Żyć mi się chce, Paweł!
Panie doktorze Jerzy, panie doktorze Jerzy, co się z panem dzieje?
Pielęgniarka Baśka złapała chirurga za rękaw, lecz nie utrzymała, bo wsparł się o ścianę, pochylił głowę i długo milczał.
Z pewną dumą pomyślała zaraz, jak lekarze poświęcają się dla chorych, pracują niemal do omdlenia. A nikt tego nie docenia. Pacjent, którego właśnie operował doktor Jerzy Nowak, tego przecież nie zauważy.
Panie doktorze, źle się pan czuje? Zaraz kogoś zawołam…
Nie trzeba Jerzy oderwał czoło od chłodnej ściany, chwiejnie przeszedł do dyżurki. Na progu odwrócił się do przestraszonej Baśki Wszystko w porządku. Proszę się nie martwić.
Jerzy opadł na skórzaną sofę, przymknął oczy. W porządku? Już nie pierwszy raz dopadało go takie zawroty głowy. Zmęczenie? Pewnie właśnie to.
Kiedyś miał prawdziwe wolne niedziele, które można spędzić z żoną, wyjechać z dziećmi do Łazienek, odwiedzić przyjaciół.
Teraz? Kiedy lekarze harują na trzy oddziały, wolnego jak na lekarstwo… A Jerzy akurat w drugim małżeństwie, żona młodsza, dzieci chodzą do podstawówki wydatki niemałe, zresztą chciał wymienić samochód.
Ale to nie najważniejsze. Najważniejsze, że Jerzy przywykł być potrzebny, chciał być najlepszy, marzył o uznaniu, sukcesach lekarskich… Przez dwadzieścia lat praktyki często je osiągał. Pacjenci do niego walili drzwiami i oknami, koledzy cenili, zapraszano, obiecywano, dobrze płacili.
Paweł, powiedz, Asia dzisiaj jest w pracy?
Hej, Jerzu, jest.
I pod koniec dnia leżał już wewnątrz MR-ach, słuchając tych drażniących dźwięków, których nie tłumiła muzyka w słuchawkach.
W pewnym momencie ogarnął go strach. Guzik do wezwania wywiozą mnie z tej dusznej tuby, pomyślał. Próbował odwrócić uwagę o czymś przyjemnym. Ale co tu miłego wspominać?
Pamięć zeszła schodami wstecz. Drugie małżeństwo… już doświadczony chirurg, ojciec, ona młoda nauczycielka jego córki z trzeciej klasy.
Dzwięki aparatu próbowały zagłuszyć dobre wspomnienia, ale trudno było. Pracadompraca. Pierwszy związek jeszcze gorzej brzydki rozwód, nieprzyjemne historie.
Studia? Tak, jeśli te pierwsze cztery lata…
I nagle Jerzego poniosły obrazy dawnych lat obozy studenckie, koledzy, Marysia ze stołówki, którą wszyscy podziwiali…
Był ich trzech Jerzy, Michał i Paweł, medycy z zaprzyjaźnionego pokoju na roku. Warszawa była dla nich obca, mieszkali w akademiku.
Paweł chłopak z prowincji, trochę nieśmiały, niepozorny, z niesamowitą pamięcią i spokojem. W jego niebieskich oczach, zza grubych okularów, można było utonąć.
Paweł znał materiał na pamięć, odpowiadał na każde pytanie.
Michał był jego przeciwieństwem energiczny, głośny, prostolinijny chłopak spod Lublina. Żywy, wiecznie zagaduje ludzi w akademiku, pisze ściągi, zamiast siedzieć nad książkami.
Jerzy też martwił się egzaminami. Wydawało mu się, że właśnie on nie zda. Podziwiał wiedzę Pawła i gadatliwość Michała. Ale spośród nich trzech nie dostał się tylko czwarty Krzysztof. Oni zostali razem.
W pierwszym roku nie mieli akademika, więc mama Pawła troskliwa i energiczna Grażyna znalazła im mieszkanie na trzy osoby.
Niech wam Panienka błogosławi, chłopaki! uśmiechała się, wyjeżdżając po paru dniach, po ugotowaniu zapasów pierogów na miesiąc.
Zuch ta twoja mama, Paweł! A gdzie pracuje?
W sklepiku przykościelnym odpowiedział Paweł, przegryzając kanapkę.
Co?
Świece sprzedaje, ikonki, takie rzeczy…
No to co, wierząca jesteś?
Oczywiście. Ja też wierzę odpowiedział spokojnie.
Chłopaki zerknęli na obrazki na parapecie.
Twoje? Myślałem, że twoja mama zapomniała.
Nie, zostawiła specjalnie. Dla mnie.
Michał od razu palnął:
Oszaleliście? Po co na medycynę, jak w cuda wierzycie? Myślicie, że Bóg wam pomoże?
Lekarz leczy ciało, Bóg duszę Paweł mówił spokojnie.
Częściej nie rozmawiali o wierze. Widzieli, że Paweł się żegna, ale robił to cicho, bez ostentacji. Był wzorowym studentem, umiał pogodzić odmienność charakterów, studził spory między gwałtownym Michałem i uporczywym Jerzym.
Mniej przejmował się błahostkami. Gdy koledzy kłócili się o sprzątanie, po prostu chwytał ścierkę i działał.
Po co się kłócić o takie drobiazgi? Lepiej zrobić.
I wtedy wszyscy się uspokajali, pomagali ze wstydem.
Może Bóg dawał Pawłowi siły, a może był naprawdę wyjątkowy pierwszy zaliczał najlepiej z całej trójki. Łaciny się uczył, jakby ją od dziecka znał. Był spoiwem ich przyjaźni.
I zakochał się pierwszy. Zrzucono mu samorząd studencki, tam poznał przeznaczenie Gabrysię. Małą, z krótką czarną grzywką, żywiołową i dobrą. Od drugiego roku chodzili za ręce.
Michał choć taki prosty szybko stał się praktykującym studentem. Już na drugim roku był w karetce pogotowia, potem dostrzeżono go w szpitalach, przydzielano trudniejsze zadania. Jerzemu wydawało się, że Michał będzie wiecznie lekkomyślnym, lecz w szpitalu stawał się sumienny, dokładny. Dociekliwy, ciągle pytał, zostawał po godzinach, w końcu zaproszono go do pracy w onkologii w klinice wojewódzkiej.
Jerzy uczył się solidnie, bez wybitnych sukcesów, ale medycyna naprawdę go pociągała. Bardzo chciał być dobrym lekarzem.
***
Aparat MR kończy badanie. Jerzy patrzy przez okno, oddycha głęboko. Skąd to uczucie klaustrofobii?
Przychodzi Asia, zdejmuje mu sprzęt z głowy.
I jak tam? Już opisywali wyniki?
Zaraz lekarz napisze opis. Dam ci znać, przyjdziesz później spuściła wzrok. Zmęczona? Ciężki dyżur…
Odbiorę jutro. Idę do domu.
Ale nie zdążył wyjść Asia przybiega za chwilę z opisem i płytą.
Jerzu, sam jesteś lekarzem. Z tym nie można zwlekać. Idź do doktora Wiśniewskiego, niech zobaczy.
Jerzy zerknął na wynik, wstawił płytę do komputera, długo obracał obrazy na ekranie. To jego głowa, jego mózg i wyraźne ognisko zapalne…
Miał wrażenie, że patrzy na skany pacjenta, nie swoje. Dotarło to do niego powoli, nawet w drodze autem do domu. Nie wierzył, odsuwał myśli, że to może spotkać właśnie jego.
***
Doktor Wiśniewski był najlepszym neurochirurgiem w szpitalu.
Nie będę łagodził, Jerzy. Sam widzisz…
Widzę. To koniec?
Zadajesz pytania w stylu histerycznych pacjentek. Wszystko w rękach chirurga… i Pana Boga.
Jakoś nie mogę uwierzyć… Plany miałem na Dzień Lekarza do Warszawy zaprosili. Chciałem żonę i dzieci zabrać. A teraz… Co byś zrobił na moim miejscu?
Pojechałbym do Warszawy ale nie odpoczywać, tylko do profesora Bartosza Ledóchowskiego. Cuda tam robią. Najlepsze wyniki. Ale…
Ale co?
On już nie operuje, ale jego zespół świetni chirurdzy, pracują według jego metod. Tylko dostać się tam… lista na lata, trzeba nacisków, znajomości.
Jerzy pracował, operował, konsultował. Bólów właściwie nie miał, tylko trochę słabości i zawroty głowy potrafił sobie lekarsko pomóc.
Szukał kontaktów do kliniki Ledóchowskiego. Wiśniewski miał rację dostać się prawie niemożliwe.
Przyszła pora powiedzieć o wszystkim żonie, która natychmiast zaczęła planować wyjazd do Warszawy.
Izka, muszę jechać sam.
Jak to? odłożyła bluzkę, popatrzyła z żalem. Zwariowałeś? A dzieci?
Nie jadę na konferencję ani na wycieczkę. Jadę do szpitala. Mam guza mózgu powiedział powoli. Mówiąc to, jakby w końcu dopuścił do siebie tę prawdę.
Izabela patrzyła na niego, oczy jej zaszkliły się łzami.
Boże, Jerzy… Jak to możliwe? Jadę z tobą!
Nie, Izka. Nie wiadomo, czy mnie od razu przyjmą, może będę musiał długo czekać na termin…
To wszystko aż tak poważne? usiadła obok i ścisnęła jego rękę. Opowiedz mi wszystko…
Jerzy, ocierając nos jak mały chłopiec, opowiadał chaotycznie o dawnych obawach, badaniach, wynikach… O myślach, o życiu, o nadziejach…
Izabela słuchała w milczeniu, trzymając bluzkę, a on cieszył się, że ma komu się wygadać. Z pierwszą żoną nie miał nigdy takiej bliskości.
***
Świadkowie Jehowy odmawiają transfuzji krwi, cytując Biblię. Tylko ciała z duszą, czyli z krwią, nie wolno wam jeść.
Czwarty rok studiów, siedzieli na wykładzie.
Duchowni występują przeciw przeszczepom i metodom leczenia sprzecznym z naturą. Odrzucają in vitro, surrogacje, zabiegi na komórkach rozrodczych. Medycyna i religia to dwa sprzeczne światy zakończył młody wykładowca.
To nieprawda odezwał się ktoś z sali.
Słucham? Kto mówi?
Ja wstał Paweł. Religia i medycyna zmierzają często do tego samego by człowiek żył godnie.
Chcesz się spierać?
Nie, po co? Taka prawda.
Nie tak łatwo, proszę tu podejść.
Paweł niechętnie wyszedł. Profesor zadawał pytania, on spokojnie odpowiadał.
Kościół troszczy się o duszę mówił Paweł. Jeśli małżeństwo nie może mieć dzieci, powinno to z pokorą przyjąć, może to ich powołanie. In vitro z nasienia męża nie jest wykluczane, lecz już dawstwa tak.
A surrogacja? Skoro geny są rodziców?
Trzeba myśleć też o matce zastępczej, i o dziecku… To narusza relacje…
Bzdura! uniósł się profesor. Kościół to opium hamujące postęp nauki, bo boi się, że człowiek pokona Boga!
Profesor perorował, Paweł spokojnie odpowiadał, cytował Biblię, tłumaczył zasady. Bronił swojej wiary, bronił mamy, rodzinnego kościółka, babci.
Im spokojniej mówił Paweł, tym bardziej profesor się unosił. Klasa już rozumiała, że studenta doceniali.
Od tego dnia spadły na Pawła nieprzyjemności. Zanoszono go do rektora, nie dzielił się już wszystkim tylko z Gabrysią. Ale i ona była dyskretna.
Na piąty rok Paweł po prostu nie wrócił. Przysłał list, napisał, że wybrał inną ścieżkę, dziękował i prosił o pamięć.
Jerzy i Michał byli zdruzgotani. Najlepszy z nich! Prawdziwy talent! Zrezygnował na ostatnim roku jak to możliwe?
Znaleźli Gabrysię, ale milczała. Pojechali więc do Pawła do domu. Przyjęła ich serdecznie mama, cieszyła się, częstowała jedzeniem. Powiedziała, że Paweł poszedł do seminarium.
Wracali z zapasem pierogów i niedowierzaniem.
Co za głupota, na Boga, Paweł zwariował stukał kolano Michał.
No właśnie, już i my na Boga! Może dlatego Bóg go od nas odsunął. Durny był… pokręcił głową Jerzy.
***
Jaka świeczka? Daj spokój, Krzysiek, jadę do przyjaciela. Wziąłem urlop.
W dyżurce rozmawiali z doktorem Krzysztofem Wiśniewskim. Za trzy dni Jerzy miał jechać do Warszawy. Pociągiem bo już bał się autem, zawroty głowy nasilały się, na operację w stolicy wciąż liczył.
Do kogo?
Do studenckiego przyjaciela. Ponad dwadzieścia lat się nie widzieliśmy. Od piątego roku jest księdzem, proboszczem. To kawałek stąd. Jadę jutro.
Ja bym nie ryzykował…
Muszę, pojadę wzruszył ramionami Jerzy.
Sławny z klasztoru i pielgrzymek Kazimierz Dolny okazał się dziś trochę zapomniany, piękne kościoły na każdym kroku.
Jerzy ruszył do opactwa. Co ciekawe całą drogę nie miał zawrotów głowy. Może rzeczywiście: droga do Boga to droga ku zdrowiu, uśmiechnął się do siebie.
Między białymi murami, kopułami, ogrodami… Park, kwiatowe rabaty, wszędzie porządek, błyszczące na słońcu złota kopuła.
Ktoś mu powiedział, że trwa msza, ksiądz Paweł zajęty trzeba poczekać. Trochę się wahał, ale przeszedł ścieżką w dół na cmentarzyk koło rzeki. Zobaczył studnię i kobiety w chustach, starsze panie pokonywały wąski stok w górę zamiast schodami, i to kilka razy. Na końcu mostku znów zabudowania zakonne.
Po co przyjechałem? zawahał się. Mam się operować, a ja spaceruję…
A pan po wodę święconą nie idzie?
Po wodę? zdziwił się.
Tam są butelki. Trzeba trzy razy przejść pod górę po schodach i zejść stokiem wyjaśniła z uśmiechem prostolinijna kobieta.
Po co?
Pan sam wie, po co pan tu.
Przestał tłumaczyć, że przyszedł do księdza. Chyba nie tylko o spotkanie chodzi…
Wziął butelkę, poszedł do studni. Przeszedł pod górę trzy razy, nabrał wody, wypił na miejscu. Była zimna, słodka, czysta jak łza.
Nastrój poprawił mu się nagle, zrobiło mu się lżej. Może rzeczywiście dobrze, że tu przyjechał… Uśmiechnął się, wyobrażając sobie jak Paweł by to skomentował.
Wrócił pod kościół ludzie się rozchodzili. Wyszedł duchowny wysoki, z brodą, głębokim głosem, poważny. Przypominał kogoś z młodości…
W pewnej chwili ich spojrzenia się skrzyżowały te niebieskie, głębokie oczy… To Paweł.
Podszedł od tyłu.
No cześć, Księże Proboszczu!
Pani w chustce skrzywiła się:
Do księdza proszę księdza się mówi!
Ale Paweł już się uśmiechał do starego przyjaciela.
Jerzy! Witaj, przyjacielu…
Przytulili się, a potem ruszyli alejką.
Co za radość! Gabrysia się ucieszy.
Twoja żona?
Tak, lekarz tutaj, pediatra. Nie chce zmieniać zawodu. Mamy pięcioro dzieci, już dorosłe, najmłodszy ma dziesięć lat.
To ci dopiero! Ja mam troje, córkę z pierwszego małżeństwa i dwoje z drugiego…
Mieszkamy tu z Gabrysią już kilka lat. Proponowano inne parafie, ale tu piękne okolice i praca w klasztorze.
Chyba urosłeś…
Po dwudziestce jeszcze rosnąłem. A oczy? Dawno laserową korekcję robiłem.
Widzisz, więc Kościół nie odrzuca medycyny?
Obaj zarechotali.
A pamiętasz, jak w bibliotece Narodowej wykradaliśmy książki…? Ty zagadywałeś bibliotekarkę…
A wyście puścili ją z hukiem na podłogę, głuptasy…
A potem udawałeś, że nas nie znasz! Styd był…
Ciągle myślę o twojej mamie Grażynie. Jak ona?
Dobrze. Nie młoda, ale pełna energii. Wstąpiła do zakonu, mieszka w pobliskim klasztorze.
Kariera jak się patrzy?
Tak! śmiał się ksiądz Paweł.
Podbiegła po niego parafianka, coś szepnęła.
Wybacz, muszę służyć ludziom. Zaraz przyślę samochód, zawiezie cię do domu. Gabrysia cię przyjmie, spotkamy się wieczorem.
Jerzy pojechał za czarnym autem. Dom księdza duży, zadbany ogród, kapliczka.
Przywitała go Gabrysia, jak starego przyjaciela. U nich kwiaty w oknie, w centralnym miejscu obraz Matki Boskiej, świece i świeczniki.
Ale dom jasny, nowoczesny, komputer na stole, sprzęty kuchenne. Gabrysia krzątała się, opowiadała o dzieciach, miejscach, pracy Pawła. Syn najmłodszy w domu.
Jerzy odpoczął na hamaku, zapomniał po co przyjechał. Nie chciało mu się wracać. Do urlopu jeszcze czas…
***
To znasz tę historię?
Oczywiście. Z Michałem długo utrzymywaliśmy kontakt, potem trochę mniej… Los tak chciał. Syn próbował go znaleźć przez internet, cóż…
Masz mi za złe?
Każdy ma swoją prawdę. Ale widzę, że coś cię trapi. Mów, Jerzy, jaka bieda?
Guz mózgu, złośliwy…
Paweł westchnął głęboko.
Źle. Jutro pójdziemy do kościoła, a potem wyspowiadam cię i przyjmiesz Komunię. Reszta się zobaczy…
Ty mnie chowasz…
Skąd! Po prostu wszystko w twoich rękach. Tylko ty sobie pomożesz naprawdę. Ja mogę wskazać drogę, resztę zrobisz sam.
Mogę ci opowiedzieć, jak wtedy było… zaczął Jerzy.
Jutro, na spowiedzi.
Nocą historie dawnych win Jerzego nabrały innego wymiaru. Na spowiedzi brzmiały jak prawdziwe wyznanie nie usprawiedliwienie.
Ach… Bliscy przyjaciele skłóceni na długie lata przez jedną noc…
***
Msza się zakończyła, ludzi niewielu.
Paweł przeczytał modlitwę, pochylił się:
Chrystus tu niewidzialnie stoi, ja jestem tylko świadkiem. Mów, Jerzy.
I Jerzy mówił:
Zazdrościłem Michałowi wszystkiego. Uczyli go wszyscy podziwiać, pacjenci chwalili. A potem ta Ala…
Wszystko przez to, że w szpitalu leżał znany urzędnik z Warszawy, przywoziła go rodzina, w tym córka Ala. Michał się w niej zakochał. Jeździli potem do siebie, spotkania WarszawaLublin.
Otworzyły się przed Michałem perspektywy w stolicy.
Chodzi o to… Jerzy podniósł wzrok na Pawła, potem znów spuścił Zazdrościłem. Parę razy doniosłem Ali na Michała. Wymyślałem… Przepraszam…
Wesele u Silnego przesądziło o losie. Michał prowadził zabawę z Alą, ale to z Jerzym spędziła czas na balkonie całowali się, a Michał widział wszystko przez szybę. Tuż po weselu wyprowadził się, a Jerzy z Alą po dwóch tygodniach zamieszkali razem. Przez lata nie odzywali się. Ala okazała się trudna, toksyczna, manipulująca. Po rozwodzie Jerzy wrócił do rodzinnego miasta i zrozumiał błędy.
A przecież miał cięższe grzechy. Czasem przez pomyłkę, operując, tracił czyjeś życie. Zdarzało się, zdradzał żonę, wielu pielęgniarek mu ulegało, a tych, co się sprzeciwiły, potrafił zwolnić… Dopiero z Izą poczuł spokój. Ale i ją zawiódł parę razy.
Umilkł. Co jeszcze wyznać? Wszystko to takie głupie…
To możesz mi odpuścić grzechy, Pawle?
To nie ode mnie zależy. Najważniejsze, żebyś naprawdę żałował, Jerzy.
Jerzy popatrzył mu w oczy. Przez chwilę walczył ze łzami, padł na kolana.
Powiedz Bogu, że żałuję, powiedz, Pawle! Żyć mi się chce! Izię kochać, dzieci wychować, pracować, być lekarzem… Niczego więcej nie chcę.
Panie Jezu Chryste, daruj Jerzemu jego przewinienia… modlił się Paweł.
Potem spojrzeli sobie w oczy te czyste, dobre spojrzenie. Paweł cicho powiedział:
Znajdź Michała, pojednaj się. Poproś o przebaczenie.
Gdzie go znajdę? Za dwa dni Warszawa…
Musisz. Jest w Gdańsku, pracuje w klinice onkologicznej. Najlepiej tam zjechać.
Ojcze Pawle, śmieszne, żebym się tam leczył…
I czemu nie? Pracuje nowocześnie, zdobywa nagrody naukowe. Powinniście się spotkać.
Może… Ale najpierw pojadę do Warszawy, terminy gonią.
Szukaj także tej pielęgniarki, której wtedy zaszkodziłeś…
To akurat łatwo, da się naprawić… Jerzy uśmiechnął się krzywo, mimo że bolało wracać do tamtej sprawy. Znajdę. Pomódl się za mnie, Pawle, najważniejsze, żeby profesor w Warszawie przyjął mnie, żebym dostał termin…
Przed wyjazdem Jerzy jeszcze piętnaście razy wdrapał się na parów przy rzece, po każdych trzech pił wodę ze studni i zaczynał znów…
Wierni patrzyli na niego, żegnali, modlili się.
Bo czasem, by uzdrowić ciało, trzeba odkryć duszę i prosić o wybaczenie, i przebaczyć samemu sobie. Tylko wtedy życie naprawdę odzyskuje wartość.


