Przypadkowe spotkanie
Mój płaszcz puchowy grzał tylko od pasa w dół. Puch praktycznie się zbił, a z góry zostało z niego ledwie cieniutkie okrycie, przez które przechodził każdy lodowaty wiatr. Tam, na dole, przed zimnem ratowały mnie wełniane spodnie i filcowe buty, a gruby chustowy szal zarzucałem sobie na ramiona, by nie zmarznąć całkiem.
Samochód, który obiecała mi koleżanka z handlu, Grażyna, niestety się popsuł. I tak oto, z torbami przy sobie, łapalismy okazje. Te torby ledwo weszłyby do jednego auta, więc rozeszliśmy się w dwie różne strony, każdy musiał poradzić sobie samemu.
Dopóki pracowałem jeszcze u szefowej, takich problemów nie miałem. Ale pieniędzy nie starczało sam ciągnąłem dwoje dzieci, i od niedawna wyruszałem w handlowe kursy razem z Grażyną.
Nie przyniosło to więcej pieniędzy, towar jeszcze się nie wyprzedał, za to codzienność stała się bardziej skomplikowana.
Trzeba było rankiem targać towar na targowisko, a wieczorem taszczyć wszystko do domu, a potem na czwarte piętro bez windy, na raty, o ile syn akurat nie był na miejscu.
Jeszcze niedawno śpiewałem na głos Chcemy być sobą, a teraz te zmiany nie zaprosiły się do mnie z klasą zakład, w którym pracowałem, zlikwidowali w ramach restrukturyzacji, dostałem wypowiedzenie. Żona już dawno zniknęła, a mi nie pozostało nic poza handlem, choć zawsze sądziłem, że to nie dla mnie.
Tak więc stałem przy szosie, w śnieżnej brei pod nogami, w sumie jeszcze młody facet, ale usta miałem spierzchnięte, a twarz czerwona od ciągłego stania na przeciągu, a oczy piekły od łez.
Samochody mijały mnie, ochlapując brudną szarą breją. Starałem się nie patrzeć na tę paskudną rzeczywistość zamiast tego podziwiałem dachy i drzewa, na których leżał biały, czysty śnieg. W życiu jest dość tego szarego, więc na co patrzeć, to mój wybór.
Po raz kolejny machnąłem ręką łapałem stopa. W końcu zatrzymał się przy mnie brudny jak wszystko wokół volkswagen.
Do Pruszkowa za rozsądną cenę? rzuciłem, zaglądając do środka. Zaraz jednak zamilkłem.
Natychmiast go poznałem, jakby wcale nie minęły lata. Prawie się nie zmienił, o ile nie wypiękniał. Ten sam poważny, tajemniczy wzrok, uniesione lekko brwi, dyskretny uśmiech.
Nim zdążyłem się pozbierać, wyszedł, bez słowa wrzucił moje torby do bagażnika.
Usiadłem na przednim siedzeniu, poprawiłem szal i nerwowo myślałem o usprawiedliwieniu własnego wyglądu. On również musiał mnie poznać.
Albo…
Ile lat minęło? Ile?
***
Miałem wtedy dwadzieścia dwa lata. Skierowali mnie na praktyki przed dyplomem do starego leśnictwa pod Siedlcami. W Warszawie czekała już na mnie narzeczona, Wiktoria. Wszystko było zaplanowane: praktyki, dyplom, ślub.
Co mogły zmienić trzy miesiące praktyk? Nic…
Zakwaterowali mnie u starszej pani, Marii, która również pracowała w leśnictwie i opiekowała się niedołężnym teściem. Charakter miałem zawsze pogodny, dogadaliśmy się, wspólnie doglądaliśmy staruszka.
Pewnego dnia dostał ataku serca. Pobiegłem po pomoc, ale sąsiadów nie było. Nagle ulicą przejeżdżał traktor. Zamachałem. Zeskoczył z niego mężczyzna wysoki, przystojny, z poważnym, nieco tajemniczym spojrzeniem.
Wpadliśmy do domu, podniósł staruszka na ręce i wsadził z nami na przednie siedzenie traktora. Pojechaliśmy do ośrodka zdrowia. Tam już była karetka. Mężczyzna, tak jak ja, wskoczył z nami do ambulansu i pojechaliśmy razem dalej.
Gdy już byliśmy spokojniejsi, zaczęliśmy normalnie rozmawiać. Okazało się, że pracujemy w tej samej instytucji i mieszkamy niedaleko siebie. Nazywał się Andrzej.
Wieczorem przyjął nas do domu swojej matki, pani Zofii. Spałem tam na wysokich pierzynach, jak u babci, a rano dostałem śniadanie i porządne śniadanie to było. Zofia opowiadała o synu: że miał żonę, ale ta uciekła, zostawiając mu synka, że pracuje na gospodarstwie, hoduje świnie, buduje dom.
Wyraźnie sądziła, że nadaję się na kandydatkę dla jej syna, ale mnie to nie interesowało miałem już narzeczoną i swoje ambicje, świat był cały przede mną.
Po tym wydarzeniu widywaliśmy się z Andrzejem coraz częściej tu na zrębie, tu w stołówce, tu na podwórku. Maria go dobrze znała, razem odwieźliśmy dziadka ze szpitala do domu.
Podobasz się Andrzejowi mówiła Maria. Słyszałem, jak pytał o ciebie, aż się zaczerwienił. Pasujecie do siebie.
Daj spokój, mam narzeczoną.
Ale jeszcze mężem nie jest. A Andrzej to chłop na medal, prowadzi porządną fermę, kupuje sprzęt, synek u niego fajny. Potrzeba mu dobrej żony.
Ale moje serce coraz częściej szukało Andrzeja wzrokiem pełen ciepła, pewności, otoczony szacunkiem. Każdy mówił: z Pielęgniarką lepiej pogadaj.
Byłem tu, w leśnictwie, kimś z zewnątrz, z miasta elegancik w jasnym płaszczu, który zwracał uwagę, bo nadawał się tylko na suchą pogodę. Mieszkańcy patrzyli na mnie inaczej, przystawali, poprawiali kurtki.
„Pan z miasta, Wasza Wysokość. Jak się panu tu podoba?”
Zaczekaj Grzesiek, podwiozę cię.
Od leśnictwa do wsi było niedaleko, lał deszcz, wszedłem do traktora Andrzeja.
Z kim synek, Andrzej? zapytałem, bo facet z dzieckiem w moich oczach uchodził za poważnego.
Przejdźmy na ty uśmiechnął się. Młody z moją mamą, a czasem sąsiadka pomaga, do przedszkola też chodzimy.
Jak ma na imię?
Staś. Szybki jak wiatr, za nim trzeba patrzeć. Babcia czasem się buntuje spojrzał na mnie nie podoba ci się u nas?
Czemu? dobrze…
Poczekaj do wiosny, zrobi się zielono, pięknie tu mamy. Tylko lampy uliczne nie działają, ale poprawimy, nie martw się.
Jechaliśmy ciemną ulicą, wieś była pogrążona w półmroku, a Andrzej brał na siebie odpowiedzialność za wszystko, jak dobry gospodarz.
Nie wiedziałem wtedy, że odpowiedzialność to najważniejsza cecha faceta.
Jego starania były widoczne: zaglądał do nas, zawiózł opał Marii, jeździł po leki dla dziadka. A ja coraz bardziej walczyłem z uczuciami.
Nie mogłem sobie wyobrazić siebie na tej wsi. Tak, w mieście nie trzymało mnie wiele tylko narzeczona i rodzina, ale myśl, by porzucić przygotowania do ślubu, rodziców, to było zbyt wiele.
Wieczorami, gdy słychać było tylko wyjące psy i wiatr, wyobrażałem sobie życie z nim. Byłoby pełne miłości i wdzięczności, dzieci dorastałyby, może byłyby podobne do ojca.
Ale wiedziałem, że decyzja byłaby ogromna. Narzeczona już kupiła obrączki, jej matka odkładała na wesele, moi rodzice oczekiwali, nie mogłem ich zawieść.
Jednak w sercu rodziło się cudowne przeczucie nadchodzącej miłości. To uczucie i wiosna mąciły mi w głowie.
Wydawało mi się, że swoje uczucie do narzeczonej dawno już zgubiłem, a prawdziwie kocham Andrzeja. Że to, że czekała na mnie narzeczona, tylko podsycało romantyczność naszej relacji.
Aż pewnego razu, w emocjonalnym porywie, sam doprowadziłem do zbliżenia Andrzej próbował mnie odwieść, ale zdecydował, że to będzie finał historii.
To był mój pierwszy raz, wszystkie emocje były piękne, nie żałuję niczego.
Żadnej decyzji końcowej jednak nie było czy to naiwność, czy brak doświadczenia…
Jednak przed jedną z kluczowych studzienek spotkałem chłopca białowłosego, czepiającego się krawędzi. Mogło się to skończyć tragedią. Złapałem go i spytałem, gdzie mama.
Po drugiej stronie ulicy biegła dziewczyna: smutna, szara, mało wyraźna. Chłopiec wyrwał się, rzucił jej się w spódnicę ze łzami.
Prawie wszedł do studni, nie chciałem…
Staś, przestań, nie można, wiesz przecież.
Dziewczyna spojrzała na mnie smutno, nieprzyjaźnie, podziękowała i ruszyli dalej.
Staś? Czyżby syn Andrzeja? Przeszył mnie niepokój. Czy będę umiał pokochać czyjeś dziecko, zwłaszcza takie nieufne?
Wkrótce przyszła do mnie matka Andrzeja Danuta. Ze łzami opowiadała, jak Staś przywiązał się do Iwony sąsiadki, biednej dziewczyny żyjącej z babcią, i że Iwona kocha Andrzeja. Wszystko było dobrze, aż się pojawiłem. Rozbijacz rodziny?
Nie spodziewałem się tego. Przecież to Andrzej wdarł się w moją historię… Byłem przekonany, że to ja jestem porzucony, a okazało się, że jestem powodem czyjejś tragedii.
Jak Andrzej prosił, żebym został! Odprowadzał na dworzec, tłumaczył, że Iwona i jego mama wszystko sobie uroili. Faktycznie Iwona przy Andrzeju bladła i znikała w cieniu jego osobowości…
Ona jest cicha, wycofana, nie pasujemy do siebie mówiła Maria. Ale z tobą…
Byłem jednak już zraniony i nie zamierzałem wbijać się w czyjeś życie. Mam swoją historię, miejską. Wszelkie wahania prysły wracałem do narzeczonej.
Stał potem na peronie kraciasta koszula, szerokie ramiona, bruzda smutku między brwiami, gasnące oczy. Takiego go zapamiętałem przez lata.
W pociągu ryczałem jak bóbr.
Tak minęły trzy miesiące praktyk.
Ale młodość leczy. Żyłem bez oglądania się za siebie. Ożeniłem się, życie rodzinne ruszyło.
**
Teraz usiadłem obok Andrzeja, poprawiłem szal i znów zbierałem w myślach usprawiedliwienia swojego wyglądu. Przecież musiał mnie poznać.
Albo… Minęło tyle lat. Ile?
Szesnaście. Tak, szesnaście lat już minęło.
Przez pierwsze minuty jechaliśmy w ciszy.
Ale pogoda, rzuciłem, kiedy inny samochód nas opryskał z błota.
Tu tak, ale za miastem jest czysto, drogi nawet odśnieżone.
Bywasz jeszcze tam?
Ciągle kursuję. Sprawy.
Dzięki za podwózkę, dzisiaj mam pecha z autem. Zazwyczaj mam transport, dziś nie… Oczywiście zapłacę…
Rzucił mi szybkie spojrzenie, ten swój dawny, tajemniczy wzrok:
Cześć, Grzesiek powiedział łagodnie, jakby dla potwierdzenia.
Witaj, Andrzej.
Poznałeś mnie? Myślałem, że już dawno mnie wymazałeś z pamięci.
Nie zapomina się tak łatwo, powiedział poważnym tonem.
Coś ścisnęło mnie w żołądku głos, gesty, wszystko wróciło naraz. Szybko zdjąłem szal, zrobiło mi się gorąco.
Jak tam u ciebie, Andrzej? wydusiłem.
Chwilę milczał, jakby walczył z natłokiem wspomnień.
Nieźle. Walczę, takie czasy. Ty widzę też.
Pracujesz jeszcze w leśnictwie?
Gdzie tam, już daaawno nie. Wszystko rozleciało się po transformacji. Przeszedłem na swoje.
Najlepiej teraz. Hodowla? przypomniałem sobie, że miał kiedyś fermę świń i sprzedawał mięso.
Fermę prowadzę, i sklep, i wędliny robimy.
Teraz wszyscy handlują.
Nagle przypomniałem sobie nazwisko na etykiecie kiełbasy Wędliny Wójcik. Uśmiechnąłem się, jeszcze kiedyś pomyślałem, że to może przypadek.
Zaczekaj, to Wójcik z wędlin to twoje?
Tak… a nie smakują ci?
Ależ skąd, mama specjalnie po nie jeździ na bazar. Nie spodziewałem się.
A Andrzej, jakby się tłumacząc z sukcesu:
Zaczynaliśmy domowo, potem rosło, mięsa mieliśmy dużo. Ludzie bez pracy brali się do roboty. Potem i zakład się zbudował, i sklepy się pootwierało.
Super. Sam czy z kimś?
Z zespołem. Ale główny jestem ja. Tylko w pojedynkę się nie uda. Wielu z naszej wsi ze mną pracuje. Teraz już nie tylko tu sprzedajemy.
Poczułem się niezręcznie ja w zniszczonym płaszczu, w gumofilcach, on kiedyś traktorzysta ze wsi dziś właściciel prężnej firmy. Role jakby się odwróciły.
A synek?
Andrzej uśmiechnął się szeroko.
Trzech.
Trzech synów?
Tak, trzech. A u ciebie?
Syn i córka odpaliłem i otarłem pot z czoła.
Staś w wojsku, raz był na misji przeżyliśmy strachu co niemiara, żona posiwiała. Ale wraca na wiosnę. Środkowy w technikum, najmłodszy jeszcze w podstawówce.
Żona… Więc jednak poślubił tę szarą myszkę.
Chciałem powiedzieć, jak żałuję swojej decyzji sprzed lat, ilekroć żałowałem! Teraz, gdy znów go widzę…
Moje małżeństwo skończyło się fatalnie. Na początku bywało nieźle pracowałem w swoim zawodzie, nawet dostaliśmy mieszkanie służbowe w Radomiu. Dzieci były małe, ciężko, ale szło.
Później zaczęły się konflikty w pracy, alkohol, utrata mieszkania, powrót do teściowej, problemy z żoną… Rozwód był nieunikniony, wróciłem do mamy. Ojciec nie żył już wtedy.
Chciałem mu to wszystko wyznać, powiedzieć, że żałuję, ale powiedziałem tylko:
Mój starszy już w liceum, córka też dorasta. Czas leci.
Tak.
Zapadła cisza; obaj czuliśmy, że chcielibyśmy się wygadać, ale myśleliśmy, że to ważne tylko dla nas.
Pojawiło się poczucie winy. Przypomniałem sobie jego matkę, Iwonę… Im przecież ustąpiłem pola. A może wtedy to była tylko dziecinna duma nie potrzebuję nikogo.
A jak u ciebie? spytał od niechcenia.
Jak widzisz. Zwolnili mnie parę miesięcy temu. Staram się działać na własny rachunek, ale trudno samemu.
A żona? Wiktoria?
Pamiętasz? zdziwiłem się.
Byłem na twoim weselu. Tylko się nie ujawniałem. Jechałem za konwoju waszych aut do samej restauracji.
Co? odwróciłem się gwałtownie.
Tak. Powiedziała mi Maria, dzień wcześniej. Pojechałem się upewnić. Wyglądałeś na szczęśliwego, nie chciałem przeszkadzać. Wróciłem i poprosiłem Iwonę o rękę.
Gdybym wiedział… westchnąłem.
Tylko bym wszystko zepsuł.
Chyba tak. Szczęśliwy krótko byłem. Po pięciu latach się rozeszliśmy.
Szkoda pokiwał głową.
Dałem radę. Dzieci dobrze wychowane. Syn chce iść na medycynę, córka uczy się dobrze. Pracuję na targu, nie brzmi dumnie, ale daję radę. Miejsce dobre, muszę je trzymać.
Chciałem, by zobaczył, że moje życie nie jest tak złe, jak mógłby sądzić.
Andrzej słuchał, zmarszczka między brwiami pogłębiła się.
A jak twoje małżeństwo?
Wzruszył ramionami.
Iwona? Piecze chleb.
W własnej piekarni?
Zaczynała w domu, teraz prowadzi 'Piekarnię pod Lipą’.
Nagle przypomniałem sobie mały sklep z pysznym chlebem, tam kiedyś byłem z kolegą. Właścicielka drobna, energiczna kobieta, nieśmiały uśmiech, jasna kurtka, różowy szalik. Wydała mi się znajoma. Teraz wszystko jasne.
To tu, prawda? spojrzałem przez okno. Andrzej patrzył na numer.
Następne podwórko.
Nagle zatrzymał się, wyskoczył z auta.
Patrzyłem na to jak we śnie: w rozchylonej kurtce podbiega do kwiaciarni, wraca z pięknym bukietem chryzantem. Otwiera drzwi, kładzie mi kwiaty na kolana.
Zerkałem na białe chryzantemy, łzy same napłynęły do oczu. Szybko otarłem twarz przecież mówiłem, że jestem silnym mężczyzną.
Potem pomógł mi z torbami pod drzwi, pod klatkę ściany umazane bazgrołami. Przytuliłem kwiaty do siebie, speszony.
Wchodzisz? spytałem bez przekonania. W środku bałagan, towar porozrzucany, do tego mama czeka z pytaniami.
Ale niechby zobaczył, niech zrozumiał…
Nie, Grzesiek, lecę dalej. Dzień pełen roboty, uścisnął mi dłoń na chwilę, jakby na pożegnanie.
Biegł już po schodach w dół.
Zawołać? Powiedzieć wszystko?
Patrząc na jego plecy, nagle poczułem, że jemu jest jeszcze trudniej. On żegnał się na dobre. Z jakąś ulgą nagle poczułem, że to rozumiem.
Wciągnąłem torby do mieszkania.
Na progu mama od razu do pytań, do narzekań. Ja już jej nie słuchałem; w głowie miałem tylko jego obecność. Zrzuciłem buty, postawiłem na kaloryfer, działałem jak automat.
Mama krążyła za mną po domu, swoje mówiła, nie widząc, że jestem nieobecny.
Już przebierając się, usiadłem do stołu i spytałem:
Mamo, pamiętasz jak ci opowiadałem o chłopaku ze wsi, z mojej praktyki? Tamtą historię, którą zaliczyłem przed ślubem…
Coś tam kojarzę. A po co pytasz?
Wtedy powiedziałaś: Jeszcze by brakowało, żebym mieszkał na wsi i hodował świnie.
I słusznie. Byłbyś teraz w błocie.
Dzisiaj go spotkałem.
Gdzie?
To już nieważne. Wędliny Wójcik, co je tak chwalisz jego produkcja. A żona prowadzi Piekarnię pod Lipą.
Mama zamarła z filiżanką w ręku. Potem cicho ją odstawiła, w oku pojawił się cień smutku. Po chwili milczenia powiedziała:
Przecież nikt sobie losu nie wybiera. Gdyby się dało przewidzieć wszystko ludzie by się pozabijali.
Szkoda mi było mamy.
Daj spokój, mamo. Żyjemy. Dziś sprzedałem dwa garnitury i trzy kurtki. Damy radę. Nie martw się!
Oczywiście. Kto by pomyślał Gdyby wiedzieć, gdzie się przewrócisz zamyśliła się.
Wrócił syn. Wysoki, poważny, nieco tajemniczy wzrok. Jeszcze bardziej widziałem w nim dziś cechy Andrzeja.
I kto wtedy uwierzył, że taki trzylatek mógł się urodzić siedmiomiesięczny? Ale uwierzyli, nikt nic nie zauważył. Nie byłem z tych lekkodusznych.
Syn usiadł do stołu.
Tylko się nie złość, tato. Zatrudniłem się w stadninie, będę opiekował się końmi. Płacą od pracy, nie przejmuj się, na nauce to nie odbije się, słowo
Westchnąłem. Jeszcze wczoraj byłbym oburzony. Ale dziś…
Rób, co chcesz, Andrzejku. Każda praca jest w porządku. Poza tym, sam powinieneś mieć swoje grosze. Nie mam nic przeciwko.
Radośnie wziął się za jedzenie, spoglądając na mnie z zadowoleniem. Wyraźnie coś się we mnie zmieniło, choć nie wiedział, co.
A ja nie mogłem zasnąć tej nocy. Nie płakałem, nie rozdzierałem szat. Ogarniał mnie spokój.
Patrzyłem na białe chryzantemy i myślałem o losie, o dzisiejszym spotkaniu, o tym, że każdy z nas musi iść dalej swoją ścieżką, osobno.
Wtedy tamto spotkanie podzieliło moje życie na przed i po. Teraz było podobnie.
Przed nami jeszcze wiele niespodzianek i możliwości. Może nigdy więcej się nie zobaczymy, a jednak będziemy mieli na siebie wpływ.
Wszystko, co się zdarza, dzieje się z jakiegoś powodu.
Dziś zrozumiałem, że przypadkowe spotkania mogą czasem przynieść odpowiedzi na pytania, o których istnieniu sobie nawet nie uświadamiamy.


