Szukam kobiety o imieniu Aleksandra.

Szukam kobiety o imieniu Bronisława.

Pod niski łuk wszedł na podwórko-studnię, pełne topniejącego śniegu. To już czwarte podwórko. Plac zabaw, huśtawki, chłopcy grający w hokeja na mokrym asfalcie. Krążek ślizga się po wodzie, ale chłopcy nic sobie z tego nie robią.

Zatrzymał się pod łukiem, rozglądając się po podwórku. Pragnął, żeby pamięć zakotwiczyła się o jakiś szczegół wydobyła szczegóły z głębi przeszłości. Ale tutaj wszystko wyglądało zupełnie inaczej niż tam, w podświadomości. Cóż, minęło przecież tyle lat. Wtedy nie było tam nic poza rozciągniętymi sznurami na pranie, przybudówkami pod oknami, kępami floksów i ławkami.

A teraz…

Wszystko mogło się zmienić przez tyle lat. Właściwie, nie mogło się nie zmienić.

Na nieznanego, dostojnego starszego pana w czapce z futrzanym podszyciem nikt nie zwracał uwagi. W tych czterech kamienicach wielu wynajmowało mieszkania. Gdańsk…

Miał wejść do domu, stojącego po prawej stronie od łuku. Tego nie mogło zapomnieć. Pamiętał, że mieszkanie było na drugim piętrze, a kamienica miała trzy kondygnacje. Mieszkanie po prawej stronie, z tyłu korytarza, w rogu. Na framudze drzwi kilka dzwonków, różne kształty i kolory, nazwiska byłych mieszkańców.

Pamiętał każdy szczegół wewnątrz każdą fałdę na zasłonie, skrzywiony zatrzask w oknie, zielony czajnik, skrzypienie podłogi, a nawet tego karalucha, którego łapali przez dwa dni. Wszystko, co było w głębinach tamtego mieszkania…

Ale nie znał numeru mieszkania ani numeru budynku. Pamiętał tylko nazwę ulicy. Nie potrafił znaleźć podwórka bo takie podwórka ciągnęły się tu jedno za drugim. I niestety, nie był pewien, czy to ten klatka chyba druga od łuku… Te kamienice postawiono najwyraźniej według jednego projektu, wyglądały jak bliźniaczki.

I tak krążył po tych podwórkach…

Prawa kamienica, druga klatka schodowa, czy raczej jak tutaj mówili druga brama, drugie piętro, drzwi w głębi… Czterdzieste trzecie? A może…

Gdy w bramie był domofon, wybierał 43.

Dzień dobry, szukam Bronisławy. Czy mogę…

Czasem przerywano mu w pół zdania, ktoś odpowiadał, że nie mieszka tu taka. Czasem nawet taki… Musiał próbować jeszcze raz.

Przepraszam, to naprawdę ważne. W 1980 roku nie mieszkała u Państwa może kobieta imieniem Bronisława? To dla mnie bardzo istotna informacja.

Gdy przeszedł trzeci dziedziniec, wyjął notes i zapisał:

16 nikogo, 24 na pewno nie, 32 a nie wiedzą, kupili…

Dziedzińców było wiele, postanowił wracać tam, gdzie nie otrzymał odpowiedzi, gdzie nie udało się dodzwonić do mieszkania, gdzie zostały pytania.

Wspinał się po łagodnych schodach do wielkiej, ciemnej bramy. Wysokie okna były zakurzone, pachniało kotami. Ten zapach był i wtedy, dobrze go pamiętał.

Dzień dobry! skłonił się grzecznie.

Naprzeciw szła starsza kobieta w szarym płaszczu, z siatką w ręce.

Dzień dobry, a do kogo Pan idzie? spytała zaciekawiona.

Na drugie piętro. Szukam Bronisławy, kobieta około sześćdziesiątki. Czy Pani wie, czy mieszka tu taka?

A do którego mieszkania?

Na rogu, na prawo. Ale to dawno było. Jeszcze gdy były tu mieszkania współdzielone. Nie pamiętam numeru… ani dokładnie budynku…

Rogowe? Nie. Tam mieszkają Nowakowie, żona, mąż, dwójka dzieci. Nie było żadnej Bronisławy. A jestem tu od dziecka, to bym wiedziała.

Dziękuję spuścił głowę i zaczął schodzić po zniszczonych schodach.

Kobieta szła za nim.

A jakie nazwisko?

Gdybym pamiętał, odnalazłbym przez książkę telefoniczną. Ale nie pamiętam. Właściwie nawet nie wiem…

To kim ona dla Pana, jeśli mogę spytać? starsza pani była gadatliwa.

Zawahał się, zwrócił głowę, nie wiedział, co odpowiedzieć…

Ona? …

Kim była? Bronisława… Bronka… Bronisia…

Miłość nie ma jasnej definicji. Ona po prostu jest, albo jej nie ma. Reszta to obrazy, subiektywny układ uczuć.

Bartosz cały życie sądził, że miłość to tylko ulotne uczucie. Nie przetrwa rozłąki, zniknie, rozwieje się jak dym. Te wybuchy szczęścia, które rodziły się od wspomnień chwili jego miłości, podtrzymywały go, a zarazem zadawały ból.

Był winien. Przez czterdzieści lat żył z kalectwem serca.

Te wspomnienia chyba napędzały serce, choć właśnie ono pierwsze zawiodło. Kiedy zmarła żona spędzili razem prawie całe życie choć ostatnio żyli obok siebie raczej niż ze sobą, nagle serce zabolało i nastąpił zawał.

Za życia żony nie kłócili się, nie wyjaśniali niczego po prostu z czasem przestali się sobą interesować. Rozeszli się po pokojach, rozmawiali tylko o sprawach praktycznych.

Żona uważała, że dom to jej, a on tu… cóż, nie wiedziała, co z nim zrobić. Powtarzała swoim przyjaciółkom:

Po co go ruszać? Niech sobie mieszka.

W domu było aż mdło od obrazów w pozłacanych ramach, kryształów, drogiej rzeźbionej mebli, kolorowych drobiazgów i dywanów. Na środku salonu biały fortepian, a na nim waza ze sztucznymi kwiatami.

Ten fortepian był fałszem. Nie, nie przez to, że był niefunkcjonalny wręcz przeciwnie, prawdziwy amerykański Steinway & Sons. Ale dla Bartosza był symbolem pozoru. Nikt w domu nie potrafił na nim grać, a waza zawsze tam stała, bo instrumentu nigdy nie otwierano.

Kiedy tylko pojawił się w domu, żona zaprosiła muzyków, organizowała wieczory, ale fortepian nie zyskał popularności. Towarzystwo wolało muzykę z magnetofonu.

Bartosz nazwałby go podstawą do wazonu, tylko że kosztował tyle co trzy mieszkania w Warszawie.

Żona próbowała nawet sama się uczyć gry. Wynajęła nauczycielkę, lecz szybko zarzuciła pomysł. Mało co doprowadzała do końca, chyba że chodziło o masaż czy zabiegi u kosmetyczki.

Nie doprowadziła do końca i swojej jedynej ciąży. Choć trudno ją o to winić, Bartosz uważał, że jej egoizm nie pozwolił jej zostać matką.

Coraz częściej o tym myślał. Wiedział, kto potrafiłby ożywić fortepian.

A jednak tęsknił za żoną. Z biegiem lat ich stosunki się poprawiły. Chorowali oboje, chodzili po podwórku albo do parku. Karmili kaczki przy stawie. Bartosz zafascynował się łowieniem ryb. Już nie było potrzeby niczego udowadniać.

Czemu dopiero teraz tu się wybraliśmy, Heleno, dobrze tutaj… siadali nad stawem.

Bo byliśmy głupi kiwała głową żona.

Ale kiedyś wciąż gdzieś biegli. On piął się po szczeblach, doszedł aż do ministerstwa w Warszawie. Teść żony ciągnął go w górę. Ledwo przywykał do stanowiska, już czekało następne.

Awans był zasłużony, Bartosz był pracowity, zdolny, bystry. Umiał ryzykować, wymagać, przewodzić. O takim zięciu marzył wiceminister Janusz Pawłowski, szef państwowego komitetu budowlanego.

A jednak początkowo niemal wymknąłby się mu. O szczegółach dowiedział się Bartosz od żony, lecz po latach. Gdy Pawłowskiego już nie było, żona pokłóciła się z matką i wtedy ta zdradziła całą prawdę…

… A kim ona dla Pana, jeśli to nie sekret? kobieta dopytywała.

Zawahał się, wycofał na chwilę…

Ona? … To wszystko, co mi zostało.

Staruszka już nie pytała, zauważyła ból w oczach mężczyzny. Szukał kogoś ważnego.

A Bartosz ruszył do kolejnego podwórka. Nogi przemoczone, dzwonił, pukał, spotykał się z niegrzecznością i niezrozumieniem, a czasem długo wyjaśniał swoją sytuację. Potem szedł do następnego podwórza.

Wieczorem wrócił do hotelu rozbity. Padł w kurtce na łóżko, zamknął oczy. Bolały go nogi i plecy, ciężko oddychał, dudniło w głowie. Ale rano znów wyruszył jej szukać.

***

Jesień wtedy była deszczowa. Gdańskie ulice pokryły się złotem liści, które polewał deszcz. Okoliczne targowiska tętniły życiem, uliczny handel rozkwitał, każdy dorabiał, jak mógł.

On z przyszłym teściem przyjechali do Gdańska z Poznania na konferencję dotyczącą budownictwa, w ramach demokratyzacji społeczeństwa.

Spotkanie było kluczowe dla sekretarza wojewódzkiego Pawłowskiego, który szykował się na awans. Młody Bartosz Szpejewski jeszcze wtedy niczego nie oczekiwał. Awansował z młodzieżówki na prawe ramię sekretarza, nie planował przyszłości. Po prostu pracował.

W województwie powstawała nowa fabryka i Bartosz ją nadzorował. Był młody, nie czuł jeszcze ciężaru odpowiedzialności. Wydawało się mu, że wszystko jest do rozwiązania i sam pokieruje swoim losem.

W Gdańsku cieszył się miastem. Pawłowski wysyłał go na swoje sprawy, i tak Bartosz znalazł się przy wejściu na stację SKM Gdańsk Główny, gdzie usłyszał melodię, która przeszyła mu duszę. Zamiast wychodzić, ruszył w kierunku tej muzyki.

Młoda, szczupła dziewczyna o imieniu Dobromiła w niebieskim berecie i lekkim szalu grała na skrzypcach. Szara, mokra ściana była jej tłem. Na niej krótka, kraciasta kurtka, krótkie botki, nogi delikatne jak u baletnicy. Przed nią otwarty futerał do skrzypiec i wrzucane drobniaki.

Bartosz zatrzymał się. Było w tym coś nadzwyczajnego. Wyrazisty dramatyzm muzyki, niebieski szal, loki dziewczyny, zamazana ściana i czerwone z zimna dłonie. Widać było, że przemarznięta, ale zimno, zdawało się, pomagało jej wydobyć całą duszę z muzyki.

Obok stali handlarze, przewijali się klienci, ktoś wrzucał pieniądze, lecz zatrzymywali się na chwilę. Tylko Bartosz stał nieporuszony.

Dziewczyna dokończyła melodię, schowała skrzypce pod pachę, potarła ręce, naciągnęła rękawy. Chwilę potem znów podniosła skrzypce i zaczęła grać. Zamknęła oczy, całą sobą włożyła się w muzykę, jakby oddawała resztkę sił.

Tak wiele smutku w tej melodii, tyle bólu i tęsknoty! Muzyka docierała do najdalszych zakamarków dworca, wznosząc się, próbując wyrazić to, czego nie da się wypowiedzieć.

Bartosz zatracił się w tych dźwiękach aż nagle obok Dobromiły przykucnął niezgrabnie piętnastolatek, moment później zrywając się z futerałem.

Ukradł, ukradł! Złodziej! krzyknęła handlarzowa, jej głos nakładał się na melodię.

Dziewczyna miała oczy zamknięte, nadal grała do utraty tchu.

Bartosz pierwszy ruszył w pościg. Dogonił chłopca, krzyknął:

Złodziej! Łapcie!

Postawny mężczyzna zastąpił mu drogę, chłopak porzucił futerał, przeskoczył przez jezdnię, znikając w tłumie. Bartosz zbierał porozrzucane monety. Dziewczyna podchodziła do niego nieco oszołomiona.

Proszę wszystko, co się udało odnaleźć… Bartosz wyciągał dłoń.

Już dosyć, proszę nie zbierać odpowiedziała głosem zadziwiająco głębokim A futerał i tak był popsuty. Dziękuję Panu.

Spojrzał na nią zobaczył, że coś bardziej tragicznego niż kradzież kryje się na jej twarzy.

Często się tu zdarza? próbował zagadać.

Bywa odparła z obojętnością i ruszyła przed siebie.

Bartosz podążył za nią, w końcu zatrzymała się na mostku nad Motławą i patrzyła na wodę. Znowu muzyka… Potem futerał znalazł się poza balustradą mostu, dziewczyna jakby żegnała się z instrumentem…

Proszę, nie rób tego! Bartosz pobiegł i uchwycił futerał.

Pana to co obchodzi? obróciła się, patrząc na niego z wyrzutem. Zawiodłam. Nie powinnam była grać w przejściu. Obiecałam mamie.

Przepraszam, nie wiedziałem…

Mama zmarła dwa miesiące temu.

Wybacz mi… Bardzo mi przykro. Wtedy już zrozumiał, dlaczego chciała wszystko zakończyć.

Szli chwilę w milczeniu. Deszcz grał na żółtych liściach. W końcu Dobromiła odezwała się pierwsza:

Grałam tylko dla niej. Teraz nie mam po co żyć ani grać.

Ale dusza wciąż domaga się muzyki, prawda? Już widzę, że to nie żołądek bo nie pieniędzmi żywy człowiek…

To właśnie żołądek, nie mam pieniędzy, nie mam za co jeść…

To da się naprawić! szczerze się ucieszył, sięgając po portfel Mam tu trochę złotych, ale rano przyjdę z hotelu i przyniosę więcej…

Pan naprawdę sądzi, że przyjmę pieniądze? Kim Pan jest? Proszę za mną nie chodzić…

Przyspieszyła kroku.

Przepraszam… już Pan wie, że jestem głupcem… Ale będę jutro czekał tu! Bardzo, bardzo czekał! Dla bezpieczeństwa… i muzyki…

Następnego dnia Bartosz długo nie mógł wyrwać się ze spotkań służbowych, na SKM dotarł dopiero popołudniu. Dobromiły nie było. Znowu zapytał handlarzy.

Jak czekał! Chodził po placu parę godzin, schodząc w przejście i wychodząc. I w końcu się pojawiła. Już wiedziała, że on tam jest, ale prowokowała dystans. Rozłożyła skrzypce, zagrała. Starsza sprzedawczyni przyniosła mu stołek. Wszyscy już wiedzieli, że czeka na tę dziewczynę. Był wdzięczny. Słuchał.

Słuchał ponad dwie godziny. W końcu Dobromiła uśmiechnęła się do niego to było szczęście. Gdy zobaczył, że kończy, podszedł i wrzucił kilka dużych banknotów.

Czy Pan zwariował? Z takim groszem?! Tu przecież niebezpiecznie. Zabierz je Pan, proszę!

To moje prawo. Płacę tyle, ile chcę.

Idiota syknęła, zbierając szybko pieniądze do torby Chodźmy, zanim ktoś nas zauważy!

Już schodzili w dół, gdy w ich stronę ruszało dwóch mięśniaków. Dziewczyna zbladła.

Ile jesteście winni? szepnęła.

Może kawaler zapłaci za ciebie…

Zaczęła się bójka. Bartosz nieźle sobie radził, ale pojawili się kolejni. Dobromiła nie spanikowała, pobiegła do sklepu, wróciła z policją. Zdążyli go dość mocno poturbować.

Do szpitala? spytała troskliwie Dobromiła.

Nie trzeba jęknął, dotykając twarzy. Poradzę sobie.

Zamówmy taksówkę. Gdzie Pan mieszka? Trzeba rany opatrzyć. U mnie będzie spokojniej…

Zawiozła go do swojego mieszkania. Zaduch starej kamienicy, współlokatorzy, dwie pokoje do jej dyspozycji. Ciotka, sąsiadka gadająca przez telefon. W jej pokoju zdjęcie młodej mamy oprawione żałobnie. Stare pianino, figurki słoni, książki…

Te wspomnienia już nigdy nie miały go opuścić. Przychodziły, gdy było mu źle i uśmiechał się, choć inni tego nie rozumieli. Albo w chwilach radości sprowadzały smutek.

Dobromiła opatrywała go, potem napili się herbaty z sucharkami. Więcej nie miała nic w domu.

Opowiedział o sobie. O budowie w Poznaniu. Przyszła pora na nią opuściła konserwatorium, pomagała ciotce na targu.

Ale przecież jesteś wybitną skrzypaczką!

Czasy takie westchnęła Muzyków nikt nie szuka. Weź, tu są Twoje załatane spodnie.

Uśmiech rozjaśnił jej twarz! Pożegnali się, ale zaraz wrócił z zakupami do niej. Prezesował, a ona, nie mając wyboru, przyjęła produkty z obietnicą rychłego powrotu do gościa.

Szczęśliwy patrzył jej w okno, a ona machała do niego zza szyby. Drugie piętro, jarzębina pod oknem… Tak! Była jarzębina, pamiętał. I wysokie topole za domem.

Pawłowski, widząc swojego zastępcę z podbitym okiem, był wściekły.

Gdzieś Ty łaził? W szpitalu? Bez mojej kontroli ani kroku dalej…

Ale Bartosz zdołał się wymknąć. Odnalazł tamto podwórko. Przyszedł z ciastem i zakupami.

Dobromiła marudziła, tego dnia chodzili razem po Gdańsku. Marceli pod deszczem, z kubkiem kawy do podziału, śmiali się, on żartował z przechodniami.

Czy wiecie, że ta dziewczyna to wirtuozka skrzypiec?

Dobromiła czytała wiersze. Zmarzli, kupili dużą kawę, pili na zmianę. Byli szczęśliwi.

Potem pocałunki, on poprosił ją do siebie, z nim do Poznania, na zawsze. Zamknęła się w sobie i wyrecytowała fragment:

To pieśń ostatniego spotkania…

Przestań, to nie ostatnie odpowiedział Proszę, wyjdź za mnie…

Wieczorem była noc, podczas której grali na jej pianinie, potem cała kamienica polowała na karalucha, a potem… noc…

Siedzieli na parapecie, kurtyna deszczu. Dobromiła znowu recytuje:

Natura się rozsypuje, fale cicho grają…

Jedziemy razem! Koniec smutku! Mówię szczerze: zabiorę stąd tylko z narzeczoną!

A nazajutrz…

Telefon. Sąsiad dobija się do drzwi Bartosza wzywają.

Pawłowski nie jest wściekły, jest smutny.

Na ciebie jest sprawa karna, Bartosz!

Dobromiła patrzyła na niego dziwnie.

Wrócę, cokolwiek się wydarzy. To pomyłka…

Wierzę ci. Dzisiaj, cytując Szymborską, powiem: Przepowiadam spotkanie drugie nieuchronne spotkanie z tobą. Do widzenia, Bartoszu!

Bartosz już myślał o tej sprawie karnej. Co mogło się stać?

Kto by mu powiedział, że to wszystko intryga, nie uwierzyłby. Wszystko wyglądało autentycznie: protokoły, fakty, liczby. Nadużycia, marnotrawienie środków, korupcja…

Brak doświadczenia Bartosza wykorzystał Pawłowski. Pokrętnie, lecz skutecznie.

Czeka cię dwadzieścia lat więzienia! Chcesz tam zgnić? Myślisz, że ja chcę tego dla ciebie? Ale… wyjście jest. Dyrektor przeniesie się, a ty… a ty weź córkę za żonę! Wtedy cię obronię!

Ja nie mogę. Kocham inną…

Zapomnij! Jesteś tylko delegacją, nie miłość na zawsze. Zapomnij! Decyzja twoja, ale wtedy radź sobie sam.

Bartosz wtedy się przestraszył. Tego dnia odwiedził go śledczy. Znalazł w dokumentach niedopatrzenia Bartosza… Spocił się ze strachu, nie spał nocą.

Rano Pawłowski wręczył mu bilet PKP. Pociąg odchodził za kilka godzin.

Wyjeżdżaj! Powiem ci co i jak później.

Na dworcu w głośniku ktoś grał koncert skrzypcowy. Bartosz krążył wokół, gubiąc się w poczuciu straty i żalu.

***

Już wiedział, że starsze panie na ławce to skarbnica informacji.

Bronisława? spojrzały po sobie. Nie ta, co umarła tej wiosny? Pamiętasz, syn przyjeżdżał dużym samochodem…

Bartosz chwycił się za piersi, aż się zachwiał, oparł o słup. Tego bał się najbardziej że nie zdążył.

Co ty mówisz, przestraszyłaś człowieka! On mówił: po prawej stronie brama. A to Aniela umarła, nie Bronisława. I mieszkała po lewej. Źle się panu zrobiło? Może pogotowie? Niech pan jej nie słucha…

Znowu dzwonił, znowu pukał, przechodził dom po domu. Jarzębiny nie znalazł. Wszystko się zmieszało w głowie. Wracając do hotelu, mijając kolejne podwórka, nagle zobaczył ją Dobromiłę, od tyłu. Ten sam szal, ten sam krok…

Dobromiło! chciał krzyknąć, ale głos uwiązł w gardle, świsnął Dobromiło!

Dziewczyna nie odwróciła się, więc przyspieszył, dotknął jej ramienia:

Dobromiło!

Młoda kobieta spojrzała. Podobna… ale…

Przepraszam, pomyliłem się.

Nic się nie stało, to się zdarza. Mam na imię Dobromiła i głos miała podobny…

Boże, kogo on szuka? Przecież szuka nie młodej kobiety, lecz sześćdziesięcioletniej. On ma sześćdziesiąt pięć… Przewidzenia…

Znów wykończony wrócił do hotelu.

Nazajutrz zaplanował ostatni dzień poszukiwań w Gdańsku. Czy wystarczy mu sił?

Leżał prawie do południa, nie mogąc zebrać się z łóżka. Wczoraj przesadził z lekami na serce, dziś czuł się senny. Chciał spać aż do porannego pociągu.

Ale wstał. Kawa kusiła, ale bał się o serce. Chwycił trochę herbaty, zamówił taksówkę, choć do podwórek było blisko.

Wysiadł i długo stał na chodniku przed jedną z bram. Wiosna wisiała w powietrzu. Skąd zacząć? Przeszedł już wszystko. Na przeciwległej stronie ulicy sklep muzyczny. Za szybą strunowe instrumenty.

Wszedł do środka.

W czym mogę pomóc? spytała młoda, piegowata ekspedientka w mundurku.

Proszę pokazać tę skrzypce…

Sięgnęła po instrument.

Chciałby pan spróbować?

O nie! Nie umiem. Znałem kiedyś skrzypaczkę mieszkała w tych domach. Bronisława…

Bronisława? Nie Piekarska czasem?

Nazwiska nie pamiętam, a pani zna Bronisławę Piekarską, skrzypaczkę?

Tak, jasne.

Szukam jej już trzeci dzień… Nie zna pani adresu?

Adresu nie, ale mieszka tutaj gdzieś. Podobno ma dziecko, chłopca, z osiem lat…

Dziecko? Ile lat może mieć pani Piekarska?

Nie wiem dokładnie, trzydzieści kilka…

Czy mogę usiąść? Bartosz opadł na fotel. Rozpiął płaszcz.

Źle się pan czuje? Może wody?

Nie trzeba, po prostu… znów nie znalazłem. Znowu nie…

Wyszedł i spojrzał na domy wzdłuż ulicy. I wtedy… zobaczył topole rosły tylko przy jednym z podwórek. Już nie starczyłoby sił na wszystkie, więc wszedł właśnie tam.

Na podwórku spotkał starsze małżeństwo. Widocznie przyszli pospacerować.

Dzień dobry. Szukam kobiety około sześćdziesiątki, Bronisławy. Mieszkała tu w latach 7080. Grała na skrzypcach…

Starsza pani spojrzała na męża.

To przecież córka Zofii Bronisia…

Znali państwo je?

Tak, mieszkali tutaj, w tej bramie. Te okna na drugim piętrze.

Była tutaj jarzębina?

Tak! Była jarzębina, dawno wycięta. Remont był. Żyli ciężko. Po śmierci Zofii Bronka została sama, i z dzieckiem. Sprzątała u nas, brała sublokatorki, dawała lekcje gry na skrzypcach. Ale jaka córka elegancka teraz. I pieniądze są…

Gdzie teraz mieszka ta Bronka? zaiskrzyła nadzieja.

Przeprowadziła się, nie wiemy gdzie…

Nadzieja zgasła.

A u córki pan spyta. Powie panu. Proszę iść, pierwsza brama, drugie piętro, mieszkanie na rogu.

Córka mieszka tutaj?

Tak, mieszka z rodziną. Piekarska znana skrzypaczka. Słychać o niej wszędzie.

Nogi Bartosza były jak z waty. Wcisnął domofon pierwszej bramy. Czemu zawsze był pewien, że właściwa jest druga?

Słucham! męski głos.

Bartosz zwlekał.

Eeee, jaaa…

Do kogo pan przyszedł?

Do Piekarskich…

Słucham… nikt nie zamierzał go wpuścić ot tak.

Zaraz zemdleję wyszeptał Chciałbym się dowiedzieć, gdzie mieszka Bronisława. Może państwa teściowa.

Drzwi się otworzyły.

Powoli szedł na drugie piętro, na spotkanie schodził już młody człowiek.

Źle się panu robi?

Tak… Chciałbym poznać adres Bronisławy…

Mężczyzna podtrzymał go, pomógł dojść do mieszkania.

Proszę wejść, jestem lekarzem! Niech się pan nie rozbiera, proszę usiąść na kanapie.

Bartosz podziękował. Nawet nie mógł się rozejrzeć nie był w stanie.

I wtedy do pokoju weszła ona… Ta sama młoda kobieta, którą wczoraj wziął za Dobromiłę. W domowej, długiej koszulce, tak podobna! Przypominała ją z tamtego lata.

Boże! To była jej córka. Przyrządzała mu ciśnieniomierz. Małżonek mierzył puls, sprawdzał oddech.

Ma pan bardzo wysokie ciśnienie i tętno… Chorował pan?

Po zawale.

Chyba powinien pan jechać do szpitala…

Wypocznę, będzie lepiej.

Raczej nie… dam panu zastrzyk.

Wyszedł. Z kuchni do pokoju zaglądnął ośmioletni chłopiec.

Chodź tu zawołał Bartosz Jak masz na imię, bohaterze?

Błażej. A tata to Michał, a mama Dobromiła Bartoszowa.

Wszedł Michał ze zastrzykiem, wypędził syna.

Przepraszam, same kłopoty przeze mnie. Proszę o adres pani Bronisławy… Jak ona się czuje? zwrócił się do Dobromiły.

Napije się pan herbaty na nadciśnienie? Mama czuje się dobrze, znał ją pan?

Tak. W dawnych czasach bywałem tu… I pamiętam inne pokoje, inny układ…

Wiadomo. Kiedy wykupiliśmy całą kamienicę, połączyliśmy pokoje. Z czasem oddzieliliśmy mamie pokoik. A jakie było pytanie naprawdę pana córka nie znała?

Uśmiechnęła się smutno. Usiadła przy stole.

Może to dziwne, ale pan jest moim ojcem, prawda?

Bartosz zatkał się, lecz serce tym razem wytrzymało.

Nie wiedziałem… Ale powinienem był się domyślić.

Poszli na przestronną kuchnię.

Nie ma tu karaluchów?

Co pan! Boję się ich panicznie…

Szkoda. Wasza mama się ich wcale nie bała prowadziła z nimi wojnę kapciem.

Siedzieli przy herbacie. Bartosz ukradkiem ocierał łzy. Syn i wnuk, o których nie miał pojęcia…

Opowiesz o dzieciństwie z mamą? Było ciężko?

Żyło się zwyczajnie. Mama z uporem walczyła o wszystko. Mówiła, że moje urodzenie dało jej nowe życie. Byli u nas studenci na stancji, mama pracowała wszędzie, byle nie zabrakło na czynsz.

Tak bardzo was skrzywdziłem…

A pan, jak żył? Nie rozumiem, dlaczego rozstaliście się z mamą.

To była wina okoliczności, układu, teścia. Mimo wszystko… Być może nie chciała, by jej córka rosła w świecie podejrzeń.

Ale ona zawsze czekała na pana. Powtarzała, że jeszcze się spotkacie… Zadzwoń do niej! Jeszcze czeka!

Nie… Proszę, chcę wejść do niej sam. Proszę mnie zaprowadzić.

W kuchni pojawił się zięć.

Powinien pan jechać do szpitala! Ale zawiozę pana do teściowej. Potem szpital. Umowa?

Umowa poddał się Bartosz.

Schodząc po schodach spojrzał na córkę i wnuka.

Całe życie szukałem tego, co miałem pod nosem. A rodzina jest prawdziwa.

Dojechali do nowego wieżowca na osiedlu.

Tu. Piąte piętro, mieszkanie 118. Jeśli coś się dzieje, dzwonić.

Nogi Bartosza były jak z waty. Oparł się o ścianę, ale zdołał nacisnąć dzwonek. Co jej powie? Ona pyta kto tam? Odpowie Bartosz. Ale czy pozna?

Drzwi otwarły się bez pytania. Stała przed nim Bronisława. Włosy miała już mniej bujne, policzki opadły, ale była ta sama.

Ona też patrzyła na niego w napięciu. W końcu zrobiła krok w tył pozwalając, by wszedł. Stanął. Może powinien złapać ją za rękę, ucałować dłoń ale czy miał do tego prawo?

Spojrzał tylko. I w jej oczach zobaczył rozedrganie i nadzieję. Czekała.

Zerwały się w nim wszystkie siły. Po prostu padł jej do stóp.

Ona także przyklękła.

Bartosz, co się dzieje? Nie możesz wstać? Źle ci?

Siedzieli na podłodze, trzymając się za łokcie.

Znalazłem cię! Przepraszam, że tak długo… nie wiedziałem o córce…

Uspokój się. Wiem. Wiedziałam, że kiedyś się pojawisz.

Jestem głupcem… Wybacz, mamroczę, ale… ścisnął jej dłoń.

Nie ma już czego wybaczać. Wiedziałam… uśmiechnęła się przez łzy.

W końcu wprowadzono go do samochodu zięcia, który już ich wiózł do szpitala.

Siedzieli razem na tylnym siedzeniu, trzymając się za ręce.

Nie chcę do szpitala, Bronka. Właśnie cię odnalazłem…

Będę przy tobie. Już zawsze.

I może to przez żal za minionymi latami, a może przez wielkie szczęście, ale łzy płynęły mu z oczu nieustannie.

Płaczesz? Nie płacz. Teraz już będzie dobrze szeptała Bronisława. Wyzdrowiejesz i będziemy razem.

Tak. Teraz tylko razem…

A ona, chcąc go uśpić, cicho zaczęła recytować poezję:

Ja nad przyszłością czaruję gdy wieczór zupełnie błękitny, i przewiduję spotkanie drugie…

Samochód gnał przez nocny Gdańsk prosto do szpitala. Bartosz nie przegapił swojego szczęścia. Zdołał…

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

12 − jedenaście =

Szukam kobiety o imieniu Aleksandra.