Pietka. Opowieść

Szpitalne okno stało otwarte. Rano szeroko uchyliła je pielęgniarka. Powietrze było czyste, firanki delikatnie powiewały, zieleniejące liście za oknem cieszyły oczy, a do upalnej letniej spiekoty było jeszcze daleko.

Piotrusiowi usunięto wyrostek. Mówili, że operacja była trudna, ledwie zdążyli, ale Piotr był nieustraszony.

Nie boisz się zastrzyków? uśmiechała się do niego rano pielęgniarka, uwalniając powietrze ze strzykawki.

Piotrek odwrócił się spokojnie na bok, wstawać mu jeszcze nie pozwalali.

Czym ona chce straszyć…

Przywieźli go z bramy podwórza. Tam go złapało. Nie, nie był bezdomny, dorastał w domu dziecka. Po prostu wracali z chłopakami z bazaru, gdzie próbowali dorobić się czegoś na lewo, i wtedy przeszył go ból.

Tylko jednego żałował: wplątał w to Leszka i małego Szymka teraz będzie zamieszanie w domu dziecka. Jeszcze wczoraj po operacji wbiegła pani Jadwiga wicedyrektorka, udawała troskliwą. Piotrek był jeszcze półprzytomny po narkozie, pamiętał tylko pochylone nad nim zatroskane oblicze. Szczegółów już nie.

Dlaczego nie zdarzyło się to na terenie domu dziecka? Przecież zostało mu przejść już tylko kawałek… Ale akurat wtedy rozbolało.

Winił morele. Dali im na rynku skrzynkę nadgniłych owoców, ale nie były takie złe słodkie jak miód. No i narzucili się wszyscy, objadł się.

No, bohaterze! Jak się czujesz? starszy lekarz z bujnymi włosami na rękach zerknął na szew. To już najgorsze za tobą. Teraz już nie musisz się bać.

Ale ja się nie bałem.

Serio? Twardziel? Dobra, twardzielu! lekarz spoważniał. Nie wolno ci na razie nic jeść. Zakazuję przynosić cokolwiek z domu! Wytrzymaj bez słodkości i innych smakołyków, wieczorem dostaniesz kisiel.

Piotrek kiwał głową z szacunku. Wiedział przecież, że nikt mu nie przyniesie łakoci. W domu dziecka wszyscy teraz byli na niego źli za ucieczkę, za to, że wciągnął pracowników w kłopoty. Na bazar wychodzili dziurą w płocie, nikomu o tym nie mówiąc, a tu nagle zwalił się z bólem na ulicy!

Co do odwagi lekarz miał rację. Życie zmusiło Piotrka do tego, by być odważnym. Matka urodziła go, pewnie przypadkiem. Może po prostu nie miała pieniędzy na zabieg. Miał dziesięć lat, a rozumował już twardo jak wszyscy z domu dziecka.

Nie był zły na matkę. Przeciwnie, nawet dziękował jej w myślach, że żyje. Choć podpisała od razu zrzeczenie dziękuje jej.

Do trzeciego roku był w domu niemowląt, później trafił do domu dziecka w Toruniu, potem przenieśli go pod Bydgoszcz. Odkąd pamiętał walczył o przetrwanie.

W głowie powracały wspomnienia walk o jedzenie w stołówce. Choć nastały lata całkiem spokojnego PRL-u, kucharki i kierownictwo jawnie wynosiły najlepsze produkty do domu, a nawet wywozili je samochodami.

Awantury nie szły przecież tylko o jedzenie! Przeciwnie o wszystko. Piotr rósł silny i twardy. Wygrywał siłą. Parę razy złamał rękę. A raz, kiedy przyjechała fryzjerka golić ich głowy, prawie się rozpłakała widząc skórę jego głowy same blizny.

A po co płakać? Piotr praktycznie nigdy nie płakał.

Teraz chcieli go przestraszyć jakąś blizną czy zastrzykami…

Śmieszne!

Dorosi byli dla niego zimni i wyrachowani. Nie był maleństwem ani słodką dziewczynką, którą można pokochać był dość opryskliwy, trochę zły, szczery i uparty.

Uważaj, Wrona! Jeśli coś zmalujesz, do izolatki cię poślemy! groziła mu często Jadwiga.

Nie dyskutował, ale do podporządkowania mu daleko. Już dawno miał swoje zasady i reguły.

Na świecie był tylko jeden dorosły, którego wspominał regularnie. Nie wiedział, jak inni myślą o matce, rozmawiają z nią w myślach ale tamtą panią, która przypadkiem pojawiła się w jego życiu, wspominał w głowie często.

Miał może sześć lat, gdy przyszła do ich domu dziecka. Wtedy był jeszcze w Toruniu. Kim była, nie wiedział. Pamiętał tylko jej miękki uśmiech, niebieskie oczy, ciepłe dłonie i zapach. Pamiętał, jak brała go na kolana i szeptała do ucha:

Musisz być silny, Piotrusiu. Jedz dobrze, dbaj o siebie, słuchaj się. Będzie ci trudno, ale musisz sobie poradzić. Po prostu bardzo się staraj, dobrze?

A potem śpiewała mu kołysankę.

Koteczku mały, kiciuś szary,
Lulajże, lulaj.

Ogon szary, łapki białe,
Lulajże, lulaj.

Łapki białe, uszka czarne,
Lulajże, lulaj…

Choć Piotr uważał się już za poważnego chłopaka, często wracał do tej prostej piosenki, gdy było mu ciężko. Zamykając oczy, szeptał jej słowa, przypominał sobie dotyk tamtych rąk, i robiło się lżej.

Potem ta kobieta zniknęła, rozpuściła się gdzieś, zostawiając mu tylko piosenkę i wspomnienia. Nikt nigdy nie śpiewał mu kołysanek, nikt nie tulił go tak w objęciach. Imienia jej nie pamiętał w myślach nazywał ją „mama”. Mimo że wiedział, że pewnie była tylko przypadkową opiekunką. Ale lubił fantazjować.

Pielęgniarka zamknęła okno, zabrała się za ścielenie łóżka naprzeciw. Piotr się ucieszył samemu leżeć było nudno.

Ale zaraz potem wjechało łóżko na kółkach, wokół zamieszanie dorosłych w białych kitlach. Zrobiło się gwarno. Piotrek ze swojego łóżka nie wszystko widział, ale zauważył: na łóżku leżał chudy, ostry chłopiec, przy nim kroplówka. Szybko zostali tylko pielęgniarka i mężczyzna w lekarskim kitlu.

Milczeli, rzucali tylko pojedyncze słowa.

On będzie spał rzekła pielęgniarka.

Dobrze. Dziękuję.

Wszystko pan zawoła…

Tak.

Ona wyszła, a mężczyzna siedział plecami do Piotra, oparty na kolanach, pochylony, bez ruchu. Chłopiec spał.

W sali robiło się duszno, ale mężczyzna nie zdejmował marynarki i kitla. Piotr pomyślał nawet, że może też śpi.

Plecy Piotrka już bolały od leżenia, przekręcił się, łóżko skrzypnęło. Mężczyzna się odwrócił. Między brwiami zmarszczka, pod oczami sińce, ale twarz łagodna.

Dzień dobry szepnął, jakby dopiero zobaczył Piotra.

Dzień dobry odpowiedział cicho Piotrek.

Mężczyzna ożywił się, zerknął na syna, po chwili przesunął krzesło, usiadł obok Piotra.

Operowali cię?

Tak, wycieli mi wyrostek.

To nieźle. Jeszcze nie wstajesz?

Jeszcze nie.

Może ci coś przynieść?

Nie mogę. Do wieczora nie wolno jeść. A jemu co? Piotrek wskazał na chłopca.

Jemu? mężczyzna spojrzał, zmarszczył brwi. Choroba inna. Nie będziesz mieć nic przeciwko, jak tu posiedzę? Pomogę, jeśli będzie trzeba. Jak ktoś przyjdzie do ciebie, wyjdę.

Nie mam nic przeciwko potrząsnął głową Piotrek, bo i jakie miał prawo się sprzeciwiać?

Mężczyzna wrócił na krzesło, szepnął:

Nazywa się Szymon, ma jedenaście lat. A ty?

Piotr, mam dziesięć.

Dziękuję, Piotrze powiedział, a Piotr nawet nie zrozumiał za co.

Następnego dnia przez całą dobę wokół Szymona kręcili się ludzie. Rano podłączali kroplówki, kilka razy był lekarz. Ojciec nocował tutaj, czasem rozmawiał z synem. Szymek ruszał rękami i głową, ale oczu nie otwierał. Wyglądał, jakby spał.

Potem przyszli starsi państwo i młoda kobieta mama Szymona. Wysoka, prosta, z kręconymi włosami spiętymi w kucyk, blade policzki, oczy zaczerwienione, opuchnięte od płaczu. Weszła do sali prowadzona pod ręce, usiedli przy synu. Szeptała do niego i głaskała go bez przerwy.

Może przenieść chłopca? zapytał ojciec lekarza, wskazując na Piotra, zatroskany o żonę.

Tak, dziś go przeniesiemy.

Lekarz z daleka spojrzał na Piotra.

No jak? Boli?

Trochę.

Nie spał tej nocy rana bolała, strach było się przekręcić, rurka od cewnika przeszkadzała. A wczoraj i tak go nie nakarmili. Albo zapomnieli, albo jeszcze nie było można.

Powoli będziemy wstawać. Możesz dziś spróbować. Przeniesiemy cię do sąsiedniej sali. No, zbieraj się. Pielęgniarka zaraz ci usunie cewnik.

Piotrek bardzo chciał wstać, ale pielęgniarka długo nie przychodziła. Do sali zaglądali tylko kolejni goście.

Teraz dotarło do Piotra, że Szymon chyba umiera. Był cały czas nieprzytomny, spał, a wszyscy dookoła rozmawiali szeptem, napięci i jakby już pogodzeni ze stratą.

Przez dzień przy chłopcu czuwała młoda dziewczyna, kuzynka Szymona. Piotrek się jej wstydził, kiedy przyszła pielęgniarka usunąć mu cewnik, na migi poprosił, żeby dziewczyna wyszła, ale pielęgniarka tylko warczała:

Kto by tobą się przejmował! Daj spokój, szybko pójdzie.

I rzeczywiście, poszło szybko, ale Piotrek jeszcze leżał, rozkoszując się wolnością. Leżał zupełnie nagi i nawet nie wiedział, gdzie jest jego ubranie. Dziewczyna zerkała raz na okno, raz na chłopaka. Poprawiała Szymonowi kołdrę, wilżyła mu usta wodą. Piotrek żałował, że nie spytał o własne spodnie.

Nikt cię nie chce! Tak właśnie było nikomu niepotrzebny.

Po godzinie postanowił jednak usiąść. Przekręcił się, okrył się kołdrą i usiadł.

Dziewczyna spojrzała.

Pomóc ci?

Nie ale zaraz zakręciło mu się w głowie i znów się położył.

Po chwili jednak znów siedział.

Pani wie może, gdzie moje ubranie?

Nie wiedziała, ale obiecała się dowiedzieć.

Tylko pilnuj Szymka, dobrze?

Piotr próbował wstać, zawinięty w kołdrę, ale nogi drżały, bał się odejść od łóżka. Nawet nie podejrzewał, że tak trudno będzie po prostu przejść się po sali.

W końcu przynieśli mu szpitalne ubranie nie jego własne.

Odwrócę się, nie krępuj się powiedziała dziewczyna.

Usiadł na łóżku, wciągnął spodnie. Wszystko było za duże, musiał naciągać gumkę w pasie. Odkrył ten sposób w domu dziecka. Spodnie trzeba było podwinąć, ale na to już nie miał siły. Gdy szedł, depcząc po nogawkach, dziewczyna zauważyła problem.

Ojej! Jak ci te portki wielkie. Zaraz ci podwinę przykucnęła, podwijała mu nogawki z przesadnym skupieniem, aż zrobiło mu się niedobrze.

Zaraz padnę…

Oj, oj, usiądź! chwyciła go, posadziła na krześle. Jesteś jeszcze mocno chory. Jadłeś dzisiaj coś? Jak ci na imię?

Piotrek.

A mi Barbara. Piotruś, może mama powinna być przy tobie? Zadzwonić? Albo tata?

Nie mam mamy.

No to z kim mieszkasz?

Wszystko w porządku. Już lepiej. Idę do łazienki.

Doczłapał się do łazienki, spojrzał w lustro. Oczy podkrążone na sino, usta blade. Tylko czarne oczy błyszczały ogniem. Jedna wychowawczyni mówiła, że pewnie dlatego ma nazwisko Wrona, bo oczy ma czarne jak skrzydło ptaka. I przydomek też miał Wrona. Był z tego dumny.

Umył się zimną wodą, zaraz poczuł się lepiej. Widocznie Barbara zainterweniowała przynieśli mu kisiel.

Jak chcesz jeść, to idź do stołówki sam śmiała się salowa.

On prawie zemdlał, jaka mu stołówka! Po kisiel przyjdę sama! zburzyła się Barbara. I więcej mu nie wolno.

Nie dawało mu spokoju siedzenie w miejscu. Zaczął chodzić po sali, spojrzał na Szymona piękny chłopak, jak dziewczyna. Podobny do swojej mamy kręcony. Tylko strasznie chudy.

On umiera? zapytał od razu, bo dzieci z domu dziecka nie boją się prostych pytań.

Dziewczyna drgnęła.

Nie wiemy. Ale… tak, Szymonek jest bardzo chory. Leczyliśmy go długo, cztery operacje… Ostatnie na jelitach. Rodzice są już wykończeni. My, rodzina, też. Jestem jego ciocią, siostrą ojca. Ale cuda się zdarzają, prawda?

Nie wiem Piotr usiadł na łóżku.

Myślał o Szymonie. Zupełnie inne życie jak z filmu. Mama, tata, babcia z dziadkiem, rodzina… Ma wszystko, może się cieszyć. A i tak leży na śmierć.

Nie miał szczęścia…

Piotra nie przeniesiono w końcu. Wieczorem znów przyszedł ojciec Szymka. Zrobiło się gwarno w sali. Piotr słyszał, że o nim mówią. Że przez cały dzień nikt go nie odwiedził.

Piotrek, lekarz mówił, że jesteś z domu dziecka? zapytał ojciec Szymona.

Tak.

Może chcesz do innej sali? Szymek jest ciężko chory… westchnął ojciec.

Nie, dobrze mi tu. Mogę zostać?

Cztery dni mijały jak jeden. Piotr zaczął gorączkować, w końcu przenieśli go do sali ze staruszkami. Okropnie się nudził, przychodził do Szymona, siedział z nim. Nikt go nie przeganiał.

Wypis przesunęli przez gorączkę.

W tym czasie ojciec Szymona Michał dowiedział się o Piotrku wszystkiego. Wypytywał delikatnie, podsłuchiwał. Przyniósł mu jakieś ubranie, Piotr był wdzięczny, przyzwyczajony do noszenia rzeczy po kimś. Wziął koszulę Szymona w dłonie.

To jego, prawda?

Tak…

A jak przeżyje?

Michał popatrzył zaskoczony. W domu nie mówiło się tego słowa „umrzeć”. Wszyscy czekali na śmierć Szymka, ale się bali to powiedzieć. Jak można powiedzieć o jedynym dziecku? To straszne.

Tylko raz wychlipała Sonia, żona Michała, gdy tłumaczył, że zrobili wszystko, co się dało.

Dlaczego! Dlaczego wszystko zrobiliśmy, a on i tak umiera! Dlaczego mi od tego lżej?!

Kiedy odchodzi rodzona dusza, słabnie i ciało. Żona Michała całkowicie się rozsypała. Życie bez syna nie interesowało jej wcale. Dostała uspokajające zastrzyki, niewiele pomagały.

A jak jednak nie umrze? pytał Piotr.

Michał chciał odpowiedzieć uczciwie chyba bardziej sobie niż chłopcu.

Niestety już się nie da, Piotrek. On umiera powiedział z trudem.

To bardzo boli umierać? Piotr ściskał koszulę Szymona w rękach, patrząc z żałością.

Michał to widział. Piotr współczuje, przeżywa. Kilka dni spędził obok nich, słyszał rozmowy lekarzy. Dziecko musi być mu strasznie. Zwłaszcza sierocie.

Szybciej niż zasnąć. Robimy wszystko, żeby nie cierpiał. Dlatego tu jesteśmy.

Ale on się rusza.

Dlatego z nim rozmawiamy. Mamy nadzieję, że słyszy. Ale to niepewne.

Przy łóżku Szymona stale siedzieli członkowie rodziny. Ale raz Michał wyszedł, zostawiając przez chwilę Piotra. Wrócił i stanął w drzwiach.

Piotrek siedział, trzymał Szymona za rękę i mówił:

…i nie wiem, gdzie moja mama. Może już nie żyje. Zostawiła mnie, ale nie żalę się. Jeśli by przyjechała, wybaczyłbym. Nie wierzysz? Widzisz, szkoda… Ale ty nie umieraj. Patrz, jak mama za tobą płacze. I ojciec. Gdybym miał takiego ojca, to bym nie umarł. Koszulę i spodnie ci oddam, nie ubrudzę, mam więcej ubrań. Tylko żyj, wysil się! Postaraj się ze wszystkich sił…

Michał chrząknął; miał ogromny ścisk w gardle. Piotr zerwał się.

On słyszy, naprawdę. Ścisnął mi dłoń. Serio, nie wierzycie?

Wierzę, Piotrek, wierzę! Mówię przecież chyba słyszy.

Michał i cała rodzina czekali na koniec. Szymek ich jedyny, zdolny, piękny syn, ich nadzieja umierał. Chorobę wykryli u niego w wieku ośmiu lat: najpierw zaniki mięśni. Potem po kolei: serce, płuca, jelita… Leczono go w Warszawie, Gdańsku, u najlepszych specjalistów. Dlatego dożył do jedenastu lat. Szymek zwykł żyć ze swoją chorobą, przyjmował ją po męsku, nie żalił się.

Cały ciężar opieki spadł na ramiona żony Michała, Soni. To ona czuwała, chodziła po szpitalach i gabinetach lekarzy, modliła się po kościołach. Michał był obok, ale jako mężczyzna musiał być silny.

Ona wyczerpała się już kompletnie. Zaczęto podawać zastrzyki.

Mów z nim, Piotrek. Mów. Myślę, że słyszy.

Dla Michała rozmowy tego obcego chłopaka były jak tchnienie życia przy umierającym synu. Stawał za drzwiami sali i słuchał:

… Wyobraź sobie, jak Sarna złamał mi rękę, ciemno mi się zrobiło w oczach. Nie wierzysz? Tak było. Ale nie na długo. Patrzę, ręka jak łamana, on czeka na moją reakcję. Myślał, że zapłaczę. Ja wstałem, strzepnąłem się, patrzę na niego, wyciągam rękę i mówię: Na, łam dalej, baranie! Mdliło mnie, ale nie zapłakałem, na złość. On poleciał do pielęgniarki i zaczął ryczeć. Śmieszny.

Ręka wyzdrowiała, a i twoja choroba minie. Przeleżysz, jak i ja. Dasz radę, bracie.

Szymon umarł w nocy. Piotrek nawet tego nie zauważył, nikt mu nie powiedział. Rano zszedł na śniadanie, potem zajrzał do tamtej sali.

Na łóżku, gdzie wcześniej spał Szymek, kręcił się nowy chłopak, układał swoje rzeczy.

Gdzie…? wskazał świeżo pościelone łóżko Szymona.

Nie wiem. Nie było go już, kiedy przyszedłem odparł nowy.

Piotr szybkim krokiem ruszył na dyżurkę, ale nie było tam pielęgniarki. Wpadł do pokoju lekarskiego, szukał wzrokiem swojego doktora. Też go nie było, spytał innego.

Gdzie Szymon? Wywieźli go? Dokąd?

Szymon? młody lekarz zmarszczył brwi. Ach… Rozumiesz… Był bardzo chory…

Umarł? Piotr przerwał.

Lekarz kiwnął głową.

Niestety. Tak się czasem dzieje.

Piotr odsunął się do drzwi. Był bardzo zły na ten szpital, na lekarzy i personel.

Draństwo! Nie uratowali!

Jak miał wyrazić swój żal?

W korytarzu salowa myła podłogę, Piotr kopnął wiadro z wodą, ta rozlała się po kaflach. Salowa zaczęła krzyczeć, wybiegli lekarze, pielęgniarka.

Wszyscy warczeli, krzyczeli, a on wszedł znowu kopniakiem do sali, usiadł na łóżku i zakrył uszy dłońmi.

Cały szpital! Pełno lekarzy, a nikt nie potrafił uratować mu przyjaciela! Nikomu się nie udało!

Dlaczego Szymon ten chłopiec, który przez całą ich krótką przyjaźń był nieprzytomny został jego przyjacielem, Piotr nie rozumiał. Ale tak się stało. Opowiedział mu całą swoją historię. O mamie, o tej kobiecie, która śpiewała mu kołysankę, o bijatykach i złamaniach.

A pewnej nocy, jeszcze w tej sali, śniło mu się, że Szymek siada na łóżku, uśmiecha melancholijnie. Piotrek podbiegł, próbował go podnieść. Ale Szymon prosił, żeby zostawił go w spokoju. Dziewczęcym głosikiem zaczął opowiadać o sobie.

Nie pamiętał dokładnie, o czym mówił, ale słyszał ten głos. Słuchał, słuchał, a tu Szymek spojrzał przez okno, wstał i próbował wdrapać się na parapet. Piotr tak się we śnie wystraszył, że się obudził.

Za oknem kołysały się czarne gałęzie, świecił księżyc. Szymon rzucał się niespokojnie, a ojciec tymczasem spał.

Piotr cichcem usiadł przy łóżku Szymka, wziął jego chude paluszki i zaczął nucić tę jedyną piosenkę, jaką kiedykolwiek mu śpiewano:

Koteczku mały, kiciuś szary,
Lulajże, lulaj.

Ogon szary, łapki białe…

Od tej pory Piotr rozmawiał z Szymonem w myślach. Szymek opowiadał mu o swoim domu, o rodzinnych wyjazdach nad morze, o babci i dziadku, że dziadek oficer. O szkole i kolegach, o pokoju, w którym wszystko miał, o mamie budzącej go rano.

Tak Piotr wyobrażał sobie życie w rodzinie i tak Szymon mu opowiadał. Czasem fantazje Piotra były zupełnie nierealne, ale nigdy nie mieszkał w rodzinie, widział ją tylko w telewizji.

Wyobrażał sobie, że łóżka wszystkich członków stoją w jednym pokoju, w przedpokoju wszyscy mają swoje szafki, w czwartki zawsze jest dzień rybny, a herbata rano rozlewana jest przez mamę chochlą.

***

Dziwne, ale Michał, gdy umarł syn, nagle poczuł ulgę. I nie dlatego, że nie kochał syna, albo był złym ojcem przeciwnie. Syn już nie żył. Tułał się tylko w tej słabej śpiączce, a jeśli podtrzymywaliby go dalej, więcej by cierpiał. Teraz… przestał.

Musiał przyznać, czas zaakceptować śmierć syna, pozwolić żonie pogodzić się z tragedią i samemu żyć dalej.

Coraz więcej myślał o Piotrze.

Wiedział, że o adopcji nie ma teraz mowy. Sonia by tego nie zrozumiała. Czy ktoś może zastąpić jej Szymona? Oczywiście, że nie. Portret syna stoi wśród kwiatów na środku pokoju, ona siedzi przy nim, pali świeczki, chodzi do kościoła, jeżdżą codziennie na grób. Osiem lat temu Sonia przeszła ciążę pozamaciczną, zabieg dzieci mieć już nie mogli.

A Piotr nigdy nie będzie miał matki i ojca…

Był inny nie taki jak Szymek: szorstki, nieoszlifowany, z czarnymi oczami. Ale Michał słyszał, jak mówi ma czyste, dobre serce.

Soniu, byłem dziś w szpitalu. Piotrka w końcu wypisali. Długo go trzymali, ale wypisali.

Po co tam pojechałeś? zdziwiła się.

Po papiery medyczne Szymona… A Piotrek, widzisz, zrobił aferę, gdy się dowiedział o śmierci Szymka. Wszystkich obwiniał.

Jest głupi westchnęła Sonia.

Zgadza się… przytaknął Michał.

Nie martw się mną, powoli się pogodziłam. Pracuj spokojnie.

Dobrze.

O innych chłopcach mi nie mów, proszę.

Więcej nie wspominał.

Ale w weekend pojechał do domu dziecka Piotra. Coś ciągnęło go tam, nie mógł się uspokoić. Słysząc Piotrkowe historie, miał wrażenie, że nie ma tam żadnego porządku. Na próżno spotkać Piotrka mu nie pozwolono. Pytali go o wszystko, patrzyli nieufnie. Dyrektorka od razu była niezbyt uprzejma, choć Michał tłumaczył, że to tylko zwykłe spotkanie.

To tylko go zmotywowało. Przypomniał sobie koleżankę z liceum, Tosię Rogalską, która pracowała w wsparciu rodzin adopcyjnych.

Od razu ustalił jej adres, już następnego dnia odwiedził ją w domu. Rozmawiali długo. Tosia wszystko zrozumiała, współczuła mu, obiecała dowiedzieć się wszystkiego o Piotrze, ale akcentowała: najważniejsze jest zdanie żony i Piotrka. Bez tego nie zaczyna się.

Michał jednak udał się do opieki społecznej, pobrał listę dokumentów. Panie z opieki były nieoczekiwanie przyjazne. Zadeklarowały pomoc, zorganizowały spotkanie z chłopcem.

Żonie o tym nie opowiadał. Ale ojcu i siostrze Barbary tak. Basia zareagowała radośnie Piotrek jej się spodobał. Obiecała porozmawiać z Sonią.

Sonia płakała, gdy tylko wspomnieli o Piotrze.

On nie zastąpi Szymka! Zrozumcie!

Przecież nie chodzi o zastąpienie, Soniu! On nie ma rodziny, a my teraz też… Jest inny, skomplikowany, dziecko z domu dziecka. Nie zastąpi nam syna. Ale gdybyś słyszała, jak rozmawiał z Szymkiem, jak bardzo mu zależało, żeby Szymek przeżył! Ten chłopak potrafił uspokoić mnie, dorosłego. Tyle w nim siły i zrozumienia… Nie wiem, jak ci wytłumaczyć… Poznajmy go, proszę!

Tylko mnie do niczego nie zmuszaj…

To był pierwszy krok.

Kiedy po raz pierwszy przyprowadzono Piotra do biura dyrektorki domu dziecka na spotkanie, był sztywny i spięty: unikał wzroku, ściskał palce aż zbielały kostki. Nawet ręki Michałowi nie podał.

Towarzyszyła im Tosia nie przeszkadzała, zajmowała się swoimi papierami. Michał patrzył na Piotra i rozumiał, że jest mu bardzo trudno. Chłopiec blednął, był wycofany. W szpitalu był innym dzieckiem.

Najchętniej przytuliłby go i powiedział: „Nie bój się!”. Michał nie wiedział, jak zacząć rozmowę, jak go uspokoić, zerknął na żonę i Tosię szukając wsparcia. Sonia tylko wzdychała i uważnie patrzyła na chłopca, Tosia milczała i się przyglądała. Michał zaczął więc mówić o byle czym, by rozładować napięcie.

Piotrek był tak spięty, że zakończyli spotkanie wcześniej niż planowali.

Chyba nie chce do nas westchnął Michał po powrocie.

Myślisz się odpowiedziała Tosia. On marzy, żebyście go przyjęli, bardzo się stara, ale panicznie boi się was rozczarować.

My aż tacy straszni? dziwiła się Sonia.

Jesteście prawdziwą rodziną, jakiej nigdy nie miał. Nie wie, jak się zachować, boi się, że nie sprosta. Cały teraz myśli o was wyjaśniła Tosia.

Postanowili, że Piotr przyjedzie z wizytą. Jeszcze się nie zgodził, Sonia też nie była przekonana.

Gdy Michał go przywiózł, usiedli do herbaty. Piotrowi pociły się dłonie, patrzył w kubek, bał się ugryźć coś głośniej, stuknąć talerzykiem, nawet spojrzeć na piękną kuchnię. Wszystko tu było zupełnie inne niż sobie wyobrażał, wszystko zbyt blisko, zbyt intymne.

Bardzo bał się Sonii.

Kiedy Michałowi spadła łyżeczka, Piotrek aż zadrżał, napiął się i szepnął:

No, pięknie…

Michał zareagował błyskawicznie:

No właśnie, pięknie! Pech mnie prześladuje… Piotr, czemu nic nie jesz? Chodź, ziemniaków sobie nałóż!

Piotr wziął kartofla do buzi, ale nie umiał go przeżuć, siedział z nim w ustach.

Ej, chłopie, wyluzuj!

Piotrku, chcesz zobaczyć pokój Szymka? zaproponowała Sonia.

Piotr ożywił się i skinął głową.

Wszedł do pokoju Szymka i od razu zobaczył jego duży portret wyglądał inaczej niż w szpitalu, ale patrzył prosto, uśmiechnięty, radosny. Tak żywym wydawał się teraz chłopakowi, że to była wielka ulga. Jakby Szymon mówił: „Nie martw się, jestem z tobą!”

O! Cześć, Szymek! podszedł, dotknął ramy, popatrzył na Sonię. Tu wygląda na pulchniejszego.

Tak, dopiero pod koniec… już…

Przed śmiercią, prawda? Piotr otwarcie. Pokażcie mi, jak tu żył.

Sonia nie bardzo zrozumiała o co chodzi, więc chwyciła album ze zdjęciami.

Wiesz co, ja nie mogę jeszcze oglądać… Może sam? rzuciła i stanęła przy oknie.

Piotr usiadł z albumem. Sonia po chwili jednak usiadła obok i zaczęli oglądać zdjęcia. Tak, jakby Piotr miał pomóc jej przeżyć stratę.

Śmieszny…, fajny…, super… komentował Piotr.

Wszystko go ciekawiło, zadawał pytania.

Gdy wziął do ręki zdjęcie znad morza, nagle wykrzyknął:

O! Morze! Mówił mi, że byliście nad morzem.

Sonia tylko pokręciła głową z smutkiem.

Mówił ci?! Przecież dawno już nie mógł mówić!

Piotr spojrzał na nią, zawstydził się, że przesadził z fantazją. Ale uparcie odrzekł:

Mnie mówił.

Sonia nie oponowała. Przeglądała zdjęcia syna spokojnie, nawet z radością. Ból, strach odpływały, było jej lżej z tym naiwnym chłopcem. Uznała, że naprawdę łatwiej będzie pogodzić się z żałobą przy nim.

Zebrała się w końcu i spytała:

Piotruś, jeśli byśmy cię chcieli adoptować, zgodziłbyś się?

Piotr znów zesztywniał, przez chwilę przewracał kolejne strony w milczeniu.

Nie wiem. Szymek był fajny. Ja nie za bardzo… Nie umiem…

Sonia nagle objęła go i przytuliła.

I dobrze. My cię nie bierzemy za Szymka, tylko dlatego, że jesteś przyjacielem jego…

Piotr, z początku sztywny, nieprzyzwyczajony do ludzkiego dotyku, poczuł zapach kobiety i ciepło jej dłoni. By go odwrócić, przerzucał dalej kartki z albumu, a ona nie puszczała go, kołysała delikatnie.

Piotr naprawdę nigdy nie płakał.

A teraz gula stanęła mu w gardle i łzy spłynęły po policzkach. Załkał cicho.

Płaczesz? Piotrusiu, płaczesz? No już, nie płacz, bo i ja się rozkleję! Trzymaj się, jesteś mężczyzną! Musisz być silny! głaskała jego policzek, ścierając łzy.

Tę frazę już znał.

Okno w pokoju było otwarte. Czyste powietrze wlewało się do środka, firanki tańczyły na wietrze, liście szumiały za oknem, a z portretu pogodnie patrzył na niego Szymon.

I Piotrku, jak maluch, zapytał:

A pani zna może taką piosenkę? Koteczku mały, kiciuś szary, lulajże, lulaj. Ogonek szary, łapki białe…

Słyszałam. To kołysanka chyba. Chcesz, żebym się nauczyła?

Piotrek pociągnął nosem i skinął głową. Czego jeszcze więcej mógł sobie życzyć…

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

1 × cztery =

Pietka. Opowieść