Przepis na szczęście… Cała klatka schodowa obserwowała, jak nowi lokatorzy wprowadzają się do mies…

Przepis na szczęście…

Cała klatka schodowa obserwowała, jak do mieszkania na drugim piętrze wprowadzali się nowi lokatorzy. Była to rodzina kierownika wydziału miejscowej fabryki ważnego zakładu w naszym małym, prowincjonalnym polskim miasteczku.

I po co im stare budownictwo? dopytywała koleżanki pani Janina Sławińska, emerytka Przecież mają znajomości, mogliby mieszkanie w nowym bloku dostać.
Nie wszyscy są tacy sami jak ty, mamo. Nowe nie zawsze znaczy lepsze tu w naszej kamienicy sufit wysoki, pokoje przestronne, korytarz wielki, a balkon jak drugi pokój poprawiała ją jej trzydziestoletnia córka, panna Iga z mocnym makijażem. I mają od razu telefon. Przecież u nas w całym bloku są tylko trzy telefony na dziewięć mieszkań…

Ty tylko byś przez telefon gadała, przerwała jej matka. Sąsiedzi mają cię już dosyć, dziewczyno. Nie waż się tam łazić, to poważni ludzie, zajęci.

Tacy znów poważni… Młodzi są, mają córkę, dziewięć lat Zosia jej na imię, odparła Iga z wyrzutem, rzucając matce spojrzenie. To prawie moi rówieśnicy, może ze cztery-sześć lat starsi.

Nowi sąsiedzi okazali się sympatyczni i uśmiechnięci. Lidia pracowała w szkolnej bibliotece, a jej mąż, Michał, miał już dziesięcioletni staż w fabryce.

O tym wszystkim opowiadała Iga, gdy wieczorami schodziła na ławkę pod blokiem, gdzie jej matka lubiła plotkować z sąsiadkami.

Skąd ty wszystko wiesz? dopytywały się panie. Prokurator się z ciebie śmieje, dziewczyno.

Dzwonię do nich czasem. W przeciwieństwie do niektórych pozwalają, Iga dawała do zrozumienia, że sąsiedzi nie zawsze chętnie otwierali jej drzwi, wiedząc, że pogada pół godziny z przyjaciółką o byle czym.

W ten sposób Iga zaprzyjaźniła się z nowymi lokatorami i coraz częściej korzystała z ich telefonu do koleżanek, do pracy i siedziała, nie skrępowana, przy słuchawce. Przychodziła to w nowych ubraniach, to w domowym szlafroku, wyraźnie szukając bliskości z rodziną Michała i Lidii.

Pewnego dnia zobaczyła, jak Michał specjalnie zamknął drzwi od pokoju, kiedy tylko przyszła. Potem powtarzało się to znów. Iga uśmiechała się do Lidii, dziękowała również po rozmowie telefonicznej, ale Lidia zawsze tylko kiwała głową i prosiła, by zamknęła za sobą drzwi.

Nie mogę zamknąć, mam ręce w mące, pokazywała Lidia. Zamek mamy automatyczny, francuski.

O, a co dziś pieczesz? Znowu drożdżówki? U was zawsze jakieś wypieki… A ja zupełnie nie umiem, odpowiadała Iga.

Dziś na śniadanie będą serniki z twarogiem, rano czasu nie ma więc teraz robię uśmiechała się Lidia i wracała do swojego ciasta.

Iga kręciła nosem i wychodziła niepocieszona, że nie jest już tak mile zapraszana.

Słuchaj, Lidka, wiem, że ci głupio odmówić zauważył wieczorem Michał. Ale nasz telefon wiecznie zajęty przez tę panią, a moi kumple nie mogą się do mnie dodzwonić. Przesada.

Zauważyłam, że czuje się u nas jak u siebie. Siedzi i gada… przyznała żona.

Tego wieczoru ponownie przyszła Iga, wystrojona, posadzona na pufie w przedpokoju przy telefonie i znowu dzwoniła do koleżanki.

Iga, długo będziesz jeszcze rozmawiać? Czekamy na ważny telefon, odezwała się Lidia po dziesięciu minutach.

Iga przytaknęła, odłożyła słuchawkę, ale natychmiast wyciągnęła z kieszeni czekoladę i oznajmiła:

Mam dziś coś słodkiego! Chodźmy na herbatę, zrobimy spotkanie zapoznawcze.

Poszła do kuchni i położyła czekoladę na stole.

Nie, zabierz to, proszę. Zosia zobaczy, skusi się, ale nie może alergię ma. U nas w domu słodycze to tabu tłumaczyła Lidia.

Co? Tabu na słodycze? zarumieniła się Iga. Cóż, chciałam się odwdzięczyć…

Dziękować nie trzeba, ale i na rozmowy za często nie wpadaj. Chyba tylko jak trzeba zadzwonić do lekarza, po karetkę czy na straż pożarną. To rozumiemy nawet w środku nocy. Bez urazy, ale mąż musi odbierać telefony z pracy, Zosia uczy się w pokoju, a i my staramy się wieczorami nie hałasować wyjaśniła Lidia z trudem.

Iga schowała czekoladę i wyszła, nic nie mówiąc. Nie mogła pojąć, dlaczego sąsiadka ją tak traktuje, i uznała, że pewnie jest o męża zazdrosna.

Widzisz, że jestem młodsza i ładniejsza tłumaczyła matce. Pewnie się boi o męża, a ja chciałam tylko pogadać… Nawet na herbatkę nie zaprosiła, choć swoją czekoladę niosłam.

Jesteś uparta i naiwna strofowała Janina Sławińska. Może źle cię wychowałam. Ale nie wolno narzucać się obcym rodzinom. Po co im twoje rozmowy? To nie dom otwarty! I nie dziw się, że cię odprawili. Jeszcze do tego zazdrość dorabiasz. Szukaj własnego chłopaka, zamieszkaj na swoim, załóż telefon i niech wtedy sąsiedzi do ciebie przychodzą dzwonić wtedy się powymieniacie.

Ostatniej próby nawiązania bliższej znajomości z Lidią Iga podjęła się, gdy przyszła z notesem, by zapisać przepis na ciasto drożdżowe.

Mam do pani prośbę. Może poda mi pani przepis na te serniki z twarogiem. Może czas, żebym się czegoś nauczyła… Zapiszę wszystko i zaraz polecę próbować.

Zapyta pani lepiej własnej mamy zdziwiła się Lidia. Przecież nasze mamy wszystko umieją i wiedzą. A poza tym nie umiem pomóc zawsze robię na oko, nie mam dokładnych przepisów. Ręce same wiedzą, co trzeba robić zaśmiała się. Wybacz, ale się śpieszę, muszę wychodzić. Proszę pytać mamę!

Iga znów się zarumieniła i wróciła do siebie. Wiedziała dobrze, że w kuchennym kredensie mamy leży spróchniała kapitałka z pożółkłymi stronami zapisanymi równiutkim drobnym pismem tam były przepisy na sałatki, kotlety, zupy i nawet rybę w galarecie. A największa część poświęcona była wypiekom, które niegdyś jej mama często robiła.

Igę do samodzielnego pieczenia nigdy nie ciągnęło, a matka od dłuższego czasu nie piekła bo walczyła z nadwagą i nadciśnieniem.

Mimo to wyjęła notatnik, niedbale zaczęła przewracać kartki i trafiła na właściwy przepis, czym nieźle zaskoczyła matkę.

Co ty, piec coś chcesz? zdziwiła się Janina.

Czemu cię to dziwi? Iga zamknęła zeszyt, zaginając kartkę na stronie z przepisem.

Znowu się z Tomkiem dogadaliście? podpytała matka. Myślałam, że już po was, jak ze wszystkimi twoimi kawalerami…

Skąd po nas? zdenerwowała się Iga. Gdybym chciała, zaraz by znowu za mną biegał.

To zacznij chcieć. Czas ci za mąż iść Co tam wertowałaś? Może ja doradzę?

Nie trzeba. Ja się mentalnie przygotowuję odcięła się córka.

Jednak dwa dni później, gdy matka wróciła ze spaceru, w kuchni pachniało świeżym ciastem.

Gdzież to widziane, żeby tak pachniało ciastem! wykrzyknęła kobieta. Chyba się zakochałaś, bo inaczej byś nie piekła…

Nie drzyj się na cały blok odparła z uśmiechem Iga. Siadaj i próbuj. To nie zwykłe ciastka, a serowe kołacze. Tradycyjne.

Na kuchence gwizdał czajnik, na stole stały filiżanki, imbryk i talerz, na którym złociły się drożdżówki z serem.

No masz smykałkę, córciu powiedziała matka dawno razem nie piekłyśmy, a myślałam, że nic nie pamiętasz. A wyszło bardzo dobrze… Brawo.

Nie chwal, tylko powiedz szczerze dopytywała Iga.

A ty co, języka nie masz? Próbuj bardzo dobre! odpowiedziała matka. Iga natychmiast przypomniała sobie ojca. To były właśnie jego słowa: dobre do jedzenia. Najwyższa pochwała.

Dobrze. To zaraz zaproszę Tomka na herbatę i na takie kołacze. Jak myślisz, posmakują mu?

Oczywiście! Nawet nie pytaj. Na takie serowe kołacze złapałam twojego ojca. Potem nie wyobrażał sobie domu bez nich śmiała się matka. Piecz, zapraszaj, a ja w tym czasie idę do sąsiadki film obejrzeć. No, wreszcie za rozum się wzięłaś. Sukienkami i lokami chłopa nie uwiedziesz.

Od tej pory Tomek zaczął przychodzić coraz częściej do Igi. Kłócili się znacznie mniej, matka się przyzwyczaiła, że córka spędza więcej czasu w kuchni, a Tomek jej pomaga i raz po raz słychać ich wspólny śmiech.

Kiedy córka oznajmiła, że z Tomkiem złożyli dokumenty do urzędu stanu cywilnego, Janina Sławińska się wzruszyła. Nareszcie…

Iga się zmieniła. Schudła, szykowała się na wesele. Tomek śmiał się:

Co, już nie pieczesz tych kołaczy? Na wesele napieczesz?

Przed ślubem, który odbywał się w domu, gotowały trzy osoby: Iga z mamą i pomagała ciocia, siostra Janiny. Pracowały dwa dni, choć gości spodziewano się raptem około dwudziestu, głównie rodziny.

Młodzi zamieszkali w osobnym dużym pokoju trzypokojowego mieszkania. A po roku wszyscy w bloku dostali własne telefony. Iga była zadowolona. Dzwoniła do wszystkich, ale już nie tak długo jak dawniej.

Ojej, Rita, kończę. Tyle gadania, a ciasto mi rośnie, a Tomek za chwilę wraca z pracy. Do usłyszenia.

Pędziła do kuchni, gdzie wyrośnięte drożdżowe czekało na dalsze wyrabianie. Iga była już w ciąży i za miesiąc miała iść na urlop macierzyński. A mimo to piekła, gotowała, by zadowolić męża. Zresztą sama uwielbiała nasze domowe serniki i drożdżówki. Ach, co za smak! Mąż mógłby się dla nich pokroić. Za takie wypieki za taką kobietę…

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

19 − jedenaście =

Przepis na szczęście… Cała klatka schodowa obserwowała, jak nowi lokatorzy wprowadzają się do mies…