Ostatnia prośba

Ostatnia prośba

Nie, już nie wrócę do domu… ciężko wzdychałem, wijąc się z bólu. I już nigdy nie zobaczę Weroniki. Przecież miałem jej się oświadczyć. Nie zdążyłem… Za co mnie to wszystko spotkało?

Proszę się tak nie zamartwiać uśmiechnęła się pielęgniarka, widząc jak zbladłem po przyjeździe karetką. Wszystko będzie dobrze.

Wątpię ledwo z siebie wykrztusiłem.

A potem milczałem i z przerażeniem w oczach patrzyłem, jak przygotowują mnie do operacji.

*****

Nigdy nie lubiłem szpitali.

Ta fobia ciągnęła się za mną od dzieciństwa bo w szpitalach zawsze bolało, i co najgorsze, nikt nawet nie raczył przeprosić za zadane cierpienie.

No co, płaczesz tak, Jędrek? uśmiechała się pielęgniarka pobierająca mi krew z palca. Taki duży chłopak, za chwilę pójdziesz do szkoły, a ryczysz jak dziewczyna. Nie wstyd ci?

Płakałem przez łzy, usiłowałem się wyrwać i nie przestawałem lamentować, bo nie dało się uciec z gabinetu zabiegowego. Nie, nie było mi wstyd. Bolało i było mi strasznie przykro.

A kiedy wracałem z mamą z przychodni, zarzekałem się całą drogę, że nigdy więcej do szpitala nie pójdę.

Tak, nigdy i pod żadnym pozorem. Wolę umrzeć, niż jeszcze raz się tam znaleźć oznajmiłem z całą mocą.

Andrzejku, nie mów tak… próbowała mnie uspokajać mama. Lekarze są po to, żeby ludzie żyli długo i zdrowo. Są naprawdę dobrzy. Nie musisz się ich bać.

Aha, dobrzy… pociągnąłem nosem i spojrzałem na swój obolały palec, z którego właśnie odciągnęli mi pół życia. Niech siebie leczą, a mnie nie ruszają!

Czy muszę pisać, co przeżyłem, gdy rodzice siłą przyprowadzili mnie do dentysty wyrwać ząb? Wtedy drżały okna, taki był mój krzyk.

To nie były dobre wspomnienia. Dlatego, już jako dorosły facet, trzymałem się od lekarzy na dwa kilometry.

A jednak los chciał, że trafiłem do szpitala. Z ostrym zapaleniem wyrostka.

Tak mnie skręciło, że Weronika, z którą miałem wyjść do restauracji, nie miała wyjścia i zadzwoniła po pogotowie.

Nie, zostaw, samo przejdzie… błagałem.

Zwariowałeś? Przecież widzę, jak się męczysz! To może być wyrostek. Ja też tak przechodziłam.

I tak właśnie, czy tego chciałem czy nie, trafiłem do szpitala miejskiego nr 6 w Krakowie.

No i… Wyobraźcie sobie, jak człowiek czuje się na myśl o tym, że zaraz chirurdzy będą grzebać w jego wnętrznościach.

A potem, gdy zobaczyłem dwóch pochmurnych sanitariuszy wiozących na korytarzu nosze z kimś, kto już swoje wycierpiał, ogarnęło mnie przygniatające poczucie beznadziei.

To już nie wrócę do domu… wzdychałem ciężko. I nigdy więcej nie zobaczę Weroniki. Przecież… miałem jej się oświadczyć. Nie zdążyłem…

Proszę się nie martwić znów próbowała mnie pocieszyć pielęgniarka. Operacja jest prosta i przyjechał pan w samą porę. Gdyby później, mogłyby być komplikacje.

Operacja rzeczywiście przebiegła bez komplikacji, a co najdziwniejsze, nawet nie bolało. Po latach nieprzyjemnych wspomnień ze szpitalami, to był pierwszy pozytywny kontakt z medycyną. Trochę… zaskakujące.

Uśpili mnie prosto na stole operacyjnym, a kiedy się ocknąłem najgorsze było już za mną. Jeszcze tego samego dnia trafiłem na zwykłą salę.

Spałem jak zabity do rana, budząc się tylko na chwilę, gdy podłączali mi nową kroplówkę.

Rano…

… rano w tej samej sali pojawił się jakiś starszy mężczyzna.

Tego mi jeszcze brakowało powarknąłem w duchu. Zaraz się zacznie wspominanie całego życia.

Nie miałem ochoty na żadne rozmowy. Marzyłem tylko o ciszy i świętym spokoju.

Nawet do Weroniki nie dzwoniłem. Napisałem tylko SMS, że wszystko dobrze, żeby się nie martwiła, po czym schowałem telefon pod poduszkę. I rozmyślałem, jak bardzo nie w porę trafiłem do szpitala.

Z Weroniką mieszkam już ponad rok, a wczoraj wieczorem miałem jej się oświadczyć. Zarezerwowałem stolik w restauracji, dogadałem się z muzykami, żeby zagrali jej ulubioną piosenkę. Wtedy kelner miał przynieść talerz z pierścionkiem.

Chciałem, żeby to było wyjątkowe.

Ale nie wyszło. Życie miało inny plan. Zamiast siedzieć z ukochaną i obmyślać szczegóły ślubu, leżałem w szpitalnym łóżku, dzieląc salę ze starszym panem.

Ku mojemu zaskoczeniu, starszy pan nie zaczepił mnie rozmową.

Przywitał się, a potem milczał, tylko co chwila cicho mruczał pod nosem, próbując się do kogoś dodzwonić. Do wieczora wydzwaniał, aż w końcu rozładował mu się telefon.

Ładowarki nie miał. Zostawił ją w domu, bo przecież nie miał czasu szukać.

Na oddziale nie znalazła się tak stara ładowarka do przyciskowego telefonu.

Zerknął na martwy ekran i nagle łzy popłynęły mu po policzkach. Wtedy zrobiło mi się jakoś niewygodnie, a nawet wstyd. Człowiek ewidentnie miał kłopot, a ja już zdążyłem sobie w głowie o nim naopowiadać cuda.

Odczekałem chwilę, usiadłem ostrożnie na skraju łóżka i spojrzałem na staruszka.

Wszystko w porządku?

Do syna nie mogę się dodzwonić… odpowiedział smutno.

Nie wie, że pan w szpitalu? zdziwiłem się.

Wie. Pielęgniarka do niego dzwoniła, gdy mnie tu przywieźli. Ale… nie chce rozmawiać. Pokłóciliśmy się pół roku temu, tuż przed moimi urodzinami. Chciał oddać mnie do domu opieki, dom sprzedać byłem przeciw. Nie o dom chodziło…

Opowiedział mi, jak kilka dni temu trafił do szpitala z zawałem serca.

Stan ustabilizowali, ale powiedzieli, że operacja nieunikniona.

Jutro mam ją mieć westchnął. Boję się, że nie dożyję stołu operacyjnego…

Nie wolno tak myśleć! próbowałem go pocieszyć. Lekarze są po to, by ratować życie. Wczoraj wyrostek mi usunęli i, jak widać, żyję.

Staruszek lekko się uśmiechnął, ale nie komentował różnicy między wyrostkiem a sercem.

Tylko Pączuś mi został mówił dalej. Mój pies. Czeka przed domem. Chciałem syna poprosić, by się nim zajął, gdybym nie wrócił. Albo chociaż oddał go w dobre ręce. Sąsiedzi raczej nie przygarną mają własne zwierzęta. Syn mógłby spełnić moją ostatnią prośbę. Dostałby dom z ogrodem, który i tak planuje sprzedać. Ale on nie odbiera telefonów… Nawet jak pielęgniarka dzwoniła, nie chciał słowo zamienić. Taki mam los.

Bardzo się zamartwiam, co będzie z Pączusiem. Kto się nim zaopiekuje, jak sobie poradzi na ulicy?

Stary dziwak przemknęło mi przez głowę. Jutro operacja, a on się o psa najbardziej boi.

Uświadomiłem sobie jednak po chwili, jak wiele ten Pączuś dla niego znaczy.

Znalazłem go dokładnie w moje urodziny, pół roku temu wspominał pan Stefan. Syn nie zadzwonił z życzeniami. Nikogo nie mam. Żona, świętej pamięci, od pięciu lat nie żyje. Ale na dzień przed urodzinami mi się przyśniła. Stała z małym psem na smyczy, uśmiechała się i machała. Tego dnia spotkałem go, przywiązanego do barierki pod sklepem. Padał deszcz, zimno. Stałem z nim parę godzin, pytając ludzi, czyj to pies. Nikt się nie przyznał. Kiedy się ściemniło, zrozumiałem, że nikt nie wróci. Zabrałem go do siebie.

I został z panem?

Tak. Głupio zabrzmi, ale myślę, że żona mi go zesłała w prezencie. Żebym nie był sam. Syn mnie omija, to dała mi przyjaciela.

Może coś w tym jest przytaknąłem, choć sam raczej w takie sprawy nie wierzę.

Widać było, że bardzo mu zależało na wsparciu, więc nie komentowałem więcej.

Z Pączusiem dogadaliśmy się błyskawicznie mówił dalej. Od razu rozwiesiłem po mieście ogłoszenia, szukałem jego właściciela, ale nikt się nie zgłosił. I w sumie dobrze. Pączuś to nie tylko pies. On nadał sens mojemu życiu na stare lata.

Tamtego wieczoru długo leżałem, myśląc o tym psie, który czekał na ulicy. I o synu pana Stefana, który nie odebrał ani jednego telefonu od chorego ojca.

To trzeba być naprawdę twardym człowiekiem, by mając świadomość, że ojciec leży w szpitalu, wszystko ignorować…

Jak zasnąłem, przyśnił mi się kundelek bardzo podobny do Pączusia. Krążył po mieście ze smutnymi oczami, jakby kogoś szukał.

Sam chodziłem za nim krok w krok, nie wiedząc po co. Po prostu czułem, że muszę.

Obudziło mnie charczenie starego. Dyszał, łapał powietrze, trzymał się za serce.

Wezwać lekarza? podbiegłem błyskawicznie.

Nie, poczekaj… Lepiej… zadzwoń do mojego syna. Sebastian. Numer na karteczce na szafce. Jak możesz, powiedz mu, żeby przyjechał, żebym mógł się pożegnać… Jeśli nie zdąży, niech odda Pączusia w dobre ręce. Chcę odejść ze spokojem, że mój pies nie zostanie sam…

Zebrałem ręce, wziąłem komórkę, odszukałem z trudem nabazgrany numer i wybrałem.

Halo! Czy rozmawiam z panem Sebastianem? Jestem z pana ojcem w sali… chciałem podać imię, ale dopiero wtedy zorientowałem się, że nawet się sobie nie przedstawiliśmy. Cały dzień rozmów, a zapomnieliśmy imion.

Ja… Stefan, Stefan Nowak… wychrypiał staruszek.

…Stefana Nowaka powtórzyłem. Jest w złym stanie, bardzo prosi, by pan przyjechał.

Co, umiera? ożywił się Sebastian. W której to szóstce? Nigdy nie pamiętam.

Tak, szpital numer 6, trzecie piętro, sala 314.

Zatrzaskałem połączenie, podałem jeszcze adres, poleciałem po pielęgniarkę. Na szczęście długo szukać nie musiałem przysypiała za komputerem.

Wyjaśniłem, w czym rzecz i wróciłem do sali.

Jak się pan czuje, panie Stefanie? szeptałem, trzymając go za rękę. Pielęgniarka zaraz wezwie lekarza. Sebastian powiedział, że przyjedzie…

Serce Stefana Nowaka zatrzymało się zanim dyżurna z lekarzem wbiegli do sali.

Sprawdzili puls, dotknęli tętnicy, spojrzeli w źrenice, coś mruknęli i wyszli. Po kilkunastu minutach znów pojawili się ci sami sanitariusze, których pamiętałem z dnia przyjęcia.

*****

Pana ojciec zmarł praktycznie na moich rękach powiedziałem Sebastianowi, gdy przyszedł następnego dnia.

Przynajmniej tyle dobrze rzucił sucho. Przynajmniej się nie męczył. Wolę tak, niż musieć się nim zajmować na starość. Człowiek nie ma na nic czasu, a tu opiekuj się chorym… Mam własną rodzinę, pracę. Przynajmniej już spokój…

Pan Stefan bardzo prosił, by zajął się pan Pączusiem dodałem.

Psem? Tak, wiem, przygarnął jakiegoś kundla. Ale kto potrzebuje takiego kundla? Nawet przez to do domu opieki nie chciał pójść. Mówiłem mu, że tam będzie mu lepiej. Nie posłuchał.

To była ostatnia prośba pańskiego ojca spojrzałem ostrzej. Trudno wykonać? Tym bardziej, że dom i tak pan teraz przejmie.

Sebastian spojrzał na mnie dziwnie, ale nie odpowiedział. Zabrawszy stary telefon i karteczkę, wyszedł z sali nawet się nie pożegnał. Tylko trzasnął drzwiami.

Położyłem się i zamyśliłem. Żal mi go było, tego starszego człowieka. Siedemdziesiąt siedem lat niektórzy żyją do setki.

Przeżyłby i jeszcze parę lat. Może nie do setki, ale kto wie… Ale los zadecydował inaczej.

Tak to już jest życie zaskakuje. I teraz pies został bez ukochanego pana. Nikt o niego nie zadba.

Wątpię, by Sebastian spełnił ostatnią wolę ojca rozważałem. Dom sprzeda, a Pączek… zostanie na ulicy. Jeśli dobrze pójdzie, sąsiedzi go dokarmią. Jeśli nie…

Tej nocy przyśnił mi się pan Stefan, który chodził po krakowskich ulicach i nawoływał swego psa. Płakał, nikt nie odpowiadał. Nawet mi samego pociekły łzy.

Nie pamiętam już, kiedy ostatni raz się popłakałem. To musiało być bardzo dawno temu…

Od tamtej pory śniły mi się takie sny. A kiedy w końcu wróciłem do domu, każdego ranka byłem przybity. Weronika nie mogła tego nie zauważyć.

Andrzej, wszystko ok?

Tak, tylko myślę.

O czym?

Leżał ze mną starszy pan. Stefan Nowak. Był po zawale, miał mieć operację, ale nie doczekał. Został mu tylko pies. Z rodziny poza synem nikogo. A z synem od dawna się nie odzywali. Stale do niego dzwonił, a on go ignorował. Gdy w końcu przyjechał, ojciec już nie żył. Powiedziałem mu o psie, ale widziałem, że dom był dla niego cenniejszy. Rozmawiał przez telefon z pośrednikiem, jak szybko sprzeda dom po spadku. Martwię się o Pączusia, choć nigdy go nie widziałem. Na pewno musiał być cudowny, jeśli pan Stefan tak go kochał.

To pojedźmy, poszukajmy go zaproponowała Weronika. Jeśli nadal błąka się po okolicy, zabierzemy go do siebie.

Naprawdę się zgadzasz na psa?

No pewnie. To byłoby wspaniałe. Będziemy razem wychodzić na spacery.

Pewnie, że fajnie uśmiechnąłem się i pogłaskałem ją po ręce. Ale… nie znam adresu.

Zostaw to mnie odparła. Ale po drodze musimy kupić dobrą kawę i czekoladę.

Okazało się, że kawa i mleczna wedlowska robią cuda rejestratorka niby rozpoznała mnie, ale milczała na temat adresu. Jednak gdy Weronika z wdziękiem wręczyła jej słodkości, a ja wyjaśniłem powód, zerknęła po cichu i szybko podała adres zapisany na karteczce.

Po czterdziestu minutach byliśmy na miejscu. Podjechaliśmy pod dom Stefana, obeszliśmy ogrodzenie, zaglądając przez płot. Nie było widać żadnej psiny.

Od sąsiadów wyszła kobieta.

Państwo się tu zgubili, czy kogoś szukacie? zagadnęła zza furtki. Nikt już tu nie mieszka.

Wiem skinąłem głową. Byłem z panem Stefanem w jednej sali. Umarł na moich oczach.

O matko, jak mi szkoda… Był dobrym człowiekiem, uczciwym, życzliwym. Takich już nie robią. Syn nawet nie odprawił mu pogrzebu, jak się należy tylko po cichu, byle szybciej wyremontować dom i sprzedać. Tylko na tym mu zależy.
A czy widziała pani może Pączusia? Pan Stefan bardzo się martwił o psa.

Tego korczaka? Oczywiście. Cały czas leżał pod furtką, patrzył na drogę i czekał na właściciela. Nie wrócił… Tej samej nocy, gdy pan Stefan odszedł, wył do rana. Codziennie albo wył, albo skomlał. Przejęłam się losem biedaka. Sebastian kłócił się z nim, w końcu wsadził do samochodu, wywiózł gdzieś. Sam już parę dni go tu nie ma wyjechał do siebie.

A nie wie pani, gdzie zawiózł psa? Jak w ogóle wygląda ten piesek?

Mały, sympatyczny, typ corgi. Pokażę zdjęcie.

Wyjęła telefon, pokazała nam zdjęcie Pączusia.

Ale śliczny… Corgi! zachwyciła się Weronika. Sebastian nie mówił, komu oddał psa?

Pytałam. Twierdził, że kogoś znalazł, żeby się nim zajął. Sam jednak nigdy zwierząt nie lubił. Dziwne, że ktoś taki jak pan Stefan miał takiego syna…

Podziękowaliśmy i odjechaliśmy w milczeniu, z poczuciem winy, że nie zrobiliśmy tego wcześniej. Nie wiedzieliśmy, czy jest cały i zdrowy, czy żyje

Zrobiliśmy objazd okolicy, pytaliśmy przechodniów, czy nie widzieli małego bezdomnego korczaka, ale bez skutku.

Sebastian… też nie odbierał połączenia z naszych numerów miał zablokowane. Wiadomości nie dochodziły.

Trzeba wierzyć, że z Pączusiem jest dobrze powiedziała cicho Weronika, a ja aż ścisnąłem mocno klucze od samochodu. Miała rację: lepiej myśleć pozytywnie, było po prostu łatwiej.

Wtedy niespodziewanie życie znów interweniowało.

Na objazdowej drodze, kilka kilometrów od domu Stefana, Weronika wolniej przyspieszyła i nagle wskazała palcem pobocze tam siedział pies, łudząco podobny do tamtego z fotografii.

Andrzej, to nie przypadkiem Pączuś? szepnęła.

Bardzo możliwe skinąłem. Zaraz zobaczymy.

Zatrzymaliśmy się. Oboje wysiedliśmy i podeszliśmy powoli, żeby nie spłoszyć zwierzaka.

Im bliżej byliśmy, tym bardziej byłem pewien.

Pączuś! zawołałem radośnie. Pączuś!

Piesek spojrzał na mnie z nieufnością, ale po chwili się przybliżył, obwąchał dłoń i… zamerdał ogonem.

Poczułem, że rozpoznał zapach Stefana chyba jeszcze został na mojej kurtce. Przytulił się do mnie, polizał po ręce i wtedy łzy znowu napłynęły mi do oczu.

Weronika też ledwo powstrzymała płacz wiedziałem, że rozumie wszystko, choć nie musiała nic mówić.

Wzięliśmy Pączusia do samochodu. Usiadł z tyłu, uszczęśliwiony. Jechaliśmy wszyscy razem do nowego domu.

Byłem szczęśliwy, że zdecydowaliśmy się pojechać że nie zignorowaliśmy losu, tylko pomogliśmy temu, kto naprawdę tego potrzebował.

***

Tak ci się swoją drogą syn wywiązał mruknąłem wieczorem do Weroniki. Zaopiekował się psem

Daj spokój pogłaskała mnie. Najważniejsze, że jest z nami. Tacy jak Sebastian i tak dostaną za swoje. Kiedyś sam zostanie i poczuje, co zrobił.

Masz rację… przyznałem. Spojrzałem na Pączusia, który spał na kanapie i we śnie śmiesznie machał łapkami.

Wiedziałem, dokąd biegnie: prosto do pana Stefana.

Pozdrów Stefana od nas pomyślałem i poszedłem do szafki po pudełko z pierścionkiem.

Tego samego wieczoru wreszcie się oświadczyłem. Wcale nie w restauracji, nie z muzyką, nie przy świecach, za to tak, jak trzeba tu i teraz.

I Weronika od razu się zgodziła.

Taka to historia…

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

16 − dziesięć =

Ostatnia prośba