na sąsiednim łóżku, czasem mówił coś synowi. Szymek poruszał rękoma, czasem głową, ale nie otwierał oczu. Wyglądał, jakby spał.
Potem przyszli starsi ludzie i wysoka, blada kobieta z zapuchniętymi oczami matka Szymona. Weszli z nią, usadzili przy łóżku, głaskała syna jak rozpaczliwie.
Może byście przenieśli chłopca stąd? rzucił ojciec Szymka do lekarza, pokazując głową na Piotrka.
Tak, dziś przeniesiemy.
Lekarz podszedł do Piotrka.
Jak się czujesz, kolego? Boli?
Trochę.
Pół nocy nie spał, rana go bolała, obracać się bał, cewnik przeszkadzał. Nawet kisielu wczoraj nie dali, zapomnieli czy uznali, że za wcześnie.
Dziś wstaniesz. Przeniesiemy cię do innej sali. Siadaj, a zaraz pielęgniarka zdejmie cewnik.
Bardzo chciało mu się wstać, ale pielęgniarka długo nie przychodziła. Wchodzili ludzie, drzwi skrzypiały, Piotrek w końcu zrozumiał Szymon chyba umiera. Ciągle bierny, śpiący, wszyscy rozmawiają szeptem, spięci, jakby czekali końca.
Na dzień została już tylko kuzynka Szymka, młoda kobieta. Piotrek krępował się jej, kiedy przyszła pielęgniarka zająć się cewnikiem, próbował dać znak, że się wstydzi, ale ta go zbyła.
Wielkie rzeczy! Komu ty potrzebny prychnęła.
Faktycznie, procedura trwała chwilę, ale Piotrek przez długi czas leżał rozciągnięty, czując się bardziej swobodnie niż przez ostatnie dni. Był zupełnie nagi i nie wiedział, gdzie jego ubrania. Dziewczyna poprawiała Szymonowi pościel, zwilżała usta. Piotrek żałował, że nie zagadnął o ubranie.
Komu ty potrzebny… przemknęło mu przez myśl. I miał rację nikomu.
Po godzinie jednak postanowił usiąść. Przykrył się kocem i powoli usiadł.
Dziewczyna odwróciła się.
Pomóc ci?
Nie… aż zakręciło mu się w głowie, znowu się położył.
Minutę później spróbował znów.
Wie pani, gdzie jest moje ubranie? zapytał.
Nie wiedziała, ale obiecała się dowiedzieć.
Ale pilnuj Szymka, dobrze?
Próbował wstać, zawinięty w koc, ale nogi drżały mu ze słabości, nie mógł oderwać się od łóżka.
W końcu przynieśli mu ubrania szpitalne, za duże, wszystko trzeba było skrócić i zapiąć. To akurat potrafił. Schylanie jeszcze sprawiało ogromny ból. W końcu podeszła dziewczyna, kucnęła przy nim i podwijała nogawki, aż zakręciło mu się w głowie.
Zaraz padnę…
Spokojnie pomogła mu usiąść na krześle. Aleś ty jeszcze chory! Jadłeś coś dziś? Jak masz na imię?
Piotrek.
A ja jestem Łucja. Piotrze, w takiej sytuacji powinna tu być mama. Może zadzwonić? Jest numer w domu?
Nie mam mamy.
A… No, a ojciec?
Spokojnie, dam sobie radę. Chciałem tylko do łazienki
Dotarł do łazienki, spojrzał w lustro. Worki pod oczami sine, usta blade. Tylko te jego czarne oczy istny las. Jedna wychowawczyni powiedziała kiedyś, że nazwisko Wrona dostał za te ciemne oczy czarne jak skrzydło. Przezwisko tak właśnie powstało Wrona. I był z niego dumny.
Umył się zimną wodą, od razu lepiej. Dzięki Łucji przyniesiono mu kisiel.
Masz, jak chcesz jeść stolik jest na prawo, na schodach znowu w lewo. Po zapachu znajdziesz śmiała się salowa.
On zaraz się przewróci! Jaka schody Ja mu przyniosę! protestowała Łucja.
Piotrkowi nie chciało się leżeć bez ruchu. Zaczął chodzić po sali. Spojrzał na Szymona ładny chłopaczek, prawie jak dziewczynka. Podobny do matki kręcone włoski. Tylko chudziutki.
Umiera? rzucił, bo domy dziecka nie znają obłudy.
Dziewczyna drgnęła.
Nie wiemy. Jest bardzo ciężko chory. Cztery operacje na jelitach Jego rodzice wyczerpani. Teraz my im pomagamy. Jestem jego ciocią, siostrą ojca. Ale przecież zdarzają się cuda, prawda?
Nie wiem odparł Piotrek, siadając na łóżku.
Myślał o Szymonie. Życie mu się ułożyło jak z filmu mama, tata, dziadkowie, rodzina… A tu umiera.
Nie miał szczęścia
Nawet nie przenieśli Piotrka. Wieczorem znów przyszedł ojciec Szymka. Znowu zamieszanie. Piotrek słyszał, że mówią o nim przez cały dzień nikt go nie odwiedził.
Piotrek, lekarz mówił, że jesteś z domu dziecka? spytał ojciec Szymka.
Tak.
Może byś wolał przenieść się do innej sali? Szymek… jest bardzo chory westchnął.
Może tu zostać? Mnie nie przeszkadza.
Cztery dni minęły w kółko tak samo. Piotrek dostał gorączki, przenieśli go do sali z samymi staruszkami. Zaczął się nudzić. Przychodził więc do Szymona, siadał przy łóżku. Nikt go nie przeganiał.
Przedłużyli mu pobyt przez gorączkę.
W tym czasie ojciec Szymka, pan Marek Nowacki, wiedział już o nim wszystko. Wypytywał nie wprost, podsłuchiwał. Przyniósł mu jakieś ciuchy. Piotrek cieszył się, przywykł do rzeczy po kimś. Spojrzał na Szymka.
To jego rzeczy, co?
Jego
A jakby nie umarł?
Marek spojrzał na niego jakby zaskoczony. W ich domu nie używano na głos słowa umrzeć. Wszyscy czekali, ale milczeli. Jak to tak, powiedzieć przy jedynym dziecku
Tylko raz, kiedy żona wybuchła:
Dlaczego! Zrobiliśmy wszystko dobrze, a on i tak umiera! To niesprawiedliwe!
Gdy odchodzi bliski, siada ciało. Żona załamała się, przestała jeść, nie chciała żyć. Musieli dawać jej leki na uspokojenie.
Ale jakby nie umarł? zgadując, dopytywał Piotrek.
Marek chciał odpowiedzieć szczerze samemu sobie bardziej niż chłopcu.
Niestety, Piotrek, nie da się już tego odwrócić. On odchodzi
Boli to? Piotrek ściskał koszulkę Szymona, patrzył z żalem.
Marek widział, że chłopiec mu współczuje. Przejął się. Mimo że sam był sierotą, serce mu zmiękło.
Nie, zasypia spokojnie. Dbamy, by nie bolało. Jesteśmy przy nim.
A rusza się czasem.
Tak, mówimy do niego. Może słyszy, choć nie ma pewności.
Zawsze ktoś z rodziny siedział przy Szymonie. Gdy Marek wieczorem wyszedł na chwilę, zostawił Piotrka z synem. Wrócił i stanął w progu.
Piotrek siedział, trzymał Szymona za wychudzoną dłoń i mówił:
…nie wiem, gdzie moja matka. Może już nie żyje. Zostawiła i trudno. Gdyby przyjechała, wybaczyłbym. Nie wierzysz? A ty nie umieraj. Popatrz, jak mama twoja rozpacza. Ojciec świetny. Gdybym miał takiego, za nic bym nie umarł. Koszulkę ci oddam, nie upaskudzę! Tylko nie umieraj, postaraj się…
Marek przełknął ślinę. Piotrek zerwał się.
On słyszał! Ścisnął mnie za rękę! Naprawdę! Nie wierzycie?
Wierzę, Piotrku. Myślę, że słyszy.
Cała rodzina oczekiwała najgorszego. Diagnozę postawiono Szymonowi, gdy miał osiem lat. Najpierw zanik mięśni, potem problemy z sercem, płucami, jelitami Byli w Warszawie, Poznaniu, konsultowali się u najlepszych. Gdyby nie oni, Szymon nie dożyłby jedenastu.
Wszystko spadło na matkę, Zofię. To ona siedziała przy nim dniami, nocami, walczyła. Była coraz słabsza, przestała wychodzić z łóżka. Gdy zrozumieli, że Szyma odchodzi przywiązali ją do łóżka lekami.
Mów do niego, Piotrek. Myślę, że słyszy i docenia.
Dla Marka rozmowy tego obcego chłopca były jak oddech świeżości. Sam podsłuchiwał przez uchylone drzwi.
… Wyobraź sobie, ten dryblas Dawid złamał mi rękę, aż zemdlałem. Myślał, że będę płakać. A ja wstałem i mówię łam dalej, co? Tylko się wkurzył… Ale ręka jak nowa. U ciebie też będzie dobrze. Zobaczysz.
Szymon zmarł w nocy. Piotrek tego nie zauważył, nikt mu nie powiedział. Gdy nadszedł poranek, poszedł na śniadanie, a potem zajrzał do sali obok.
Gdzie leżał Szymon leżał już nowy chłopak, układał rzeczy.
A Szymek? zapytał, wskazując na łóżko.
Nie wiem, nie było go tu odpowiedział tamten.
Piotrek pobiegł do pielęgniarek, nikogo nie znalazł. Wpadł do dyżurki, spytał innego lekarza:
Szymon! Gdzie Szymon?
Szymon? ordynator zmarszczył czoło. Był bardzo chory
Umarł? przerwał Piotrek.
Lekarz kiwnął głową.
Niestety. Tak się czasem zdarza.
Piotrek cofnął się do drzwi. Był bardzo zły na cały szpital, na lekarzy i personel. Nic nie zrobili!
Jak wyrazić taką złość?
Na korytarzu sprzątaczka myła podłogę. Piotrek kopnął wiadro, woda rozlała się szeroką kałużą. Sprzątaczka wrzasnęła. Przybiegli lekarze, pielęgniarka.
Krzyczeli, ganiąc go, a on wrócił do sali, zamknął się na łóżku, zatkał uszy.
Tyle lekarzy! A nikt nie pomógł, by przyjaciel żył.
Dlaczego Szymon, który przez całą ich znajomość był właściwie nieprzytomny, stał się jego przyjacielem, Piotrek sam nie wiedział. Ale był. Piotrek opowiedział mu o wszystkim o matce, o kobiecie od kołysanek, o bójkach.
Kiedyś śniło mu się, że Szymek siedzi na łóżku i smutno się uśmiecha. Piotrek rzucił się go podnieść, ale Szymon prosił tylko, by pozwolić mu posiedzieć. Cicho, cienkim głosem jak dziewczyna, zaczął coś opowiadać. O czym? Piotrek nie pamiętał już, ale głos pamiętał. W końcu Szymek spojrzał przez okno, wstał i zaczął wdrapywać się na parapet. Piotrek tak się przestraszył, że się obudził.
Za oknem trzęsły się czarne gałęzie. Świecił księżyc. Szymon majaczył, kręcił głową, a jego ojciec spał.
Piotrek cicho wszedł do łóżka Szymka, chwycił kościste dłonie i zaśpiewał kołysankę:
Kotecek szary, futerko puchate, śpij mi, śpij mi…
Od tamtego czasu Piotrek często rozmawiał z Szymkiem w myślach. Szymon opowiadał mu o swoim życiu, o wakacjach nad morzem z rodziną, o dziadku generale. O tym, czego sam Piotrek nigdy nie zaznał, a widział tylko w telewizji.
Wyobrażał sobie, że w rodzinnych domach wszyscy śpią razem w jednym pokoju. Każdy ma swój tapczan. Szafę w przedpokoju, w czwartki ryba na obiad, a herbatę rano mama nalewa chochlą.
***
Dziwne. Gdy Szymon odszedł, Marek odetchnął. Nie dlatego, że nie kochał syna. Raczej dlatego, że widział, jak przestał już żyć. Trzymali go siłą, podtrzymywali tylko, by nie cierpiał.
Teraz trzeba było zaakceptować odejście syna, pomóc żonie i żyć dalej.
Coraz częściej myślał o Piotrku.
Nie był czas, aby mówić o adopcji. Zofia nie zrozumiałaby. Przecież nikt nie zastąpi jej Szymona. Jego portret stał pośród kwiatów na środku salonu, ona siedziała przy nim, paliła świeczki, chodziła codziennie na cmentarz. Osiem lat temu miała ciążę pozamaciczną, po operacji nie mogła mieć więcej dzieci.
A Piotrek nigdy nie miał matki ani ojca
Jasne, zupełnie nie przypominał Szymona dziki, niesforny, czarnooki, ale Marek słuchał, jak rozmawia z Szymkiem duszę miał czystą.
Zosiu, byłem dziś w szpitalu. Piotrka już wypisali.
Po co tam pojechałeś? zapytała cicho.
Po papiery Szymka… Wiesz, Piotrek tam scenę zrobił, jak się dowiedział, że Szymka już nie ma. Awanturował się.
Głupi westchnęła Zofia.
No, właśnie.
Daj mi spokój, poradzę sobie. Pracuj…
Dobrze.
Tylko nie mów mi o żadnych chłopcach, proszę!
Marek już nie wspomniał.
Ale w sobotę pojechał do domu dziecka. Coś go pchało, nie dawało spokoju. Znalazł koleżankę z lat młodości Teresę Nowak, psycholożkę od adopcji.
Rozmawiali długo Teresa wszystko zrozumiała, współczuła, obiecała się dowiedzieć o Piotrku, ale podkreślała: najważniejsze jest zdanie żony i przede wszystkim chłopca. Bez tego nie ma o czym mówić.
Ale Marek był uparty. Pojechał do opieki społecznej, zabrał listę dokumentów do przysposobienia. Tam go miło przyjęli, obiecali zorganizować spotkanie z Piotrkiem.
Tych działań nie zdradził żonie, powiedział za to teściowi i siostrze, Łucji. Ta przyjęła Piotrka bardzo ciepło. Miała mu rozmawiać z Zofią.
Zofia od razu płakała, gdy zaczynali mówić o Piotrku.
On nie zastąpi Szymka. Nie rozumiecie?
Przecież nie mówimy, że zastąpi. Po prostu on nie ma nikogo, a my też nikogo. Jest trudny, dom dziecka zostawił ślad, nie zastąpi nam syna. Ale gdybyś słyszała, jak rozmawiał z Szymkiem, jak mu zależało, by Szymek przeżył… Ten chłopak wnosił spokój. Dajmy mu szansę, spotkajmy się z nim, proszę.
Tylko nie zmuszaj mnie.
To już była pierwsza zgoda.
Pierwsze spotkanie z Piotrkiem odbyło się w gabinecie dyrektorki domu dziecka. Był zamknięty w sobie, nie spojrzał w oczy, tak zacisnął pięści, że zbielały mu kostki. Nawet nie podał Markowi ręki.
Była też Teresa tylko przysłuchiwała się z boku. Marek starał się rozładować atmosferę. Piotrek był spięty, blady, w szpitalu był zupełnie inny.
Chciało się podejść i go objąć
Po godzinie pożegnano się szybciej, niż planowano.
On chyba nie chce do nas stwierdził Marek w drodze powrotnej.
Tu się mylisz rzekła Teresa. Marzy o tym, żebyście go przyjęli. Bardziej niż ktokolwiek myśli. Bardzo się boi, że nie podoła.
Tacy straszni jesteśmy? spytała Zofia.
Jesteście prawdziwymi rodzicami, nigdy takich nie miał wyjaśniła Teresa.
Postanowili, że Piotrek przyjedzie na próbę w odwiedziny. Jeszcze się nie zgodził, a Zofia ciągle się wahała.
Kiedy przejechał, usiedli przy herbacie. Dłonie Piotrka pociły się, nie śmiał spojrzeć w górę, bał się podnieść filiżankę, bał się zjeść. Wszystko tu było inne, niż sobie to wyobrażał. Czuł się zbyt blisko dorosłych.
Bardzo bał się Zofii.
Kiedy Markowi spadła łyżeczka, Piotrek szepnął:
No, to masakra.
Marek rozchmurzył się natychmiast.
No, masakra! Ja cię proszę, jedz kartofle, śmiało!
Piotrek wziął do ust kawałek, ale nie mógł przełknąć.
No, bracie, rozluźnij się!
Chcesz zobaczyć pokój Szymka? zaproponowała Zofia.
Rozpromienił się.
Wszedł do pokoju i od razu zobaczył wielki portret Szymka. Inny niż w szpitalu, uśmiechnięty, żywy. To dawało Piotrkowi siłę jakby mówił: Nie bój się, jestem z tobą.
No, Szymek! podszedł do portretu, dotknął ramki. Tu wygląda grubiej.
Był zdrowy To już przed… Zofii zabrakło słów.
Przed śmiercią, tak? chłopiec pogłaskał ramkę. Mogę zobaczyć zdjęcia?
Zofia nie była pewna, ale sięgnęła po album.
Wiesz, na razie nie oglądam, dobrze? Sama jeszcze nie mogę. Oglądaj sam.
Piotrek usiadł, zaczął przeglądać. Zofia podeszła do okna.
To on? Jaki malutki! On, prawda?
Usiadła przy nim i zaczęła wspólnie oglądać zdjęcia. Piotrek zadawał pytania, komentował wszystko z podziwem i radością.
W końcu zobaczył zdjęcie znad morza.
O! Morze! Mówił mi, że byliście nad morzem!
Zofia się wzruszyła.
Mówił? On od dawna nie mógł już mówić.
Piotrek zawahał się, ale nie ustąpił.
A mi mówił!
Zofia nie kłóciła się. Oglądała zdjęcia syna spokojnie, nawet z radością. Poczuła, że z tym dzieckiem łatwiej jej przyjąć stratę.
Wzięła głęboki oddech.
A gdybyśmy chcieli cię przysposobić, zgodziłbyś się?
Piotrek zamilkł, przewracał kartki.
Nie wiem Szymek był dobry. A ja… nie umiem
Zofia nagle przytuliła go mocno.
I dobrze. My nie zamiast Szymka cię przyjmujemy. Po prostu jego wielkiego przyjaciela.
Z początku zesztywniał nikt go już nie obejmował od dawna. Poczuł ciepło, zapach kobiety.
Żeby się nie rozpłakać, ścisnął mocniej album. Zofia kołysała go lekko.
Piotrek nigdy nie płakał.
Teraz nagle łzy spłynęły po policzku.
Płaczesz, Piotrusiu? Nie płacz… bo i ja się rozkleję. Trzymaj się! Przecież jesteś dzielny! Silny musisz być! ocierała mu łzy.
Te słowa już znał.
Okno było otwarte. Świeże powietrze napełniło pokój, zieloność liści cieszyła oczy, a z portretu uśmiechał się do niego Szymek.
I wtedy, jak mały, zapytał cicho:
A zna pani taką piosenkę? Kotecek szary, futerko puchate, śpij już, śpij już
Znam. To kołysanka. Chcesz, żebym ją dla ciebie nauczyła?
Piotrek pociągnął nosem i kiwnął głową. Więcej nie potrzebował
***Zofia uśmiechnęła się przez łzy, przysunęła krzesło i objęła Piotrka ramieniem.
Śpiewajmy razem, dobrze?
I zaczęły. Najpierw cicho, nieskładnie, Piotrek znał tylko urywki, ale Zofia nuciła spokojnie, kołysząc się na boki tak, jak kołysze się kogoś, kto wraca do domu po długiej drodze.
Głos Zofii opływał Piotrka miękko, cicho, zupełnie jak ta z dziecięcych wspomnień, i Piotrek nagle poczuł, że w środku coś się otwiera, że już nie musi być tylko twardy ani zawsze udowadniać, że zasługuje na miejsce przy stole.
Byli w tym pokoju razem ona, on i Szymek, którego cień uśmiechał się z portretu, dopowiadając milczeniem najpiękniejsze słowa.
Kiedy późnym popołudniem światło przełamało się na firankach i pokój rozbłysnął złotem, Piotrek odważył się spojrzeć na Zofię prosto, może po raz pierwszy.
To ja zostanę tu, dobrze?
Zofia tylko przytuliła go mocniej, a za oknem maj zawisł sokami młodych liści i spokojnym, cichym śpiewem:
śpij już, śpij już
I Piotrek, zamykając oczy, poczuł, że może naprawdę może ufać tej ciszy. I że wreszcie jest tam, gdzie zawsze chciał wrócić. W domu.


