Nasze ciotki i wujkowie przyjechali do nas w odwiedziny i przywieźli prezenty. Wkrótce poprosili, żeby te prezenty trafiły na stół.
Pewnego dnia zjawili się na progu. Uprzedzili wcześniej, więc grzecznie powiedziałam, że nie jest nam lekko, ledwo wiążemy koniec z końcem.
To nie tak, że umieramy z głodu, ale żyjemy bardzo skromnie. Jestem na emeryturze, a mój syn nie zarabia za wiele, więc nie stać nas na przyjmowanie gości. Mimo to przyszli, nie przyszli z pustymi rękami naręcza jedzenia, trochę upominków.
Syn szepnął mi podziękowania, schowaliśmy od razu te rzeczy na bok. Jak mówiłam ostrzegałam, jak żyjemy. Na obiad rozłożyłam chleb i masełko, herbatniki, plus mocną bawarkę. Siedzieli przy stole z minami jakby w oknie listopadowa szarość zawisła, ale milczeli. Niewiele mnie to obeszło, ostrzegałam przecież, że nie jest u nas królewsko. Dostali, co było w domu.
Na kolację podałam cienką zupę, chleb, serek topiony, kanapki z zimnym boczkiem, znów herbata. Pewnie liczyli na coś więcej, ale tylko żużyli smętnie, znowu patrząc przez okno.
W końcu jedna z kuzynek zaczęła dopytywać: czemu nie poczęstowałam ich tym, co przywieźli? Słuchałam i jak przez mgłę pojmowałam sens tej sceny. Przecież czy to były prezenty dla nas, czy dla nich samych? Gdyby chcieli, żebym włożyła do lodówki, wystarczyło poprosić.
Dyskutowali tak z nami długo, aż następnego poranka zniknęli z mieszkania, pakując swoje torby. Szczerze, nie ciekawi mnie, gdzie nocowali. Nie chcę ich już w progach swego domu. Na szczęście po wizycie zostało coś pożytecznego ciastka, pasztet z wątróbki, bezy, trochę owoców. Chociaż tyle z ich wizyty! Wieczorem z synem zaparzymy herbatę i zjemy po kawałku ciasta to już naprawdę nasz własny mały święty spokój.



