Szukam kobiety o imieniu Aleksandra.

Szukam kobiety o imieniu Mirosława.

Przeszedłem pod niskim łukiem i znalazłem się na podwórku studni, pełnym roztopionego śniegu. To już czwarta taka klatka. Plac zabaw, huśtawki, chłopcy kopiący mokrym lodem resztki śniegu na asfalcie. Krążek rozpryskuje wodę, ale chłopcom to nie przeszkadza.

Zatrzymałem się pod łukiem, rozglądam się po podwórku. Jak bardzo chciałem, by pamięć zahaczyła się o cokolwiek, wydobyła szczegóły z głębi minionych lat. Ale tutaj wszystko wyglądało inaczej niż wtedy Tylko, czy mogło być inaczej po tylu latach? Kiedyś nic prócz sznurków z praniem, drewnianych komórek, ławkami i krzewów bzu tutaj nie było.

A teraz

Wszystko mogło się zmienić przez tyle lat. Może nawet musiało się zmienić.

Na nieznajomego starszego mężczyznę w granatowej czapce z futrzaną podszewką nikt nie zwracał uwagi. Tu, w okolicznych kamienicach, wiele rodzin wynajmowało mieszkania. Gdańsk

Musiał wejść do domu po prawej stronie od łuku. Tego był pewien to musiało pozostać bez zmian. Pamiętał, że piętro to było drugie, a cała kamienica miała trzy. Mieszkanie umieszczone na końcu, po prawej, tuż przy klatce. Na framudze drzwi kilka dzwonków o różnych kształtach, podpisane nazwiskami mieszkańców jeszcze z czasów komunalnych.

Pamiętał każdy szczegół wewnątrz tamtego lokalu, każdą fałdkę na zasłonach, skrzypiące deski, zielony czajnik, a nawet uczepionego dwa dni karalucha, którego próbowali złapać na zmianę.

Ale nie znał numeru mieszkania ani numeru kamienicy. Pamiętał tylko nazwę ulicy. Nie mógł znaleźć podwórka, bo takich podwórek-studni ciągnęło się wzdłuż tej ulicy mnóstwo, jeden za drugim. I nie był pewien nawet klatki chyba druga od łuku Budynki stawiane przez tych samych majstrów, z tego samego projektu, były do siebie bliźniaczo podobne.

I tak wracałem wciąż do tych podwórek

Prawy dom, druga klatka, a może tutaj nazywają to wejściem? Drugie piętro, drzwi na końcu Czterdzieści trzy? Czy

Jeśli była domofon, wybierał 43.

Dzień dobry, przepraszam, szukam Mirosławy. Czy może Pani…

Często nawet nie pozwalano mi skończyć, mówiono, że tu nie mieszka żadna taka Mirosława, czasem nawet żadnego Mirosława też nie było. Musiałem próbować ponownie.

Proszę wybaczyć, to dla mnie naprawdę ważne. Może w 1980 roku mieszkała tu kobieta o takim imieniu? To bardzo istotne.

Po trzecim podwórku wyjąłem notes.

„16 nikogo, 24 na pewno nie, 32a nie wiedzą, kupili”

Było tych podwórek wiele. Musiałem wrócić do tych klatek, gdzie nikt nie odpowiedział, gdzie nie udało się dodzwonić, gdzie pozostały pytania.

Wspinałem się po zużytych stopniach szerokiej, niemej klatki schodowej. Wysokie okna były zakurzone, pachniało kotami. Ten zapach był tu także kiedyś, pamiętam go doskonale.

Dzień dobry! skłoniłem się.

Nadchodziła starsza pani, siwa, w szarym płaszczu, z reklamówką w dłoni.

Dzień dobry, a do kogo Pan idzie? zapytała uprzejmie.

Na drugie piętro. Szukam Mirosławy, kobiety koło sześćdziesiątki. Czy mieszka tu taka osoba?

Ale w którym mieszkaniu?

W narożnym, po prawej. Ale to było dawno. Jeszcze za czasów, gdy były tu mieszkania kwaterunkowe. Nie pamiętam dokładnie numeru domu

W narożnym? Nie, tam mieszkają państwo Dudowie, małżeństwo z dwójką dzieci. O żadnej Mirosławie nie słyszałam, a mieszkam tu od dzieciństwa.

Dziękuję opuściłem wzrok i zacząłem schodzić po wytartych schodach.

Starsza pani zeszła za mną.

A nazwisko chociaż Pan pamięta?

Gdybym pamiętał, dawno bym odnalazł danych w książce telefonicznej albo w Internecie. Niestety, nie pamiętam, a może nigdy nie znałem

A kim ona dla Pana była, jeśli wolno spytać? była rozmowna.

Zawahałem się, nie wiedziałem, jak odpowiedzieć

Ona?

Kim ona naprawdę dla mnie była?

Mirosława Mira Mirka

Miłości nie da się zdefiniować. Albo jest, albo jej nie ma. Cała reszta to indywidualna układanka uczuć i ich potencjalnych konsekwencji.

Przez całe życie łudziłem się, że miłość to krucha materia. Że nie znosi długiej rozłąki, że się rozmyje, zniknie bez śladu. Pozostawały mi krótkie uniesienia szczęścia zrodzone ze wspomnień i to one pomagały, podtrzymywały mnie, choć jednocześnie zadawały ból.

Czułem się winny. Przez czterdzieści lat nosiłem w sercu kalectwo.

Te wspomnienia wciąż dokarmiały serce, choć To właśnie serce pierwsze się zbuntowało. Kiedy zmarła żona, z którą przeżyłem niemal całe życie, choć od jakiegoś czasu żyliśmy bardziej obok siebie, niż razem serce eksplodowało, przyszedł zawał.

Za życia żony nie kłóciliśmy się, nie roztrząsaliśmy spraw. Po prostu w pewnym momencie zaczęliśmy żyć praktycznie osobno, we wspólnym dużym mieszkaniu. Rozeszliśmy się po pokojach, rozmawialiśmy wyłącznie o sprawach domowych.

Dla żony ten dom był jej własnym królestwem, a ja… no cóż, byłem takim dodatkiem Tak mówiła swoje starej przyjaciółce:

No i co z nim zrobić? Niech już będzie.

Oczy bolały od złoconych ram obrazów, kryształów, drogiej stylizowanej mebli, kolorowych bibelotów i dywanów. Pośrodku salonu biały fortepian, na nim wazon z plastikowymi kwiatami.

Ten fortepian był oszustwem. Nie, nie dlatego, że był niefirmowy to prawdziwy amerykański Steinway and Sons. Ale we mnie budził jedno skojarzenie sztuczność. Nikt z domowników nie grał na tym instrumencie, wazon nigdy nie był zdejmowany Po kupnie żona zapraszała kilku muzyków na wieczory artystyczne, które organizowała. Jednak instrument się nie przyjął. Goście woleli słuchać nagrań.

Sam żartowałem, że to podstawa pod wazon, jedyna warta tyle, co trzypokojowe mieszkanie w Warszawie.

Żona próbowała uczyć się gry, zatrudniła nauczycielkę. Szybko jednak zrezygnowała. Mało co doprowadzała do końca, poza zabiegami u kosmetyczki bądź masażami.

Nie doprowadziła też do końca jedynej ciąży choć w tej sprawie trudno ją winić. Jednak tkwiło we mnie przekonanie, że jej egocentryzm nie pozwolił jej zostać matką.

Często o tym myślałem ostatnio. Znałem dziewczynę, której pod palcami instrument by ożył.

A mimo wszystko tęskniłem za żoną. Z biegiem lat relacje nam się poprawiły. Oboje podupadli na zdrowiu, więc spacerowaliśmy razem po podwórku lub parku. Karmiliśmy kaczki nad stawem w pobliskim parku. Zacząłem łowić ryby. Już nie miałem potrzeby niczego udowadniać

Czemu dopiero teraz tu spacerujemy, Mira? Jak dobrze tu mówiliśmy, siedząc na ławce.

Durnie przytakiwała żona.

Wcześniej wciąż się gdzieś spieszyliśmy. Ja wspinałem się po szczeblach urzędniczej kariery, dotarłem do ministerstwa w Warszawie dzięki teściowi. Ledwo zaklimatyzowałem się na jednym stanowisku, teść już kombinował awans.

Zasłużyłem, bo byłem pracowity, zdolny, miałem żyłkę do zarządzania. Potrafiłem ryzykować, uczyć się, wymagać. O takim zięciu marzył wiceminister i szef państwowego komitetu budownictwa, Jerzy Pawłowicz Dudek.

A prawie mi się taki zięć wymsknął musiał zastosować środki. O wszystkim powiedziała mi żona wiele lat później, po śmierci ojca. Po kłótni z matką ta w gniewie ją uświadomiła. Sam długo nie wiedziałem wielu rzeczy, Jerzy chronił duszę swojej jedynaczki.

A kim ona dla Pana była, jeśli wolno spytać? starsza pani była rozmowna.

Spojrzałem na nią, nie wiedziałem, co odpowiedzieć

Kim była? Może wszystkim, co mi zostało.

Nie pytała już więcej. Widziała moją rozpacz w spojrzeniu. Było jasne szukałem kogoś naprawdę bliskiego.

Poszedłem do kolejnego podwórka. Przemokły mi buty. Dzwoniłem, pukałem, byłem ignorowany lub nie rozumiany, czasem wdawałem się w dłuższe tłumaczenia. Potem szedłem dalej, do następnego podwórka

Wieczorem zwaliłem się na łóżko w hotelu, nie zdejmując nawet kurtki. Bolały mnie nogi i plecy, ciężyło oddychanie, tłukła mi się głowa. Rano jednak wszystko zaczynało się od nowa znów szukałem.

***

Jesienią tamtego roku lało jak z cebra. Złote liście topniały pod deszczem na gdańskim bruku. Handel kwitł na ulicach: stragany, budki, handel z ręki był wtedy wszechobecny.

Przyjechałem z przyszłym teściem z Lublina na konferencję budowlaną dotyczącą wprowadzania nowego ładu politycznego i ekonomicznego w kraju.

Wydarzenie było istotne dla Dudka liczył na przeniesienie do Warszawy. Młody wtedy ja, Aleksander Mazur, nie czekałem na nic. Przypadkowo zrobiłem błyskawiczną karierę, zostałem prawą ręką sekretarza województwa. Nie planowałem sukcesów po prostu pracowałem.

Budowano wtedy nową fabrykę to ja byłem odpowiedzialny. Byłem młody, nie zdając sobie sprawy z odpowiedzialności. Myślałem wszystko da się załatwić, życiem pokieruję dowolnie.

Więc w tym Gdańsku rozkoszowałem się miastem. Mia­łem świetny nastrój. Dudek wysyłał mnie po różne sprawy. Na stacji SKM Gdańsk Główny usłyszałem nagle liryczną melodię. Coś we mnie poruszyło, zamiast iść do wyjścia, poszedłem za dźwiękami.

Szczupła dziewczyna w niebieskim berecie i z delikatnym apaszkiem grała na skrzypcach. Tło mokra betonowa ściana. Na niej krótki płaszcz w kratę, krótkie botki, nogi tak cienkie jak u baletnicy. Na ziemi otwarty futerał, ludzie wrzucają drobniaki.

Stanąłem. Było w tej scenie coś magicznego. Dramatyzm muzyki, niebieski szalik, kręcone włosy dziewczyny, szarość ściany i czerwone z zimna dłonie. Widać było, że zmarzła, ale chłód mobilizował ją do grania z pasją.

Obok handlarze, przechodnie, ktoś wrzucał monety, niektórzy tylko na chwilę się zatrzymywali. Ale ja trwałem jak wryty.

Dziewczyna zakończyła utwór, schowała skrzypce pod pachę, potrząsnęła dłońmi, naciągnęła rękawy swetra.

Potem ponownie przygotowała się do gry. Słuchałem, gdy

Nastolatek, może piętnastoletni, przykucnął przy futerale i nagle poderwał go i uciekł.

Ukradł! Złodziej! Łapcie go! pierwsza zareagowała straganiarka, jej krzyk mieszał się z muzyką.

Grająca nawet nie otworzyła oczu, dalej grała.

Rzuciłem się za nim pierwszy. Wbiegłem po schodach, krzycząc do przechodniów:

Złodziej! Złapcie go!

Postawny starszy pan stanął na drodze chłopakowi ten wpadł na niego, porzucił futerał i pognał przez ulicę. Auta hamowały, chłopak ratował się przeskakując przez samochody.

Podziękowałem mężczyźnie i zacząłem zbierać rozrzucone monety. Futerał był połamany, pokrywka urwana. Na schodach szła roztrzęsiona skrzypaczka.

Oddał Futerał złamany zbierałem drobniaki. O! Wszystko, co znalazłem.

Nie trzeba więcej. Jest mi Pan bardzo miły, dziękuję! głos jej był poważny, mimo delikatnej postury.

Ale czułem, że nie o futerał chodziło. Być może stało się coś więcej.

Często tu takie rzeczy się dzieją? próbowałem nawiązać rozmowę.

Nie była w nastroju.

Zdarza się, odpowiedziała obojętnie i ruszyła dalej.

Poszedłem za nią. Szła coraz wolniej, w końcu przystanęła na moście. Stałem z boku, obserwując ją, gdy przerzuciła futerał z instrumentem przez barierkę planowała go wrzucić do wody.

Podbiegłem:

Proszę! Niech Pani tego nie robi!

Zawahała się, odwróciła. Utrzymałem futerał, ona też go trzymała.

Po co? zapytała chłodno.

Nie mogłem pozwolić

Zawiodłam instrument Obiecałam mamie

Czemu była surowa? Słyszałem pierwszy raz prawdziwe skrzypce. Gdyby nie przejście podziemne

Mama zmarła dwa miesiące temu.

Och Przepraszam, wyrazy współczucia.

Szliśmy chwilę w ciszy, tylko wiatr szeleścił żółtym liściem.

Całe życie grałam dla niej i przez nią. Teraz nie mam po co żyć ani grać.

Ale dusza Pani kazała bo mimo głodu poszła Pani grać?

To nie dusza. To głód. Nie mam nic przy sobie.

To się naprawi! wyciągnąłem portfel, Niewiele tu, ale na hotelu mam jeszcze. Jutro przyniosę.

Spojrzała na mnie z naganą.

Naprawdę myśli Pan, że przyjmę jałmużnę? Proszę więcej za mną nie chodzić

Przyspieszyła kroku.

Przepraszam! wiedziałem już, że nie będzie rozmowy, zdążyłem tylko zawołać: Będę czekał na Panią jutro! Przyjdę znowu! Proszę przyjść!

Trudny był następny dzień. Długo nie mogłem się wyrwać ze spotkań. Dopiero po południu pobiegłem do przejścia. Nie było jej. Następnego dnia także nie, jak powiedzieli handlujący.

Jak jej wtedy wypatrywałem! Chodziłem przez trzy godziny, krążyłem między dworcem a przejściem. Ale w końcu przyszła. Nie dała po sobie poznać, że mnie widzi. Rozłożyła się, zaczęła grać. Handlarka przyniosła mi stołeczek, bo wiedziała, dlaczego czekam.

Słuchałem jej ponad dwie godziny. Uśmiechnęła się do mnie to było szczęście. Gdy zbierała się do wyjścia, włożyłem do futerału kilka dużych banknotów.

Co Pan robi?! To bardzo dużo zakryła pieniądze dłonią i spojrzała na mnie prosto.

Mam prawo. Tyle zapłaciłem.

Schowała pieniądze do ręki i poprowadziła mnie z miejsca.

Zaraz tu przyjdą. Takie rzeczy nie uchodzą właścicielom rejonów.

Tak zaczęła się bójka. Przyszło kilku, chciałem bronić jej zarobku, ale zostałem poturbowany przez czterech. Dziewczyna pobiegła po policjantów zjawili się na czas, rozgonili napastników.

Do szpitala? zapytała, troszcząc się.

Nie, nic mi nie jest.

W takim razie zabieram Pana do siebie. Mieszka Pan gdzie? Sam? Ja niedaleko, chodźmy.

Złapała taksówkę i podali adres. Ten adres, którego już nigdy potem nie zapamiętałem

Korytarz w starym gdańskim bloku cuchnął cebulą, kurzem, wilgocią. Gdzieś z głębi słychać rozmowy. Otworzyła drzwi na końcu dwupokojowe mieszkanie z wysokim sufitem. Na komodzie portret ładnej, choć młodej kobiety, świeże kwiaty. Przy ścianie pianino ze słonikami.

I te książki, książki, książki

Te wspomnienia zostały ze mną całe życie. Przychodziły, gdy było mi źle wtedy się uśmiechałem. Inni nie rozumieli, czasem niepokoiło ich to. W chwilach radości pojawiała się smutna nuta i zamykałem się w sobie.

Trzeba było się przebrać, dała mi coś z własnych rzeczy. Poszedłem do wspólnej łazienki, gdzie spotkałem nietrzeźwego sąsiada:

Ej, kto tam? Mirosia! Nawet wody na mężczyzn mi brakuje? krzyczał na nią.

A ja nie wiem, jak się Twój kawaler nazywa?

Ja też nie uśmiechnąłem się z łazienki.

Ostatecznie byliśmy oboje Aleksander i Mirosława.

Patrz, karaluch!

Gdzie? Mirka ściągnęła klapek i rozpoczęła walkę. Pomogłem jej, ale karaluch umknął pod linoleum.

Opatrzyła mi rany, potem piliśmy herbatę z suchymi bułkami. Nic więcej nie miała, nawet cukier się skończył. Łatała moje uszkodzone spodnie, opowiadaliśmy o sobie. O pracy na budowie, o lublinie, a ona o odejściu z Akademii Muzycznej.

Ciotka Lucyna bierze mnie na rynek, tam podziałam przy handlu stwierdziła, smutna.

Ale przecież jesteś świetną skrzypaczką!

W tych czasach muzyków nie potrzeba

Odeszliśmy, ale wróciłem. Kupiłem cukier, jeszcze jedzenie zaniosłem jej. Najpierw się burzyła, potem poddała przyjęła wszystko i obietnicę, że znów przyjdę.

Byłem szczęśliwy patrząc na jej okno, a ona machała mi i się uśmiechała. Drugie piętro, pod oknem jarzębina zapamiętałem. Za domem wysokie topole.

Teść, widząc moją podrapaną twarz, wściekł się.

Co tam znowu zrobiłeś?! Gdzie byłeś? W lecznicy? Nigdzie beze mnie już!

Ale były chwile, kiedy mogłem się urwać. Znalazłem wtedy to podwórko, dom. Przyszedłem z tortem i zakupami.

Mirka znów marudziła. Tego dnia biegaliśmy po Gdańsku. Kryliśmy się przed deszczem, rozśmieszałem ją, opowiadając śmieszne rzeczy ludziom na dworze.

A wiecie państwo, że ta dziewczyna to genialna skrzypaczka?

Mirka recytowała wiersze, znała ich mnóstwo. Zmarzliśmy, kupiliśmy ogromny kubek kawy, piliśmy na zmianę. Byliśmy szczęśliwi.

Potem pocałunki, poprosiłem ją, by pojechała ze mną do Lublina, na stałe. Zasmuciła się.

To pieśń ostatniego spotkania

Zacytowała wiersz.

Mirko! Jakie ostatnie? Ja mówię serio wyjdź za mnie!

Chodź do mnie

Wieczorem telefon ze szpitala do teścia. Skłamałem, że wciąż leczę rany. Może mi nie uwierzył, ale było mi wszystko jedno. Chciałem być tylko z nią.

Ubrana w moją koszulkę, grała marsza na fortepianie, potem z całą kamienicą łapaliśmy karalucha, a potem była noc

A siedząc na parapecie przy zimnym deszczu, znów recytowała smutne strofy:

Przyroda zamiera cisza rozłąka

Nie będzie rozłąki! mówiłem spokojnie i stanowczo. Ogłaszam dziś, że jestem zakochany! Wracam tylko z narzeczoną!

A następnego ranka

Telefon. Pukają do drzwi żądają mojego przyjścia do aparatu. Już chyba wszyscy wiedzieli, gdzie jestem.

Teść nie był już zły był smutny.

Na Ciebie już sprawa karna się szykuje, Aleksander!

Mirosia patrzyła na mnie dziwnie.

Wrócę. Najpierw załatwię wszystko, potem wrócę. To pomyłka Wrócę.

Wierzę Ci. na odchodne recytowała Ahmatową: Wrócę do Ciebie, czuję to po prostu

Zdałem sobie sprawę, że to nie była żartobliwa sprawa. Sprawę prowadzili naprawdę poważnie: protokoły, liczby, zarzuty. Nadużycia, korupcja

Małe nieprawidłowości można zawsze wyolbrzymić

I teść miał w tym interes. Dał mi do wyboru: ślub z córką i pewny ratunek, albo proces.

Przestraszyłem się. Nawet przyszli po mnie funkcjonariusze, zadawali pytania tam, gdzie miałem najwięcej luk. Nie spałem w nocy.

Nazajutrz teść wcisnął mi bilet powrotny na pociąg musiałem wracać natychmiast.

Kiedy na dworcu rozlegały się skrzypce, zaszedłem za budynek, uderzyłem pięścią w ścianę i pierwszy raz w życiu gorzko rozpłakałem się.

***

Już wiedziałem, że najlepsze informacje mają starsze panie na ławce.

Mirosława? dwie spojrzały na siebie To nie ta, co umarła wiosną? Syn przyjeżdżał dużą toyotą

Złapałem się za serce, zakręciło mnie w głowie. Tego bałem się najbardziej że ona nie doczekała, że nie żyje. To by znaczyło, że i ja umieram.

Nie, co mówisz! To Anastazja przecież zmarła. A on pytał o prawo wejścia po prawej.

Potem do mnie:

Źle się pan czuje? Wezwać pogotowie? Niech pan nie słucha jej

Tak, tak Anastazja przyznała druga.

Znowu dzwoniłem, pukałem, po raz kolejny obchodziłem domy. Jarzębiny już nigdzie nie było. Pewnie wszystko mi się już mieszało Zmęczony, szedłem w kierunku hotelu, gdy zobaczyłem ją z tyłu.

Ten sam błękitny szalik, ten sam chód

Mireczko próbowałem zawołać, lecz głos ugrzązł.

Nie odwróciła się, ruszyłem za nią i dotknąłem ramienia:

Mireczko!

Młoda kobieta spojrzała. Podobna bardzo podobna, ale

Przepraszam, chyba się pomyliłem.

Nic się nie stało. Naprawdę mam na imię Mirka.

Boże, przecież szukam kobiety mniej więcej w moim wieku. Mam sześćdziesiąt pięć lat, a Mirosia była trochę młodsza

I znów wróciłem do hotelu. Jutro miał być ostatni dzień poszukiwań czy wystarczy mi sił?

Leżałem do południa. Wczoraj przedawkowałem leki na serce, dziś ogarniała mnie senność. Nie chciało mi się pić kawy bałem się. Zjadłem odrobinę sera i wędliny, ledwie kilka łyków herbaty, zamówiłem taksówkę

Stanąłem naprzeciwko dobrze znanego podwórza. Wiosna w powietrzu, słońce świeciło. Czym zacząć dziś? Nagle dostrzegłem sklep z instrumentami. W witrynie skrzypce.

Przeszedłem przez ulicę.

Czym mogę służyć? spytała młoda ekspedientka w uniformie.

Czy mógłbym poprosić tę skrzypce?

Będzie Pan próbować?

Nie, nie potrafię. Znałem kiedyś kobietę, która grała wspaniale na skrzypcach. Mieszkała tutaj, na tych osiedlach. Mirosława…

Może Mirosława Pawlak? dopytała.

Nie pamiętam nazwiska. Zna Pani jakąś skrzypaczkę?

Tak, mieszka tu, z rodziną.

Mieszka? Jest zamężna?

Tak, ma synka, osiem lat. Ale już po trzydziestce.

Mogę usiąść? i opadłem na krzesło.

Źle się Pan czuje? Przynieść wody?

Nic, po prostu znów nie znalazłem. Nie udało się.

Wyszedłem. Zerknąłem na domy po tej stronie ulicy. Za jednym z podwórek widać było topole. Gdzie indziej nie zostały. Zrozumiałem wtedy wszystko i poszedłem tam.

Spotkałem starsze małżeństwo na spacerze.

Szukam kobiety około sześćdziesiątki, Mirosławy. Mieszkała tu w latach siedemdziesiątych. Była skrzypaczką, przynajmniej jako młoda.

Kobieta spojrzała na męża, potem na mnie:

To chyba Mirka, córka pani Stanisławy

Znała ich Pani? zapytałem z napięciem.

Znałam. Ale Pan jakoś pobladł, proszę usiąść.

Usiadłem z nimi na ławce.

Tu mieszkały, w pierwszej klatce. O! Te okna, drugie piętro.

Kiedyś rosła tam jarzębina, prawda?

Jasne! Ale już ją wycięli. Zrobiono remont, ciężko im się żyło. Pani Stanisława zmarła wcześnie, Mirka została sama, w dodatku w ciąży. Wynajmowała pokoje studentkom, ale uczyła dzieci grać na skrzypcach. A jak córkę wychowała! Znaną przecież teraz. I mają za co żyć.

A gdzie mieszka teraz Mirka?

Przeniosła się, nie wiemy gdzie.

I znowu nadzieja się rozwiała.

Ale zapyta Pan córki, ona powie. Mieszka tam, w starym mieszkaniu z rodziną.

Naprawdę? Jest tu?

Tak, to była zawsze sławna skrzypaczka.

Z nogami miękkimi jak wata doliczyłem się klatek i zadzwoniłem.

Słucham? męski głos w słuchawce domofonu.

Tym razem zabrakło mi słów.

Ja

Do kogo Pan? głos stanowczy.

Do Pawlaków Szukam Mirosławy, chyba waszej teściowej

I drzwi się otworzyły.

Wolno wchodziłem na drugie piętro, naprzeciw ruszył na mnie młody mężczyzna.

Źle się Pan czuje?

Tak Potrzebuję adresu pani Mirki, ledwo powłóczyłem nogą, wsparłem się na poręczy.

Objął mnie pod ramię, zaprowadził do mieszkania.

Proszę, ja jestem lekarzem! Nie zdejmować butów, kłaść się na kanapie.

Było mi głupio, ale rozebrałem się i przysiadłem. Nawet nie miałem siły obejrzeć mieszkania.

Wtedy weszła ona. Ta młoda kobieta, którą dzień wcześniej pomyliłem na ulicy z Mirosławą. W domowej sukience, zupełnie jak Mirka w mojej koszulce owej nocy. Podobna, jakby kopia tamtej Mirosławy.

To córka serce mi się zakręciło. Sprawdzano mi ciśnienie, tętno, zmierzono puls oksymetrem.

Ma Pan wysokie ciśnienie. Przeszedł Pan zawał? lekarz był stanowczy.

Przepraszam, robię tylko kłopot. Chciałbym adres Pani mamy. Jak się miewa?

Zaraz zaparzę specjalnej herbaty Mama? Dobrze. Znał ją Pan?

Tak. Kiedyś bywałem w tej kamienicy, w innej części, prawych pokojach. Tu mieszkał facet, co chętnie popijał.

O tak Nasz salon to połączenie dwóch pokoi. Pojechałam do pracy za granicę, było nas stać. Męża tez dobrze zarabiał. Parę lat temu wyodrębniliśmy mamie jej własne mieszkanie.

Chciałbym ją zobaczyć. Pani przepraszam, który to Pani rocznik? Przepraszam za pytanie, ale

Usiadła w fotelu, starszym, spuściła głowę, po chwili spojrzała w moje oczy.

Osiemdziesiąty pierwszy, lipiec. A Pan to Aleksander? Mój ojciec?

Serce mi zaparło. Ale wytrzymało.

Nie wiedziałem, Mirko. Ale powinienem się domyślić

Poszliśmy do jasnej kuchni. Nie rozpoznałbym tej klatki, tej kuchni.

Nie ma tu karaluchów?

Co Pan! Bałabym się ich panicznie.

Szkoda. Wasza mama zupełnie się ich nie bała.

Herbata rozgrzała, byłem zrelaksowany, odpoczywałem wśród ciepła, córki, wnuka, o których nie śniłem nawet. Otarłem dyskretnie łzę, tłumacząc się herbatą.

Opowie Pani, jak się żyło z mamą?

Trudno było. Mama mówi, że po moim urodzeniu wróciła jej chęć do życia. Walczyła o mnie, o pracę. Pracowała na trzech etatach. Do dziewiątego roku życia miałyśmy lokatorki. Wyżyłyśmy jakoś.

Wiem, że bardzo wam obojgu zawiniłem.

A co było z Panem? Czemu rozstaliście się z mamą? Ona mówi tylko, że taka była jej droga. Ale całe dzieciństwo czułam, że czekała na Pana. Mówiła że to nieuniknione.

Możemy do niej zadzwonić! Czeka na Pana

Nie! Nie Proszę, nie dzwońcie. Chcę sam do niej podejść, sam rozumie Pani?

Na kuchni pojawił się zięć.

I ja bym wolał, żeby Pan poszedł do szpitala. Ale nikt mnie tu nie słucha

Najbardziej bałbym się, gdyby nie pozwolono mi tu być Proszę o adres.

Odwiozę Pana. Ale potem do szpitala!

Zgoda śmiałem się do wnuka Widzisz, jak się trzeba słuchać lekarza!

Schodząc, spojrzałem na córkę i wnuka dwoje Mirków.

Tak żyłem, Mirko. Okazuje się, mam rodzinę, o której nic nie wiedziałem

Dojechaliśmy do nowoczesnego apartamentowca. V piętro, mieszkanie nr 118. Zięć wręczył mi brelok i kod do domofonu.

Drzwi otworzyły się bez pytania. Weszła MIROSŁAWA. Starsza, z lekko zwiniętymi włosami, policzki opadły, ale dalej ta sama Mirosława Dwa dni ze sobą, a jakby całe życie.

Patrzyła na mnie tak długo, a potem cicho się cofnęła wpuszczając do wnętrza. Powinienem może złapać ją za rękę ale miałem prawo?

Spojrzeliśmy sobie w oczy. Jej spojrzenie pełne niepokoju i oczekiwania.

Mireczko Przepraszam nogi ugięły się pode mną.

Upadłem u jej stóp. Uklękła przy mnie.

Co ci? Wstań! Źle ci? Kochałam cię Jak mogłam żyć, patrzeć, czekać

Leżeliśmy więc na podłodze przy drzwiach jak dzieci. Szlochaliśmy, chwytając się ramion.

Znalazłem cię! Dlaczego tak długo czekałem? Bałem się, że umrę nie odnajdując cię

Wiedziałam, że wrócisz. Przepraszam za wszystko, co się stało.

Przegapiłem tyle lat chwytałem powietrze, Mira trzymała mnie mocno.

Ciii, wszystko już dobrze. Teraz to ty będziesz już tylko ze mną.

Nie wiem, czy nie umrę dziś Ale zdążyłem

Zdążyłeś uśmiechnęła się przez łzy. Sercem i słowem. Przyszłość, mówił poeta los nam jeszcze siebie przyniesie.

Zięć czekał na dole w samochodzie, a potem wiezł nas do szpitala. Na tylnym siedzeniu trzymaliśmy się za ręce. Dostałem inhalator, serce się uspokoiło.

Nie chcę do szpitala, teraz cię odnalazłem.

Będę z tobą już na zawsze głaskała mnie po ręce.

Może żal mi tych straconych lat, może szczęście, może oba uczucia razem łzy szły mi po policzkach. Przecież mogłem znaleźć ją wcześniej, a ciągle zwlekałem

Płaczesz? Nie płacz, Mirku Teraz będzie już tylko dobrze.

Tak… zawsze razem.

By uspokoić mnie, zaczęła recytować znów wiersze Jeszcze raz.

Po ulicach Gdańska gnał samochód do szpitala, by pomóc mnie, człowiekowi wreszcie odnaleźć sens żyć u boku tej, którą kochałem całe życie, i dzielić z nią miłość.

Nie spóźniłem się na własne szczęście. Zdążyłem.

***

Dziś piszę to po raz pierwszy, świadomy, że nie liczy się sprawność, majątek, urzędy czy zasługi. Tylko miłość ta, która potrafi przetrwać czterdzieści lat rozłąki, tęsknotę, gorycz, każde zwątpienie. Miłość jest najważniejsza.

I to właśnie zabiorę ze sobą na drugą stronę życia.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

5 × 3 =

Szukam kobiety o imieniu Aleksandra.