Chcę żyć, Andrzejku!

Ja chcę żyć, Andrzej!
Panie Jerzy, panie Jerzy, co się z panem dzieje?

Pielęgniarka Basiunia złapała chirurga za rękaw. Ale nie utrzymała go oparł się o ścianę, pochylił głowę w zagłębieniu ramienia, milczał.

Basia nawet przez chwilę z dumą dla całego personelu medycznego pomyślała, jak lekarze oddają się pacjentom, pracują niemal do upadłego! Tylko nikt tego nie docenia. Pacjent, którego przed chwilą operował Jerzy, tego nie zobaczy.

Panie Jerzy, co się z panem dzieje? Zawołać kogoś?

Nie trzeba lekarz oderwał głowę od ściany, chwiejnym krokiem ruszył w stronę pokoju lekarskiego, przed drzwiami spojrzał jeszcze na wystraszoną Basię: Wszystko w porządku, proszę się nie martwić.

Jerzy ze zmęczeniem padł na skórzaną kanapę i przymknął oczy. Czy naprawdę było w porządku? To nie pierwszy raz, kiedy miał takie napady zawrotów głowy. Przemęczenie? Najpewniej.

Kiedyś miał wolne. Prawdziwy wolny weekend można było odpocząć, odwiedzić znajomych z żoną, pojechać z dzieciakami do parku.

Ale teraz? Gdy wszyscy lekarze robią za trzech, gdzie tutaj miejsce na odpoczynek… Tym bardziej, że to już drugie małżeństwo Jerzego. Żona młodsza, dzieciaki w podstawówce, wydatki ogromne. No i auto przydałoby się zmienić.

Ale to nawet nie najważniejsze. Najważniejsze, że Jerzy był przyzwyczajony do tego, by być potrzebnym chciał być najlepszy, marzył o szacunku, o medycznych sukcesach… I przez ostatnie dwadzieścia lat całkiem nieźle mu się to udawało. Pacjenci walili do niego drzwiami i oknami, koledzy go szanowali, zapraszali, obiecywali zarabiał porządnie.

Paweł zadzwonił do kolegi anestezjologa. Twoja Natalka jest dzisiaj w pracy?

Siema, Jerzyk. Ta, jest na dyżurze.

I już pod koniec dyżuru Jerzy leżał u Natalii w tomografie rezonansowym, słuchając tych dudniących dźwięków, których nie zagłuszała nawet muzyka z słuchawek.

Nagle ogarnął go strach miał ochotę nacisnąć guzik, żeby go z tego dusznego urządzenia wyciągnęli. Trzeba się było czymś zająć, pomyśleć o czymś miłym. Tylko co? Jakie właściwie miał miłe wspomnienia?

Pamięć Jerzego zaczęła schodzić schodkami w dół przez kolejne etapy jego życia. Drugie małżeństwo już był po trzydziestce, chirurg, ojciec rodziny, a ona młoda nauczycielka jego córki z trzeciej klasy.

Grzechotka aparatu skutecznie zagłuszała wszelkie próby przywołania radosnych wspomnień z tego czasu. Pracadompraca. Pierwsze małżeństwo? Jeszcze gorsze brzydki rozwód, nawet nie chciało mu się do tych wspomnień wracać.

Studia? O, tak! Zwłaszcza te pierwsze cztery lata.

I Jerzemu od razu się rozjaśniło, zaczęły mu się przypominać lepsze chwile czas praktyk studenckich, koledzy, Marylka ze stołówki, za którą wszyscy biegali…

Jerzy, Wiktor i Andrzej trójka przyjaciół ze studiów medycznych. Znajomość zaczęli już na egzaminach wstępnych. Wszystkich wrzucono do Poznania, nikt nie był stąd, mieszkali razem w akademiku.

Andrzej okularnik z jakiegoś mniejszego miasta, spokojny, momentami naiwny, ale o niezwykłej charyzmie. Po prostu chciało się być w jego towarzystwie, słuchać tych mądrych a cichych zdań, patrzeć w te jego głębokie, spokojne, błękitne oczy zza grubych szkieł.

Miał pamięć fenomenalną, całe tematy egzaminacyjne znał na wyrywki, na wszystko umiał odpowiedzieć.

Wiktor był jego zupełnym przeciwieństwem kawał chłopa spod Piły albo Bydgoszczy, głośny, prostolinijny, gadatliwy, przeżywał wszystko bardzo emocjonalnie, od razu zaprzyjaźniał się z całym piętrem, więcej biegał w gości i pisał ściągi niż porządnie się uczył.

Jerzy też nie był wolny od stresu. Czuło się jakby to właśnie jemu miało nie pójść podziwiał rozległe wiadomości Andrzeja i gadulskość Wiktora. Ale z ich pokoju tylko czwarty Michał nie przeszedł rekrutacji. Trójka została nierozłączna.

Na pierwszym roku nie przyznano im jeszcze akademika, a mama Andrzeja troskliwa i trochę zakręcona przyjechała i wynajęła im trzypokojowe mieszkanie.

Niech was Pan Bóg prowadzi! Żyjcie zgodnie, chłopcy powiedziała, kiedy spędziła z nimi dwa dni, gotując im obiady na cały miesiąc.

O rany! Twoja mama to jest kobieta niesamowita! A czym ona się zajmuje, Andrzej?

Prowadzi sklepik z dewocjonaliami przy kościele mruknął Andrzej przeżuwając.

Gdzie?

Na plebanii, sprzedaje świece itp.

I co, jest naprawdę wierząca?

Oczywiście. Ja też wierzę rzucił chłodno Andrzej.

Koledzy zerknęli na ikony ustawione na parapecie.

To są twoje? Myślałem, że to twojej mamy.

To ona nam zostawiła, powiedział spokojnie. Znaczy, mi zostawiła.

Wiktor to taki typ, co najpierw gada, potem myśli:

E, powariowałeś, to po co ci te studia? Nauka to nauka, a nie jakieś cuda i wiara. Co, Bóg ci pomoże na egzaminie?

Lekarz leczy ciało, Bóg duszę, odpowiedział Andrzej, a chłopaki tylko wzruszyli ramionami.

W ogóle raczej nie poruszali już potem tematów wiary. Widząc, jak Andrzej się żegna, robili minę, że nie widzą. Był świetnym studentem, zawsze potrafił rozładować napięcia między porywczym Wiktorem a upartym Jerzym, błyskawicznie gasić kłótnie.

W drobnych sprawach był inny od wszystkich gdy Jerzy i Wiktor kłócili się o porządki, on brał szmatę i po prostu sprzątał.

Naprawdę to warte takich emocji? Lepiej posprzątać

Chłopaki się denerwowali, potem im głupio, więc brali i pomagali.

Albo Andrzej miał faktycznie wsparcie z góry, albo był po prostu świetny pierwszą sesję zdał najlepiej. Łacinę łapał jakby się z nią urodził. Był spoiwem tej trójki.

Co ciekawe pierwszy się zakochał. Wybrali go do samorządu studenckiego i tam poznał swoją przyszłą żonę Grażynkę. Mała, z czarną grzywką, odważna, ale serdeczna dziewczyna. Od drugiego roku chodzili za rękę.

Wiktor, choć wydawał się prostakiem ze wsi, okazał się operatywny: od drugiego roku już jeździł w karetce, na praktykach w szpitalach zwracano na niego uwagę. Choć był nieokrzesany, przy pacjentach zmieniał się zostawała odwaga, ale pojawiała się dokładność i sumienność. Często zostawał po godzinach, w końcu został nieformalnym pomocnikiem w onkologii wojewódzkiej.

Jerzy uczył się rzetelnie, nie był gwiazdą, ale medycyna naprawdę go fascynowała bardzo chciał być dobrym lekarzem.

***

Tomograf wyciągnął go na wolność. Jerzy spojrzał w okno i głęboko odetchnął. Skąd to dziwne uczucie klaustrofobii?

Weszła Natalia, zaczęła ściągać sprzęt z głowy.

I co tam, Natalka? Patrzyłaś już?

Zaczekaj jeszcze chwilę, opis zrobi lekarz, dam ci znać, zadzwonię. Przyjdź później patrzyła w bok, może po prostu była zmęczona po dyżurze?

Okej, odbiorę jutro. Chcę już iść do domu.

Ale nie zdążył jeszcze wyjść z oddziału, gdy Natalia zadzwoniła i przyniosła opis sama, razem z płytą i zdjęciami.

Jerzyk, jesteś lekarzem, rozumiesz wszystko. Ale zwlekanie nie ma sensu. Zgłoś się do profesora Anisiewicza. Niech spojrzy.

Jerzy tylko zerknął na opis, wsadził płytę do komputera i przez dłuższą chwilę obracał swoje własne zdjęcia na ekranie nie mógł uwierzyć, że to jego głowa, jego mózg, jego stan zapalny tak wyraźny i oczywisty.

Cały czas miał wrażenie, jakby oglądał MRI któregoś z jego pacjentów, nie siebie Nawet wracając autem do domu nie wierzył, nie pozwalał sobie uwierzyć. Przecież jemu coś takiego nie może się wydarzyć.

***

Profesor Kacper Anisiewicz był najlepszym neurochirurgiem w szpitalu.

Nie będę ci słodził, Jerzy, jesteś lepszym chirurgiem ode mnie. Po co cię okłamywać? Przecież widzisz…

Widzę. To już koniec?

Ooo profesor zmarszczył czoło, drgnął na krześle brzmisz jak rozhisteryzowana pacjentka. Przecież wiesz, wszystko jest w rękach chirurga no i Pana Boga jeszcze.

Nie wierzę Nie wierzę, że to mnie spotkało. Miałem jechać do Warszawy na Dzień Lekarza Zaprosili, mieliśmy pojechać z rodziną. Teraz Co byś zrobił na moim miejscu?

Ja bym jechał do Warszawy, ale nie na odpoczynek, tylko do prof. Szymona Rokickiego. Cuda się u niego dzieją w klinice. Statystyki najlepsze. Ale…

Ale co?

On sam już nie operuje, ale jego uczniowie robią to według jego metodyk. Tylko jest kolejka na operację, nawet rok-trzeba czekać. Przebić się trudno Ale środowisko lekarskie powinno pomóc. W końcu jesteś świetny, Jerzy. Powalczymy…

Jerzy pracował, operował, konsultował, wypisywał diagnozy. Bóle przeszkadzały mu coraz mniej tylko lekkie osłabienie, zawroty. Poradził sobie medykamentami.

Zaczął szukać kontaktu do Warszawy, do Rokickiego. Okazało się, że praktycznie nie ma szans.

Przyszła pora powiedzieć żonie która od razu zabrała się za pakowanie do Warszawy.

Inka, do Warszawy pojadę sam.

Sam? Co ty wygadujesz przeglądała jakąś bluzkę, opuściła ręce i patrzyła na niego z lekką obrazą Chyba żartujesz! A dzieci?

To nie konferencja, nie koncert, jadę do szpitala. Mam problem mam guza mózgu ostatnie zdanie wypowiedział powoli i, kiedy usłyszał własny głos, sam się zdziwił, że to w ogóle mówi. Wcześniej odganił te myśli.

Inga patrzyła na niego, w oczach zebrały się łzy.

Jezu, Jezu, Jerzyk Jak to możliwe? To Muszę jechać z tobą.

Nie, Inka, jeszcze nie wiadomo o operacji. Może będę musiał czekać, jadę właśnie po to, żeby być na miejscu szukać okna Ale może na to okno będę czekał bardzo długo.

To aż takie poważne? usiadła przy nim Opowiedz wszystko

I Jerzy, jak mały chłopiec, wycierając nos, zaczął plątać się i mówić, nie jak lekarz, tylko zwykły człowiek o podejrzeniach, o badaniach, o wyniku O myślach, o zmarnowanych szansach, marzeniach, o tym co dalej…

Inka słuchała, trzymała bluzkę w rękach, lekko marszczyła brwi. Nie odzywała się, tylko patrzyła na rozbitego męża. A Jerzy czuł ulgę, że jest komu się zwierzyć. Z pierwszą żoną takich rozmów nie miał nigdy.

***

Świadkowie Jehowy zwykle odmawiają transfuzji krwi, cytując Biblię. Jednak nie spożywajcie mięsa z jego życiem, to jest z krwią.

Czwarty rok studiów. Siedzieli na wykładzie.

Księża nie zgadzają się na przeszczepy narządów, na które pozwala prawo. Kościół protestuje przeciw wszelkim metodom poczęcia, które nie są naturalne. Potępia matki zastępcze, wszelkie manipulacje związane z dawstwem komórek rozrodczych. Motywuje to swoimi zasadami. Kościół i medycyna nie do pogodzenia.

To nieprawda odezwał się głos z sali.

Co? chudy, dość młody wykładowca podniósł zmęczony wzrok. Jak to nie? Kto powiedział?

Ja wstał Andrzej. Kościół i medycyna mają ten sam cel pomagają temu, by człowiek żył po ludzku.

Chce się pan kłócić, młody człowieku?

Po co się kłócić? Taka jest prawda usiadł.

Nie, nie, jak się zaczęło Chodź pan na środek, proszę. wykładowca uśmiechnął się podstępnie i jakby odżył.

Andrzej wyszedł niechętnie. Patrzył na wykładowcę spokojnie.

Wykładowca pytał, Andrzej odpowiadał, z godnością.

Kościół troszczy się o duszę człowieka. Jeśli małżeństwo nie może mieć dziecka i medycyna nie znajduje rozwiązania, powinni przyjąć to z pokorą może tak ma być, może mają adoptować. Kościół nie odrzuca zapłodnienia in vitro od męża, tylko od dawcy, bo to zaburza więzi rodzinne.

To czemu się Kościół sprzeciwia matce zastępczej? Przecież komórki są rodziców!

Bo trzeba myśleć też o tej matce, która urodzi dziecko innym. I o dziecku… To nie jest proste.

Co za bzdury! wykładowca przerywał, mówił coraz głośniej. Sami sobie zaprzeczacie! Kościół ma ratować duszę, a w tym samym czasie robi ludzi cierpiącymi? Widziałem to stara rodzina odmówiła oddania serca zmarłego syna na przeszczep. Dziecko umarło. I to jest po bożemu?

Tak. Oni nie mogli oddać serca syna. Po prostu nie mogli.

O! Wyszło na jaw, czym jest religijny opium! Ten opium jest najgorszy, najpowszechniejszy i najbardziej szkodzi naukowym odkryciom w medycynie! Kościół stoi i panicznie się boi, że człowiek przerośnie Boga! Bo wtedy kościół straci wszystko! W ten sposób się tuczy. A ten człowiek i jego mózg oto prawdziwy stwórca!

Coraz bardziej się wściekał, wykładowca się nakręcał, długo odpierał argumenty Andrzeja. Ale Andrzej nie złościł się, patrzył na niego spokojnie, nawet z lekkim współczuciem.

Dla niego Bóg był czymś głębokim w jego duszy. Odpowiadał rzeczowo, podawał cytaty z Biblii. Broniąc wiary, bronił mamy, babci i tej małej ceglanej kapliczki, do której go prowadziła jako dziecko.

Jego spokój tylko jeszcze bardziej denerwował wykładowcę. Ale nieważne ile by ten nie krzyczał studenci już zdecydowali, kto wyszedł zwycięsko.

Po tym Andrzej miał w uczelni problemy ciągali go do dziekana, wracał przybity, nie opowiadał wiele, tylko Grażynie się zwierzał. Ale i ona nie chciała mówić o szczegółach.

Na piąty rok Andrzej zwyczajnie nie przyjechał. Przyszło pismo, że wybrał inną drogę w życiu pożegnał się, prosił, żeby pielęgnować przyjaźń.

Jerzy i Wiktor byli zdruzgotani. Najlepszy spośród nas! Wykształcony. Idealny lekarz by z niego był A odszedł tuż przed końcem!

Pogadali z Grażyną, ona milczała. W końcu w weekend wsiedli w pociąg i pojechali do Andrzeja. Witała ich pani Teresa szczęśliwa, serdeczna, dumna. Syn poszedł do seminarium przekazała z radością.

Wrócili do Poznania obładowani przetworami od mamy Andrzeja, ale coraz mniej rozumieli i nie potrafili zaakceptować tego wyboru.

No i jak on mógł! bił się po kolanie Wiktor.

Widzisz, już mówisz Boże. Chyba też nas pomału nawraca. Tuman ten nasz Andrzej. Oj

***

Jaka tam świeczka. Daj spokój, Kacper. Jadę do przyjaciela. Urlop już załatwiony.

Siedzieli z Anisiewiczem w pokoju lekarskim. Za trzy dni Jerzy miał jechać do Warszawy. Bilety kupione na pociąg. Autem się bał, zawroty głowy się nasiliły, ostrożniejszy był nawet jadąc do pracy. Nadal miał nadzieję na operację w Warszawie.

Do kogo?

Ze studiów. Nie widzieliśmy się ponad 20 lat. Po piątym roku wstąpił do seminarium, a dziś proszę, proboszcz parafii w małym mieście niedaleko stąd. Jutro rano polecę.

Ja bym nie ryzykował.

Muszę To tylko godzinka drogi.

Miasto słynące z klasztorem i szlakiem turystycznym okazało się dość zapyziałe. Najbardziej rzucały się w oczy kościoły; były wszędzie.

Jerzy skierował się w stronę klasztoru. Co ciekawe, przez całą trasę nie poczuł zawrotów głowy. Może rzeczywiście: droga do Boga to droga do wyzdrowienia, zaśmiał się sam do siebie.

Bielone mury, wieże, złote kopuły majaczyły między drzewami, parking ze szlabanem, schludna alejka, piękne klomby i aż raziło odbicie złota w słońcu.

Zapytany przez starszą kobietę dowiedział się, że msza jeszcze trwa. Musi poczekać. Co to liturgia nie wiedział, bał się pytać. Poszedł więc pozwiedzać.

Za murami kościoła mały cmentarz, niżej zejście nad rzekę. Zauważył studnię, a obok schodziły i wchodziły starsze kobiety po małym, stromym zboczu, nie po schodkach. Trzykrotnie, jak zauważył. Po drugiej stronie rzeki znów klasztorne budynki.

Po co ja w ogóle tu przyjechałem? mignęło mu w głowie. Operacja mnie czeka, a ja się kręcę po jakimś klasztorze…

A pan czemu nie schodzi po wodę święconą?

Za wodą? A właściwie

Tam są butelki. Trzeba zejść trzy razy i wyjść pod górę.

Ale po co?

Pan wie najlepiej, po co tu przyszedł.

Miał już powiedzieć, że przyszedł do starego przyjaciela proboszcza, ale nic nie powiedział. Bo tak naprawdę po coś jeszcze tu przyjechał.

Wziął butelkę i zszedł na dół. Trzykrotnie przemierzył trasę, niełatwa to była sprawa, ale podołał. Woda zimna, słodkawa, krystaliczna jak łza.

Nagle poczuł ulgę, jakby dotarł do granicy własnych możliwości i jeszcze je przesunął. Pomyślał: jeśli to wszystko Andrzej zdobył, to ma nieźle w życiu.

Wrócił pod klasztor, kiedy kończyła się już liturgia. Ludzie wychodzili powoli. Z tłumu wyłonił się wysoki ksiądz z brodą, o silnej posturze, donośnym, miękkim głosie. To nie był Andrzej Andrzej był niższy, chudy i jeszcze w okularach!

Ale kiedy ksiądz spojrzał na niego tymi niebieskimi, głębokimi oczami Jerzy od razu wiedział.

Podszedł od tyłu.

Siema, proboszcz!

Obok stała starsza parafianka i zgromiła go:

Księże proboszczu, nie wolno inaczej się zwracać!

Ale proboszcz już patrzył i się uśmiechał:

Jerzy! No witaj!

Objęli się mocno. Ludzie się rozeszli, a oni we dwóch poszli w stronę ogrodu.

Ale radość! Grażyna się ucieszy.

Ona tu nadal?

Oczywiście moja żona, miejscowa pediatra. Nie wyobraża sobie życia bez dzieciaków w przychodni, nie protestuję. Pięcioro mamy. Najmłodszy ma dziesięć lat.

No pięknie! U mnie już trójka. Córka z pierwszego małżeństwa, dwoje teraz w podstawówce. A ty, rozumiem, na miejscu…

Na miejscu. Lubimy tu, zapraszali mnie do większych parafii, ale nie ruszamy się przyroda piękna, pracy wystarczy.

Ale ty urósł!

Ja po dwudziestce jeszcze rosłem!

A gdzie okulary?

Po operacji wzrok się poprawił, mam też soczewki, jak coś.

No i co, Kościół medycyny nie odrzuca?

Roześmiali się obaj.

Pamiętasz, jak próbowaliśmy ukraść książkę z czytelni biblioteki w Poznaniu? Ty gadałeś z bibliotekarką, a my z Wiktorem…

Zrzuciliście ją z hukiem! Ale mi wstyd było

A jak udawałeś, że nas w ogóle nie znasz?

No trochę było głupio…

A twoja mama, pani Teresa?

Dobrze. Stara już, mieszka niedaleko, od lat w zakonie, jest siostrą zakonną.

No proszę! Awans rodzinny!

Śmiali się, aż przyszła asystentka powiedzieć, że ktoś czeka do księdza.

Przepraszam, Jerzyk. Muszę. Poczekaj tutaj, przyślę kierowcę, odwiezie cię do domu. Grażyna przywita. Potem pogadamy więcej.

Dobrze. Jestem na chwilę. Jak chcesz

Jerzy pojechał za czarnym samochodem proboszcza. Dom piękny, z ogrodem, oranżerią, niewielka kapliczka na podwórku.

Grażyna powitała go na progu, uściskała, rozstawiała stół, dużo opowiadała gdzie mieszkali, jak przenosili się z parafii do parafii, jak Andrzej się zmienił, ile kosztowało ją zostanie na wsi. Najmłodszy synek biegał po domu.

Jerzy tak się rozluźnił, że zapomniał w ogóle po co przyjechał. Chwilę rozmawiał, pominął temat zdrowia i usnął na hamaku na tarasie.

Wyjeżdżać się jeszcze nie chciało. Miał urlop, do wyjazdu do Warszawy jeszcze trochę czasu.

***

Wiesz, co się z nami działo?

Pewnie! Pisałem z Wiktorem przez lata. Potem nawet rozmawialiśmy przez telefon, jak już były komórki. Ale ostatnio… kontakt się urwał.

Gniewasz się na mnie?

Bóg rozliczy. Proszę, Jerzy, powiedz, co się dzieje. Widzę, że źle

Nowotwór mózgu, złośliwy…

Andrzej pokiwał głową.

Źle. Jutro staniesz na mszy, jak słabo, to usiądziesz, potem spowiedź i komunia. Później się zobaczy…

Jakbyś mnie już żegnał na tamten świat.

Przestań Wszystko w twoich rękach. Nikt nie pomoże, jeśli sam sobie nie pomożesz. Ksiądz wskaże drogę, reszta to twoje serce i sumienie.

Powiem ci, jak to wtedy było zaczął Jerzy.

Zostaw teraz. Spowiedź jutro.

I przez te noc historia, jak Jerzy odciągnął dziewczynę przyjacielowi, ułożyła mu się w głowie zupełnie na nowo. Polbrzmiała jak spowiedź, nie jak próba usprawiedliwienia.

Tak… Przyjaciele stali się na chwilę wrogami.

***

Msza się skończyła. W kościele garstka ludzi.

Andrzej odmówił modlitwę, polecił Jerzemu skłonić głowę i powiedział:

Chrystus niewidocznie tu stał, słuchał twej spowiedzi. Ja jestem tylko świadkiem. Mów, Jerzy.

I Jerzy zaczął:

Wtedy strasznie Wiktorowi zazdrościłem. Na katedrze go wychwalali, w szpitalu, w akademiku wszędzie był królem. Za dziewczynami biegał tłumek, a między tym wszystkim pojawiła się Ala.

To było tak, że do szpitala, gdzie Wiktor już pracował, trafił na przypadek moskiewski urzędnik o dziwnych korzeniach wraz z rodziną. A wśród rodziny była jego córka Ala.

Kiedy ojciec był w szpitalu, Ala godzinami siedziała przy nim. Z tego narodził się romans z Wiktorem. Potem jeździli do siebie na przemian ona do Poznania, on do Warszawy.

Otworzyły się przed Wiktorem perspektywy w stolicy.

No i rozumiesz… Jerzy spojrzał na Andrzeja i spuścił wzrok. No, ojcze Andrzeju, byłem zazdrosny po ludzku. Wiesz sam: prostak z wioski, a tutaj Cóż, parę razy specjalnie podpuszczałem Alę, że on spotykał się z Kaśką Korytkowską A to były tylko moje wymysły, wybacz mi…

Na weselu u Zbycha Smoczyńskiego wszystko się wydało. On dusza towarzystwa, przyszedł z Alą, żartował, tańczył. A Ala? Trochę się nudziła. Poszliśmy na balkon Później mi powiedzieli, że Wiktor nas widział. Staliśmy na balkonie, on patrzył przez szybę, a potem wyszedł z imprezy. Nie widzieliśmy go, tylko się całowaliśmy…

Tego samego dnia się wyprowadził, a my z Alą za dwa tygodnie wynajęliśmy mieszkanie. Cieszyłem się wtedy. Wiktor ze mną nie rozmawiał. Na studiach patrzył na mnie przez szybę…

Ale życie szybko mnie ukarało. Ala tylko z początku była fajna, potem Moskwa, praca, teściowie ciągle nad głową miałem ochotę uciec. Po czterech latach teść zmarł, a teściowa wszystko przejęła i szybko się powtórnie ożeniła. Ala zaczęła wymagać ode mnie cudów. Wróciliśmy do Poznania, gdzie miałem dobrą pracę, a ona pokazała swoje prawdziwe oblicze.

Rozwód był straszny. A czy mój grzech z Wiktorem to największe moje przewinienie? Gdzie tam… Większe grzechy miałem. Przez moje niedopatrzenie zmarł podczas operacji starszy człowiek. Tak, operacja ale błąd był ewidentnie mój Ile takich błędów ma każdy chirurg?

I żonę zdradzałem. Na studiach tego po mnie nie było widać, potem się zaczęło Te pielęgniarki, każda się kręci… A raz, gdy młoda pielęgniarka mi odmówiła, zadbałem by ją zwolniono. Nawet nie wiem po co Nikt nie miał prawa mi odmawiać tak myślałem.

Ale z Inką było już inaczej ona prosta, z Podhala, nauczycielka mojej córki. Z dziewczynkami świetny kontakt. Ale… i ją zdradziłem. Bez entuzjazmu, z boku, ale raz czy dwa…

Zamilkł. Co tu jeszcze dodać? Głupio to wszystko…

Rozgrzeszysz mnie, ojcze Andrzeju?

Grzechy odpuszcza Bóg, nie ksiądz. Ważne, byś żałował naprawdę, Jerzyk.

Jerzy spojrzał na przyjaciela, skinął głową. I nagle łzy stanęły mu w oczach. Chwycił się rękami klęcznika, upadł na kolana.

Powiedz Bogu, że żałuję. Powiedz, Andrzej szepnął. Ja chcę żyć, Andrzej, chcę kochać Inkę, chcę wychować dzieci, syna po ludzku wykształcić. Chcę pracować. Nic mi nie trzeba, nic… Bylebym był zwykłym lekarzem, gdziekolwiek. Przekaż…

Pan nasz Jezus Chrystus, z łaską miłosierdzia, niech Ci przebaczy, Jerzy… modlił się Andrzej.

A potem zamilkł. Jerzy spojrzał w niebieskie, głębokie oczy przyjaciela.

Wiesz co, Jerzyk Musisz znaleźć Wiktora. Pogadać, przeprosić.

Gdzie go znajdę? Za dwa dni ruszam do Warszawy Jerzy pokręcił głową.

Znajdź. Pracuje w onkologii w Gdańsku. Nie do Warszawy jedziesz, tylko do niego.

Ech, ojcze Andrzeju, jeszcze powiedz, żebym się u niego operował!

Czemu nie? Wiesz, że Wiktor robił doktorat z neurochirurgii, do Warszawy i tak jeździ konsultować. Musicie się zobaczyć.

Warto by. Ale najpierw Warszawa. Nie mogę ryzykować terminu.

A jeszcze tę dziewczynę odnajdź, którą wtedy skrzywdziłeś…

To najłatwiej. Znam jej adres. Znajdę spojrzał na Andrzeja. Módl się za mnie, proszę. Najważniejsze, żebym znalazł okno na operację. Jak nie, to faktycznie, może do Gdańska polecę…

Przed wyjazdem Jerzy jeszcze piętnaście razy wspiął się pod górę nad rzeką, za każdym razem pił wodę ze studni i się modlił.

Wierni spoglądali na niego, żegnali się, stawiali mu znak krzyża. Niech Bóg pomoże.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

2 × 1 =

Chcę żyć, Andrzejku!