To dziecko Igora…

To dziecko Igora…

Ta historia wydarzyła się niedawno w Poznaniu, w świeżo wyremontowanym mieszkaniu na czwartym piętrze dziewięciopiętrowego bloku. Mieszkała tam młoda duchem, choć oficjalnie już emerytka, samotna pani o imieniu Genowefa.

Jej życie płynęło spokojnie emeryturka, praca na pół etatu w prywatnej przychodni jako recepcjonistka, pogaduszki przy kawie z przyjaciółkami, wypady do wnuków, no i codzienna logistyka związana z pomaganiem matce, która mieszkała nieopodal na piątym piętrze, oczywiście bez windy typowa poznańska oszczędność architektoniczna.

Dzień jak co dzień. Genowefa jak zwykle zadzwoniła rano do mamy, spytała o zdrowie, wysłuchała katalogu dolegliwości, ziewnęła, popatrzyła na zegarek. Dziś dzień wolny, ale wiadomo i tak trzeba ugotować, donieść matce obiad, bo choć w lodówce jeszcze wczorajszy barszczyk i kawałek sernika, to w piątek MOŻE jej się zachcieć rżanego chleba albo świeżego masła.

Dwa podwórka do przejścia, banał… No gdyby nie te wieczne żale mamy oraz schody. Prawdziwa droga przez mękę. Ale jak się nie pomaga, to człowiek pół dnia słucha, jak to córka, co ma ręce i nogi, a matka schorowana.

Po drodze planowała, że jeszcze wpadnie do sklepu, chleb i masło kupi, śmieci wyniesie. Stała przy lustrze, delikatnie podkreślając usta kredką wyglądała młodziej niż PESEL, kilka kurzych łapek, twarz sympatyczna, fryzurka na krótko i srebrne kolczyki. Ewentualnie policzki lekko opadły taki już ten grawitacyjny bonus do emerytury.

Gdy obrysowywała usta, zadzwonił domofon. Kto tam może być? przeszło jej przez myśl. Pewnie sąsiadka Wiesia, czasem przychodzi na kawę i plotki.

Genowefa, z pomadką jeszcze w ręce, otwiera drzwi przed nią stoi młoda dziewczyna o jasnych włosach, w pasiastym t-shircie, z plecakiem, na rękach brązowy pakunek. Zanim Genowefa zdążyła choćby zarejestrować, co się dzieje, dziewczyna wpycha jej niemowlę.

To dla pani!

Genowefa bierze to zawiniątko siłą odruchu. O matko boska, przecież to dziecko! Zdejmuje wzrok z dłoni, patrzy prosto na twarz dziewczyny, a ta zamyka już furtkę i mknie schodami w dół.

To dziecko Igora, a ja muszę się uczyć sapnie tylko, stukot trampków na klatce schodowej i drzwi wejściowe trzasnęły.

Genowefa stoi jak zaczarowana. No i masz. W progu, na dywanie leży jeszcze jakiś obcy pakiet. Kiedy ona go tu wniosła? Szybko zerka do środka: pampersy, mieszanka mleczna, dwie buteleczki, trochę dziecięcych ubranek. Pełen zestaw startowy.

Dzień jak co dzień? Ta, jasne…

Po chwili, gdy już trochę ochłonęła, rozwinęła kocyk i zobaczyła maleńką dziewczynkę w beżowym śpioszku z wielką żabą na smoczku, oczka zamknięte zasnęła tłuściutko ssąc powietrze.

Może ktoś się zaraz cofnie, pomylił adres, a ja tu z obcym dzieckiem…. Genowefa przez kwadrans wygląda przez okno i drzwi, liczy śmiecia, bo żeby nie zapomnieć wynieść przy okazji do mamy. Cóż, rzeczywistość bywa jednak bardziej spektakularna niż powieści Chmielewskiej.

Dziecko się obudziło, trzeba przewinąć. Genowefa robi to, aż sama się zdziwiła dawno się tym nie zajmowała, a w rękach pamięć ruchów. Dziewczynka. No proszę! I tu zaczął rosnąć w Genowefie strach. Zostawili mi niemowlaka. Przez Igora. Matko i córko, jakiego Igora? Syn Genowefy to przecież Lech, porządny facet z Gdańska, szczęśliwy małżonek z dwójką dzieci. Igor? Jaki Igor??

No dobrze, była jedna wpadka w młodości syna, ale czy aż tak? Może Lech prowadzi podwójne życie i oszczędza na alimentach? Ach, gdybyż to była tylko przypadkowa wymiana imion Ale po co jej wcisnęli to dziecię? Zastanawia się, liczy na palcach kiedy Lech był w delegacji? Sierpień? To ile miesięcy od narodzin tej małej? Nie, no bez jaj, synuś raczej taki numer wywinąć nie mógł, a już na pewno nie dostarczyć jej wnuczki z innej bajki.

Głodna dziewczyna, wyraźnie. Trzeba ją nakarmić. W kuchni Genowefa czyta instrukcję z butelki. Telefon dzwoni mama.

No cześć, Geniu, dasz radę gruszki kupić? Ale nie takie, jak ostatnio, tylko te z czerwoną plamką, te były smaczne!

Jasne, mamo wyświadczam pełen zestaw logistyki, a tu niemowlak na ręku, świat staje na głowie.

Przeraża ją perspektywa: Co jeśli to JEDNAK dziecko Lecha? Lepiej, żeby żona się nie dowiedziała, rodzinny skandal murowany!. Przez chwilę jest gotowa zadzwonić na policję lub 112, ale boi się, bo przecież a nuż się wyjaśni?.

Dzień upływa w trybie: nakarmić, przewijać, bujać, internetowe konsultacje (o której godzinie karmić, ile ml mieszanki?!), próby dodzwonienia się do syna. Zero kontaktu, nie odbiera, żona twierdzi, że wyjechał układać jakieś rury do Suwałk.

Z przyjaciółką Wiktorią ustala przez telefon plan działania Może przytargały ci dziecko przez pomyłkę? Może Igor mieszka wyżej? Przejdźmy się z tym maluchem na szóste piętro!

I tak, zostawiwszy już nadmiar rozsądku na suszarni, idą do sąsiada Igora. Otwiera im dziarska emerytka, wzywa wnuczka:

Igor, znowu do ciebie przyszli! woła.

Igor wychodzi, broda, dres, typowy freelancer IT. Panie zadają mu pytania o dzieci, romansy, pannę w T-shircie, on zdziwiony: Dziecka nie mam już od znaczy nigdy nie miałem!. Chętnie pomaga proponuje post na Facebooku, jak na młodego informatyka przystało: Zaginiona matka, pilnie poszukiwana, zdjęcie w załączniku?. Genowefa nie chce skandalu. Panuje przekonanie, że Igor nie jest winny, a tylko niewinny się tłumaczy z dziecka, które nie jest jego.

Wracają do mieszkania, godząc się z losem. Genowefa nie dzwoni na policję tego dnia. Dziecko wciąż śpi, druga mieszanka zrobiona, przewijanie idzie coraz sprawniej. No, powiedzmy sobie szczerze nawet zaczyna jej się to podobać! Może by tak na stare lata? Żartuję! (albo jednak nie?)

Rano pobudka i oto w drzwiach tej zapłakanej, roztrzęsionej dziewczyny. Cała w panice, w szortach mimo pogody, Gdzie ona? Kto ją zabrał? Wy oddaliście ją na policję?! Genowefa prawie parska śmiechem, daje dziewczynie śniadanie i czekoladę na wzmocnienie, niczego nie oddała, schowała tylko ochotę na sensację.

Po łykach herbaty i ochłonięciu okazuje się, że dziewczyna nazywa się Jadzia, dziecko Ela. Jadzia studentka medycznego, matka gdzieś pod Międzychodem, ojciec? No Igor, oczywiście, student z sąsiedniego bloku facet niestały jak pogoda w górach. Raz zabrał do siebie, potem ślad po nim zaginął, nową dziewczynę nawet na zdjęciu Jadzia widziała, czyli rozczarowana na maksa. Została z maleństwem i z zerem wsparcia. Baby nie miała już gdzie zostawić, nerwy puściły, zamieszała się w blokach jeden adres, drugi, wreszcie trafiła do Genowefy.

Genowefa, w przypływie dobroci i szaleństwa, proponuje dziewczynie i małej Elce zostać na noc. A potem może na miesiąc, Adaś, mój syn, to zawsze powtarza, że mieszkanie puste, a ludzi tyle w potrzebie. Jadzia, nie mając więcej opcji, godzi się. Genowefa już widzi siebie adoptującą nową rodzinę.

Mija parę dni. Okazało się, że chętnie tu zostanie dłużej, pomaga Genowefie, robi Genowefie zakupy, chodzi do mamy po kwadrans do piwnicy. Mama pokochała Jadzię bo przecież młoda, wykształcona, studentka, ona zna się na zdrowiu, nie to co ty, Geniu, po tych wszystkich latach.

Jadzia zdaje sesję, dostaje pierwsze wypłaty za dorywcze dyżury, a Genowefa czuje, jakby się drugi raz owdowiła tym razem z radości. Sąsiad Igor przekonuje się, że to jednak nie jego dziecko; blogerka z szóstej żegna się z aspiracjami na dramat rodzinny.

I tak się kończy ta historia pełna ironii, przypadków i małej polskiej pomocy sąsiedzkiej.

A morał? Czasem przypadkowa wizyta to zaproszenie do nowego rozdziału życia. Albo przynajmniej trening przed wnukami…

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

10 + dwadzieścia =

To dziecko Igora…