Ach, dziewczyno, na próżno go adorujesz, nie ożeni się. Wari ledwie skończyła szesnaście lat, gdy z…

Oj, dziewczyno, na próżno go tak witasz, ślubu z tego nie będzie.

Zosi właśnie stuknęło szesnaście lat, kiedy straciła mamę. Ojciec już z siedem lat temu ruszył na saksy do Warszawy, i przepadł bez wieści. Ani listu, ani złotówki.

Cała wieś przyszła na pogrzeb, pomagali, kto czym mógł. Ciocia Maria, chrzestna Zosi, często do niej zaglądała, przypominała, co i jak robić. Po szkole wcisnęli ją do pracy na poczcie we wsi obok.

Zosia była rosła, taka, o których mówią: zdrowa jak rydz i uosobienie krwi z mlekiem. Twarz miała okrągłą, rumianą, nos kartoflany, ale oczy szare, błyszczące, warkocz gruby, jasny aż do bioder.

Najprzystojniejszym kawalerem we wsi uchodził Michał. Od dwóch lat po wojsku, odpierał zaloty dziewczyn. Nawet przyjezdne warszawianki latem rzucały na niego okiem!

On by bardziej pasował do serialu niż na wiejski kierowca taki amant z niego był. Ale nie nacieszył się chłopak życiem i o narzeczonej nie myślał.

W tej sytuacji ciocia Maria wpadła do Michała: żeby pomógł Zosi płot naprawić, bo już padał na twarz. Bez męskiej ręki na wsi krucho. Zosia z polem sobie radziła, ale z chałupą już nie.

A Michał, bez ociągania, zgodził się. Przyszedł, obejrzał, zaczął dyrygować: Przynieś to, podaj tamto, pobiegnij, przynieś. Zosia wszystko mu donosiła i podawała bez szemrania.

Rumieńce jej tylko rosły, a warkocz koziołkował za plecami. Zmęczył się chłopak, to Zosia nakarmiła go solidnym barszczem, napoiła mocną herbatą. Sama patrzyła, jak jego białe zęby z czarnego chleba robią dziurę.

Trzy dni Michał robił płot, na czwarty po prostu przyszedł w gości. Zosia dała mu kolację, pogadali, a on… został na noc. Potem już tak chodził. Przed świtem znikał, żeby go nie widziano. Ale na wsi nic się nie ukryje.

Oj, dziewucho, na próżno się tak z nim cackasz, ślubu nie będzie. A nawet jak będzie, to się z nim napałasz. Jak lato przyjdzie i przyjadą te miejskie panna, co wtedy? Zjadziesz się z zazdrości. Nie taki ci trzeba chłopak! powtarzała jej ciocia Maria.

Ale czy zakochana młodość słucha starej mądrości?

Potem Zosia zorientowała się, że jest w stanie błogosławionym. Na początku myślała, że to grypa albo zatrucie, słabość, mdłości wszystko się zgadzało. Ale w końcu, jak obuchem w głowę, doszło do niej, że pod sercem rośnie jej dziecko Michała.

Chodziły jej po głowie niecne myśli, a może się tego pozbyć, za młoda jeszcze ale potem stwierdziła, że to lepiej, nie będzie taka samotna.

Mama ją wychowała sama, ona też da radę. Z ojca korzyści nie było, tylko na wódce siedział. Ludzie pogadają, a potem się uspokoją.

Na wiosnę już zdjęła kożuszek, a wieś zobaczyła brzuch jak balon. Kiwanie głowami, szepty, oj, niedobrą robotę dziewucha zrobiła. Michał oczywiście wpadł dowiedzieć się, co ona zamierza.

Co, jak co. Urodzę, wychowam sama, nie przejmuj się powiedziała, uwijając się przy piecu. Tylko rumieńce na policzkach i ogniki w oczach.

Michał się zapatrzył, ale poszedł. Postanowione, jak po wodzie na kaczce. Lato nadeszło, miejskie damy zajechały. Michał o Zosi zapomniał.

A ona krzątała się po ogrodzie, ciężko z takim brzuchem się schylać. Pomagała ciocia Maria, wodę z studni taszczyła, pół wiadra naraz. Brzuch wielki, baby we wsi wróżyły jej siłacza.

Kogo Bóg da śmiała się Zosia.

W połowie września obudziła się rano z bólem, jakby ktoś rozrywał jej brzuch na pół. Ale zaraz minęło. Za chwilę wróciło. Pobiegła do cioci Marii, a ta od razu po oczach poznała.

Już czas? Siedź, lecę! Wypadła z domu jak przeciąg.

Pobiegła po Michała. Stoi jego ciężarówka przy chałupie, letnicy już wyjechali. A ten jak na złość poprzedniego dnia pił do upadłego.

Obudziła go ciocia. Michał patrzy otumaniony, nie rozumie, co się dzieje i gdzie jechać. A gdy pojął, wrzasnął:

Przecież do szpitala dziesięć kilometrów! Zanim lekarz, zanim z powrotem, już dzieciak będzie! Od razu jadę! Pakujcie ją!

Ale na ciężarówce?! Roztrzęsiesz ją całą, jeszcze na drodze dzieciaka złapiesz wołały kobiety.

Pojedziesz z nami, na wszelki wypadek uciął krótko.

Dwa kilometry dziurawą drogą jechał ostrożnie. Omijał kałuże, a wpadał w kolejną. Ciocia Maria siedziała w pace na worku. Gdy dotarli do asfaltu, ruszyli szybciej.

Zosię skręcało z bólu na siedzeniu, przygryzała wargę, trzymała brzuch. Michał natychmiast wytrzeźwiał, rzucał nerwowo okiem na Zosię, aż knykcie mu zbielały na kierownicy.

Zdążyli. Zostawili Zosię w szpitalu, wracali z powrotem. Ciocia Maria całą drogę zrugała Michała:

Po co zrujnowałeś dziewczynie życie? Sama, bez rodziców, jeszcze dziecko, a Ty jej kłopotów narobiłeś! Jak ona z tym dzieciakiem będzie?

Zanim zdążyli wrócić do wsi, Zosia została mamą zdrowego chłopca. Następnego ranka przywieźli jej go do karmienia. Nie wiedziała, jak wziąć na ręce, jak przystawić do piersi.

Patrzyła na pomarszczoną, czerwoną buzię synka, usta znów się przygryzały, robiła, co jej kazali.

Serce jej drżało z radości. Patrzyła, dmuchała mu w czoło, gdzie sterczały cienkie włoski, radowała się choć głupio z tej radości.

Kto po Ciebie przyjedzie? spytał surowo lekarz przed wypisem.

Zosia wzruszyła ramionami, pokręciła głową:

Raczej nie.

Lekarz westchnął i poszedł. Pielęgniarka owinęła niemowlaka w szpitalną kołdrę, żeby chociaż do domu dotrwał. Kazała oddać ją potem.

Felek ze szpitalnej willi cię podwiezie do wsi. Z maluszkiem nie busy powiedziała z przekąsem i troską.

Zosia podziękowała. Szła korytarzem, głowę miała spuszczoną, cała czerwona ze wstydu.
Zosia jedzie autem, ściska synka i martwi się, jak teraz dalej żyć.

Zasiłek macierzyński śmieszny, kot by się nie najadł. Żal jej siebie i tego bezbronnego maluszka. Spojrzała na pomarszczoną buzię śpiącego synka, i zalewają ją fale czułości, odgania smutne myśli.

Nagle auto staje. Zosia patrzy zaniepokojona na Felka, starszego pana.

Co?

Dwa dni deszcz padał. Patrz, jakie bajoro, ani przejść, ani przejechać. Utknę zaraz. Tu trzeba traktorem albo ciężarówką.

Przepraszam. Blisko już, jakieś dwa kilometry. Sama przejdziesz? kiwnął na drogę, gdzie zamiast jezdni jezioro aż po horyzont.

Dziecko śpi, a ona już, nawet siedząc, ma dosyć. Jeden siłacz. Jak tu iść z nim przez taką błotną masakrę?

Wyskoczyła ostrożnie, poprawiła synka w ramionach, ruszyła wzdłuż bajora. Buty grzęzną w błocie po kostki, dość, że się nie przewróci.

Stare rozklekotane trzewiki chlupią w kałużach. Szkoda, że nie założyła dziś gumowców. Jeden but utknął w błocie po uszy. Zosia postała, pomyślała, nie wyciągnie nogi z dzieckiem. Poszła dalej w jednym bucie.

Gdy dotarła do wsi, szarzało, nogi miała jak z lodu. Sił brakło, żeby się zdziwić, że w oknach światełko się pali.

Weszła na suche, gładkie schody. Stopy zmarznięte, a z wyczerpania spocona. Otworzyła drzwi i zastygła.

Przy ścianie stało łóżeczko, wózek, a w nim elegancka odzież dla dziecka. Przy stole Michał, głowa na ramionach śpi.

Czy usłyszał, czy poczuł spojrzenie, podniósł głowę. Zosia cała w czerwieniach, włosy w nieładzie, z dzieckiem na rękach prawie się przewracała. Sukienka cała mokra, nogi po kolana w błocie, tylko trzewik jeden na stopie.

Jak zobaczył, że bez jednego buta, rzucił się, odebrał dziecko i położył do łóżeczka. Sam rzucił się do pieca, wyciągał garnek z gorącą wodą.

Posadził ją, pomógł się rozebrać, nogi umył. Nim się Zosia przebrała za piecem, na stole już ziemniaki, dzbanek mleka.

Wtedy dziecko zapłakało. Zosia rzuciła się, wzięła go na ręce, przysiadła przy stole, bez skrępowania zaczęła karmić.

Jak nazwałaś? spytał zachrypniętym głosem Michał.

Staś. Nie masz nic przeciwko? spojrzała na niego swoimi jasnymi oczami.

Tyle w nich było tęsknoty i miłości, że ścisnęło Michała w piersi.

Dobre imię. Jutro pójdziemy, zarejestrujemy młodego i od razu ślub bierzemy.

Nie trzeba zaczęła Zosia, patrząc jak chłopiec ssie.

Mojemu synowi ojciec się należy. Dość się nabawiłem, nie wiem, jakim będę mężem, ale ojcem nie najgorszym.

Zosia kiwnęła głową, nie podnosząc wzroku.

Za dwa lata urodziła im się córka. Nazwali ją Nadzieja po matce Zosi.

W życiu nieważne, jakie błędy człowiek robi na starcie, ważne, że zawsze można je naprawić…

Ot, taka historia z życia. Piszcie w komentarzach, co sądzicie? Dajcie łapkę w górę!

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

szesnaście − siedem =

Ach, dziewczyno, na próżno go adorujesz, nie ożeni się. Wari ledwie skończyła szesnaście lat, gdy z…