Dzisiaj dostałem telefon od mojej dalekiej ciotki Zofii. Zaprosiła mnie na ślub swojej córki mojej kuzynki Kasi, której ostatni raz widziałem, gdy miała sześć lat. No właśnie, ona miała wtedy sześć lat.
Nie jestem szczególnie rodzinny, więc próbowałem się wymigać, ale ciotka ucięła wszelkie dyskusje:
Chociaż raz na dwadzieścia lat moglibyśmy się zobaczyć! Nawet się nie waż nie przyjść powiedziała z groźną miną.
Przyszło więc oficjalne zaproszenie z gołąbkami i różami od Kasi i Marcina, a dwa dni przed ślubem ciotka jeszcze przypomniała, że mam być. Nie było wyjścia.
Trudno. Uznajmy, że sobota stracona, ale co poradzę? Spakowałem bukiet, fatalny humor i marzenie, żeby po angielsku się wymknąć po godzinie. Zajechałem do restauracji w Warszawie, wszedłem na salę weselną i posadzili mnie przy stoliku z radosną paczką młodych ludzi znajomych pana młodego. Po kilku kieliszkach wódki zaczęli żartować, że jestem tą piękną młodą ciocią”, i z miejsca zaproponowali, żebyśmy się poznali bliżej i bawili do upadłego. No to i bawiliśmy się dobrze.
Panny młodej w życiu bym nie poznał; z tej śniadej dziewczynki zrobiła się platynowa blondynka z imponującym biustem. Szczerze mówiąc, podobała mi się bardziej wcześniej.
W sumie atmosfera była dość ponura: tłum naburmuszonych ciotek i wujków, pan młody z wystraszonym wzrokiem, panna młoda zapatrzona w swoją urodę i biust. Gdyby nie nasza rozbawiona paczka, całość przypominałaby raczej stypę. Rodzina patrzyła na nas coraz mniej przychylnie.
Spóźniłem się na pierwszy toast, ale akurat zaczynał się drugi. Moja kolej. Wodzirej, dowiedziawszy się, kim jestem, zawołał z entuzjazmem:
A teraz nowożeńców pozdrowi młoda i piękna ciocia panny młodej!
Z serca powiedziałem:
Kochani Kasia i Marcin!
Ślub i tak był cichy, ale wtedy zapadła grobowa cisza. No i nagle dotarło do mnie, że nie widzę mojej ciotki Zofii nigdzie Mało prawdopodobne, żeby tak się zmieniła, że bym jej nie poznał!
Pannę młodą nazywają Ania wysyczała ciotka w różowej garsonce. A pan młody to Bartek.
Jak to Ania? Jaki Bartek?
Niektórzy chodzą na cudze wesela, by się najeść i napić za darmo dodała ciotka z kwaśną miną. Jeden taki wpraszał się nawet na pożegnanie do wojska, ledwo go wyrzuciliśmy. Zero wstydu, zero sumienia.
Wtedy zrozumiałem, że zabawa dopiero się zacznie. Goście spojrzeli podejrzliwie, kilku się podniosło. Jeszcze nie podwijali rękawów, ale byłem tego bliski.
Przepraszam, mam zaproszenie! niemal wykrzyczałem, wymachując nim. Wszystko tu jest: Kasia i Marcin, restauracja ta i ta, sala bankietowa.
Na szczęście uratował mnie kelner.
Proszę pana, mamy jeszcze jedną salę na drugim piętrze. Może pan powinien tam pójść?
Ta, jasne! Dwa darmowe obiady za jednym zamachem podsumowała różowa ciotka. To się nazywa przebiegłość! Albo bezczelność!
Wiesz, Irenko, mówią, że bezczelność to druga młodość dorzuciła ciotka w limonkowym, jeszcze mniej sympatyczna.
Dodam tylko, że nie wyglądam na żadnego rozrabiakę czy hochsztaplera, choć z boku podobno wszystko lepiej widać. Towarzystwo pana młodego wzięło mnie w obronę, na co dostało komentarz od ciotki w fioletowym:
Oj, zobaczcie, już z głów chłopom zawraca!
A pani w różowym jeszcze dodała:
Tak, u naszej głównej księgowej też męża odbiła jedna taka. Wystarczy na chwile się odwrócić!
Nigdy nikomu męża nie odbiłem, ale zacząłem się zastanawiać, czy może rzeczywiście nie znaleźć sobie kogoś na przekór wszystkiemu.
Na szczęście miły kelner wyskoczył na drugie piętro i przyprowadził moją ciotkę, która od razu wiedziała, w czym rzecz i wszystkim oświadczyła, że naprawdę mnie zna. Przy tym z rozbawieniem mrugała to do mnie, to do gości, jakby chcąc powiedzieć, że moje pomyłki to stały element w naszej rodzinie.
W skrócie: zostałem ewakuowany do innej sali tam faktycznie czekała śniada Kasia i chyba Marcin. Długo poiłem się czymś mocniejszym.
Dobrze, że nie zdążyłem wręczyć prezentu nie tej młodej parze.
Z wesela odprowadzała mnie ekipa z tamtej, pierwszej sali.
Nauka na przyszłość? Nawet oficjalne zaproszenia trzeba czytać uważnie. I dobrze mieć pod ręką uczynnego kelnera w Warszawie takich nie brakuje!



