Zimowy gość

Zimowy gość

Na polskiej wsi zima zapada bardzo wcześnie, a podczas zamieci mrok rozlewa się jeszcze prędzej. Już o siódmej wieczorem za oknem nie było nic poza białym szumem śniegu, który osiadał na szybie i leniwie spływał po niej w dół.

Siedziałam przy stole, poprawiając manuskrypt.

Praca nie była pilna – termin oddania ustalony był na drugi stycznia – ale mam w sobie tę uporczywą niechęć do odkładania rzeczy na później. Poza tym… co robić w noc sylwestrową, kiedy jest się samemu, do najbliższego miasta siedemdziesiąt kilometrów, telewizor nie działa już od ponad dekady, a do pobliskiej stacji PKP jeszcze dalej?

Dom we wsi Michałów kupiliśmy z mężem dwadzieścia lat temu. Wtedy myśleliśmy, że to tylko na lato, na działkę, dla powietrza. Ale potem Marek zginął i miasto przestało mieć dla mnie sens. Przeprowadziłam się tu na stałe z laptopem, notatkami i kotką Zosią, która spała teraz na kaloryferze, nieświadoma burzy śnieżnej wokół.

Sąsiedzi byli wyrozumiali przez pierwsze dwa lata, potem przestali zwracać uwagę. Przyzwyczaili się. Nadzieja Borkowska redaktorka, mieszka w domu z niebieskimi okiennicami, wychodzi po listy i na zakupy co trzy dni, nikomu nie przeszkadza i nikogo nie wyczekuje. Dobra sąsiadka.

Na stole leżał wydrukowany maszynopis. Na górze nazwisko autora: J. Lis. Przez osiem miesięcy pracowałam nad tą powieścią. Osiem miesięcy poprawiałam, spierałam się z autorem przez wydawnictwo, otrzymywałam odpowiedzi z adnotacją zaakceptowano lub odrzucono, i znów wracałam do tekstu. Nie znałam autora. Tylko nazwisko, inicjał i ten manuskrypt trzysta osiemdziesiąt stron o człowieku, który długo szedł nie tam, aż w końcu to zrozumiał.

Dobra powieść.

Redagowałam już wiele rzeczy i potrafię odróżnić szczerą historię od udawanej. Ta była prawdziwa. Słyszałam tam żywy głos. Tego nie da się nauczyć z głosem przychodzi się na świat. Autor to wiedział i chyba trochę się tego bał.

Telefon zadzwonił o wpół do ósmej.

Nadia, kiedy oddasz tekst? zapytała Kasia z redakcji, trochę przepraszająco dzwoni przecież w święto, wie.

Drugiego.

Już daj spokój, możesz po Trzech Króli. Przecież i tak święta.

Drugiego powtórzyłam.

Kasia zamilkła. Wiedziała, że dyskusja nie ma sensu.

Znowu jesteś tam sama? Naprawdę nikt nie wpadł nawet sąsiadka?

Zosia jest ze mną.

Nadia.

Kasia.

Zaśmiała się i pożegnała. Otworzyłam znowu laptopa, odnalazłam stronę, której fragment od trzech dni mną targał.

Strona sto siedemnaście. Trzeci akapit z góry. Było tam zdanie czułam wyraźnie, że nie pasuje, ale nie mogłam dociec powodu. Nie o słowa chodziło, nie o sens rytm. Zdanie było długie, przez co tekst w tym miejscu się zapadał. Pięć razy próbowałam różnych wersji i za każdym razem kasowałam.

Za szóstym zagrało.

Zanotowałam, czytałam raz jeszcze, byłam zadowolona i zamknęłam laptopa. Do stukania zostały jeszcze dwie godziny.

Stukanie rozległo się mniej więcej o wpół do dziesiątej.

Nie w okno w drzwi.

Na początku myślałam, że to wiatr. Lecz wiatr nie stuka w drzwi on tłoczy i świszczy. A tutaj ktoś wyraźnie pukał trzy razy, potem jeszcze dwa.

Zosia otworzyła jedno oko i je zamknęła.

Podniosłam się. Podeszłam do okna, odsunęłam zasłonę. Na ganku stał mężczyzna. Sam, bez samochodu wszędzie śnieg, a on pośrodku bieli w płaszczu, który wyraźnie nie dawał już ciepła. Lampa przy furtce kiwała się, w jej świetle dobrze widziałam, że nie zamierza wejść z impetem po prostu zmarzł, stoi i czeka.

Na wsi nie wypada nie otworzyć. Zwłaszcza podczas zamieci.

Nałożyłam kurtkę i poszłam do drzwi.

Dobry wieczór powiedział, stojąc na progu. Głos miał cichy i lekko ochrypły. Przepraszam, że tak późno. Telefon się rozładował, samochód wpadł do rowu, zobaczyłem u pani światło.

Spojrzałam na niego. Wysoki niemal zahaczał głową o górną framugę drzwi. Płaszcz w szeroką kratę, przemoczony na wylot. W jednej ręce okulary, w drugiej nic ani torebki, ani plecaka. Szkła zaparowane, nadal trzymał je niezręcznie.

Proszę wejść powiedziałam.

Wszedł. Spokojnie, ostrożnie jak ktoś, kto rozumie, iż jest nieproszonym gościem, i stara się zajmować jak najmniej miejsca.

Daleko stoi samochód? zapytałam, gdy zdejmował szalik.

Dwieście metrów dalej, na drodze. Rów, gołoledź, nie zauważyłem. Zamilkł na moment. Ładowarka została w domu, nawigacja zjadła wszystko.

Cóż, bywa.

Kiedy odwieszał płaszcz w przedpokoju, nastawiłam czajnik. Po chwili zobaczyłam, że okulary wciąż trzyma w dłoni szkła nie chciały odparować. Założył je dopiero, kiedy podgrzał dłonią.

Może powiesić tutaj wskazałam na haczyk przy lustrze.

Dziękuję. Powiesił płaszcz i wreszcie założył okulary. Jan.

Nadzieja skinęłam w stronę kuchni. Proszę.

Wszyscy się tu znają. Najbliższa wieś Łuków, sześć kilometrów przez pola. Kilka domów, letnicy latem, zimą pustki. Nasze wsie oddziela stara linia drzew i jedna licha droga.

Jest pan z Łukowa? zapytałam, gdy siadał do stołu.

Tak. Kupiłem dom jesienią, pierwszy raz przyjechałem zimą. Uśmiechnął się krótko. Nie pomyślałem, że zimą jest tu zupełnie inaczej.

Nie oglądał pan prognozy?

Patrzyłem. Umiarkowane opady śniegu.

Umiarkowane na trasie i w polu to dwie różne sprawy.

Teraz już wiem.

Postawiłam przed nim kubek. Gorący, herbaty, bez pytań. Objął go obiema dłońmi i przez kilka sekund tylko tak siedział.

Samochód to nic odezwał się. Odholują. Tylko zadzwonić muszę.

Pożyczę ładowarkę. Wskazałam kontakt przy lodówce. Tam jest kabel.

Podszedł, podłączył telefon i wrócił do stołu. Znowu objął kubek ogrzewał się.

Długo pani tu mieszka? spytał.

Pięć lat na stałe. Wcześniej była to tylko działka.

I wcale nie ciągnie do miasta?

Nie.

Nie dopytywał. Doceniłam to.

Miał stary telefon takich już od lat nie sprzedają. Mały, na rogach starty. Ładował się do pięciu procent prawie czterdzieści minut znam to z własnego doświadczenia.

Nie wyjdzie stąd szybko.

Sięgnęłam po kubek.

Jadł pan coś?

Rano.

Rano?

Myślałem, że to na kilka godzin.

W lodówce był wczorajszy krupnik. Podgrzałam. Nie mówił nie trzeba czy nie kłopocz się po prostu czekał. I dobrze.

Kiedy zupa się grzała, milczeliśmy. Bez skrępowania po prostu byliśmy cicho. Zamieć szumiała swoją monotonną nutę, Zosia mruczała na kaloryferze, światło w kuchni było żółte i ciepłe. Pomyślałam, jak dziwnie: ktoś obcy w mojej kuchni, jest cicho, i wcale mi to nie przeszkadza. Zwykle przeszkadza.

Zaparzyłam ponownie herbatę po pół godzinie.

Za oknem śnieżyca nie słabła. Jedliśmy w milczeniu nie dlatego, że nie było o czym mówić, tylko że nie było pośpiechu.

U pani jest cicho powiedział nagle.

Zawsze tak cicho. Poza wiatrem.

Nie, to cicho wewnętrzne. Kiwnął głową w stronę pokoju. Nie ma radia, nie ma telewizora.

Jest radio. Małe, na parapecie. Czasem słucham.

Rozumiem. Zamyślił się. W Warszawie nie umiem pracować bez słuchawek. Przez ściany zawsze słychać: ktoś chodzi, gada. Przeszkadza.

Pracować, czyli pisać?

Tak.

Co pan pisze?

Prozę. Objął wzrokiem herbatę. Przez ostatnie dwa lata jedną powieść. Długo.

Zdarza się.

Oddałem ją jesienią. Teraz nie wiem, co robić.

Znałam to uczucie. Nie moje, cudze przez osiem lat redagowania widziałam je u wielu autorów: rękopis idzie w świat, zostaje pustka i nie wiadomo, jak z tym żyć. Jedni od razu zaczynają kolejną historię, drudzy snują się przez miesiąc w próżni, trzeci odchodzą na zawsze. Każdy inaczej.

Minie powiedziałam spokojnie.

Wiem. Ale na razie nie mija.

Zosia zeskoczyła z kaloryfera, podeszła, powąchała jego rękę i wróciła na miejsce. Jan patrzył za nią.

To dobry znak? zapytał.

Średni. Gdyby się przysiadła dobry.

Popracuję nad reputacją powiedział z powagą.

Zaśmiałam się.

Mogę spytać? zapytał potem.

Jasne.

Czemu akurat drugiego?

Nie od razu zrozumiałam.

Termin? dopytał. Mówiła pani przez telefon. Ale dziś trzydziesty pierwszy. Siedzi pani nad rękopisem w sylwestra, choć są jeszcze dwa dni. Czemu teraz?

To pytanie było aż nazbyt celne. Zbyt celne, jak na człowieka, który przyszedł z zamieci i powinien myśleć o samochodzie, nie o terminach.

Przyzwyczajenie odparłam.

Do czego?

Do tego, żeby nie odwlekać tego, co prawie skończone.

Popatrzył na mnie. Nie uwierzył nie przyłapał mnie na kłamstwie, raczej wyczuł, że to nie cała prawda.

Poza tym nie mam tu na co czekać dodałam. Sylwestra nie obchodzę. Lepiej popracować niż patrzeć w zegarek.

Rozumiem odparł rzeczowo.

I dobrze.

Zamilkliśmy. Na zewnątrz wiatr szarpał okiennicą u sąsiadów wyjechali jeszcze w listopadzie, wrócą najwcześniej na wiosnę. Ten dźwięk zazwyczaj jest nie do zniesienia, a dziś brzmiał jakoś szczególnie wyraźnie.

Pracowała pani, kiedy przyszedłem powiedział nie jakby pytał.

Tak.

Czym się pani zajmuje?

Jestem redaktorką. Literatury pięknej.

Ciekawe.

Zazwyczaj tak.

Patrzył na mnie chwilę dłużej.

Lubi pani pracę z cudzym tekstem? Nie przytłacza?

Zastanowiłam się.

Jeśli tekst jest słaby przytłacza. Jeśli dobry przeciwnie. Chce się go jeszcze poprawić. Jak renowacja. Struktura już jest ty tylko usuwasz to, co niepotrzebne.

Kiwnął głową. Sam do siebie nie mnie, jakieś własne przemyślenie.

I nie drażni panią redakcja własnych rzeczy? spytałam.

Czego?

Gdyby pani była po drugiej stronie. Gdyby ktoś poprawiał pani frazy.

A, rozumiem. Nie, chyba nie. O ile nie usuwają tego, co trzeba.

Skąd wiedzieć, co jest potrzebne?

Jeśli po wycięciu coś boli było potrzebne. Jeśli nie boli można usunąć.

Spojrzałam na niego. Bardzo celne stwierdzenie. Bardzo pisarskie wymyślił je ktoś, kto przechodził to wiele razy.

Miewał pan złych redaktorów?

Różnych. Jedna pani wycięła z mojej pierwszej książki prawie wszystko. Była historia o dziadku i morzu, zostało o kierowniku i biurze. To uproszczenie, ale sens właśnie taki.

Zgodził się pan?

Miałem wtedy dwadzieścia dziewięć lat, myślałem, że oni wiedzą lepiej.

A potem?

Potem zrozumiałem, że wiedzą lepiej nie zawsze znaczy mają rację. To nie to samo.

Przytaknęłam. To w gruncie rzeczy najważniejsze redaktor może być lepszym rzemieślnikiem, ale jeśli nie słyszy głosu autora, nie zdziała nic dobrego. Głos jest ważniejszy.

***

Za oknem była już prawdziwa noc żadnego światła, śnieg gęstniał, a lampa przy furtce ledwo jeszcze przebijała się przez zawieję.

Jan pił drugą herbatę. Zosia znów przeszła obok, nie zatrzymując się sprawdziła, poszła dalej. Zauważyłam, że nie próbował jej zawołać. Słusznie nie lubiła, kiedy ją przywoływano.

Mogę? Wskazał na półkę z książkami przy oknie.

Proszę bardzo.

Podszedł, spojrzał na trzy poziomy kryminały oddzielnie, proza obyczajowa osobno, reszta wymieszana. Czytał grzbiety, nie dotykał książek. Wrócił do stołu.

Sporo kryminałów zauważył.

Czytam na odstresowanie. Tam zawsze jest rozwiązanie.

A w życiu nie zawsze?

O wiele rzadziej.

Sięgnął po kubek.

Opowie pani o tej powieści? spytał.

Nie od razu załapałam, o co mu chodzi.

Tej, którą pani redaguje.

Po co?

Ciekawi mnie. Wzruszył ramionami. Powiedziała pani, że dobry tekst to jak renowacja. Chcę zrozumieć, jak to pani widzi.

To był dziwny dialog. Nie zły po prostu inny. Nieznajomy siedzi przy moim stole z kubkiem w dłoniach i pyta o moją pracę. Nie pamiętam, kiedy ktoś pytał w taki sposób nie kurtuazyjnie, nie z braku słów, ale dlatego, że naprawdę chciał wiedzieć.

To powieść o kimś, kto przez lata robił coś, co wydawało mu się słuszne zaczęłam. Ale potem okazało się, że tylko bał się zmienić. To historia o różnicy między wyborem a przyzwyczajeniem.

I jak się kończy?

Odchodzi. Nie od ludzi, od siebie sprzed lat. To moim zdaniem najlepszy możliwy finał.

Jan zamilkł.

Lubi pani takie zakończenie?

Tak. Choć autor chciał innego.

Jakiego?

Powrotu. Bohater wraca do tego, co zostawił.

Przekonała go pani?

Napisałam komentarz. Zdecydował sam. Tak powinno być. Ja mogę tylko zasugerować. Tekst jest jego.

Spojrzał na stół. Coś w tym milczeniu było gęste, zamyślone nie uprzejma pauza.

Czemu uważa pani odejście za lepszy finał?

Bo powrót odpowiada na pytanie gdzie?, a odejście na pytanie kim?.

Spojrzał na mnie.

To pani słowa czy z tekstu?

Moje. Z uwag do tekstu.

Znów cisza. Nie popędzałam.

Długo pani redaguje?

Osiem lat.

I zawsze tak myśli o zakończeniach?

Nie zawsze. Tylko gdy historia jest uczciwa. Nieuczciwa może się kończyć jakkolwiek i tak nie wierzę. Uczciwa prowadzi do jednego zakończenia, redaktor ma nie zepsuć drogi.

Jan długo patrzył w okno. Nie odzywał się, jakby coś ważył.

To musi być trudne powiedział w końcu.

Co dokładnie?

Patrzeć na cudze teksty naprawdę. Nie dla siebie dla nich.

Zastanowiłam się.

Czasem. Gdy autor się opiera, nie widzi celu. Ale ten nie. Ten słyszał.

Ten obecny?

Tak.

Skąd pani to wie?

Zastanowiłam się, co odpowiedzieć. Nie o fabule tę już omówiłam. O czymś innym, co sama cenię.

Jest tam jedno zdanie powiedziałam. Zmieniłam je, autor się zgodził. Ale do dziś się zastanawiam, czy dobrze zrobiłam.

Co było w oryginale?

O zamieci. Autor napisał to zbyt długo, tłumiło rytm i zwięzłość. Skróciłam precyzja wzrosła, ale czegoś zabrakło.

Czego konkretnie?

No właśnie nie wiem. Tego czegoś, co nie poddaje się opisowi. Żywego nerwu.

Przeczyta pani, jak jest po zmianie?

Spojrzałam na niego. Dziwna prośba, ale zrozumiała.

Zamieć nie wybiera. Po prostu zostaje, kiedy wszystko inne już odeszło.

Jan zamilkł.

Nie sekundę i nie dwie długo. Wyczułam, że coś się w nim zmieniło. Nie w kuchni w nim. Patrzył na stół, a po tym, jak trzymał kubek, zbyt równo, zbyt sztywno, zrozumiałam, że on nie tylko myśli nad frazą że poznaje ją.

Coś nie tak? spytałam.

Nie. Chwila ciszy. Ja napisałem inaczej. Zamieć nie wybiera, dokąd iść po prostu wie, że przetrwa tylko to, co nie boi się zimna.

Odstawiłam kubek.

Powoli. Bo trzeba było zrobić to ostrożnie, póki myśli układały się w sens.

To zdanie było w manuskrypcie. Właśnie tym, który leżał w sąsiednim pokoju na moim stole. Strona sto siedemnaście, trzeci akapit. Przerabiałam je przez trzy dni, zanim wymyśliłam skrót. Tej korekty nie widział nikt poza mną i redakcją. Oryginału nikt poza mną i autorem.

Tekst nie był jeszcze wydany. Cytat nie krążył.

Jest pan J. Lis powiedziałam.

Nie pytanie.

Popatrzył na mnie.

Jan Lis powiedział. Tak.

Nie umiałam nic odpowiedzieć. To było dziwne i jednocześnie zupełnie naturalne, bo coś takiego czułam od początku, tylko nie potrafiłam nazwać. Przez dwie godziny siedzieliśmy przy tym stole, rozmawiając o finałach i pustce, przez cały ten czas ja poprawiałam jego powieść, a on pisał swoją, i przez osiem miesięcy już właściwie pracowaliśmy razem, tylko nie miałam pojęcia z kim.

Osiem miesięcy pracowałam nad pańskim tekstem powiedziałam.

Wiem. Wydawnictwo mówiło o N. Borkowskiej. Uśmiechnął się lekko. Nie znałem imienia, tylko inicjał.

N. Borkowska.

Nadzieja Borkowska. To rzeczywiście ja.

Znaliśmy się. Przez tekst, przez komentarze, przez zaakceptowano i odrzucono na marginesie. Przyjął mój finał, nie zgodził się na poprawkę w czwartej części. Ja upierałam się przy rekonstrukcji drugiej on zgodził się po tygodniu. Dyskutowaliśmy o każdym ważnym ruchu w tej powieści nigdy się nie widząc.

I nagle zrozumiałam, że znam go. Nie jako człowieka przy stole, ale jako głos na papierze. Wiem, że pisze długimi zdaniami, gdy jest wzburzony, a krótkimi gdy pewny. Że potrzebuje czasu na przyjęcie czyichś zmian nie dlatego, że jest uparty, lecz że rozważa. Że nie boi się powiedzieć odrzucono i nie tłumaczyć.

Nic nie wiedział o mnie poza inicjałem.

Niesprawiedliwe. Ale potem przyjechał przez zamieć i zapukał do mych drzwi.

***

Czemu nie powiedział pan od razu? spytałam.

Czemu? Zdziwił się lekko. Nie wiedziałem, że pani to mój redaktor. Po prostu powiedziałem piszę.

A ja powiedziałam redaguję.

Właśnie. Skinął głową. Oboje nie dopowiedzieliśmy.

Miał rację. Ja nie podałam wydawnictwa, on że powieść u Malickiego w redakcji. Oboje należeliśmy do tych, którzy nie lubią tłumaczyć za dużo. Tak się skończyło.

To zdanie, które pan napisał ciągnęłam. Zmieniłam je, bo było za długie na tamto miejsce. Rytm nie wytrzymywał.

Wiem. Zgodziłem się.

Ale pańskie jest lepsze.

Spojrzał na mnie.

Tak pani sądzi?

Tak. Moje jest precyzyjniejsze, ale pańskie prawdziwsze. Czasem prawda liczy się bardziej niż precyzja.

Długo milczał.

Można przywrócić oryginał? spytał.

Już poszło do wydawnictwa. Zastanowiłam się. Ale jak pan poprosi, przekażą mi, poprawię.

Nie. Pokręcił głową. Niech zostanie. Ma pani rację: rytm jest ważny.

Nie dyskutowałam. Ale było mi miło, że o to zapytał.

Telefon na ładowarce cicho piknął piętnaście procent. Już mógłby dzwonić. Jan nie wstał.

Przeczytała pani całą powieść? spytał.

Trzy razy. Redaktor czyta trzy razy: raz, żeby złapać sens, drugi, żeby poczuć, trzeci żeby poprawiać.

I co pani poczuła?

Odłożyłam kubek i popatrzyłam na niego.

Że ktoś, kto to napisał, długo coś rozumiał. I w końcu zrozumiał.

Opuścił wzrok.

O to mi właśnie chodziło powiedział cicho.

Dobra powieść dodałam. Rzadko to mówię głośno. Prawdziwa.

Nic nie odpowiedział tylko skinął głową. Ale widziałam, że mu na tym zależy, tylko nie potrafi może nigdy nie nauczył się o tym rozmawiać.

Znowu zamilkliśmy. Tym razem jednak było to inne milczenie nie niezręczne, nie zagłuszające przerwy, ale takie, jakie zostaje po czymś ważnym, które potrzebuje przestrzeni, by wybrzmieć.

Była pani sama od początku? spytał.

Domyśliłam się, o co chodzi. Nie o dziś w ogóle.

Nie. Mąż zginął pięć lat temu.

Przykro mi.

Nie trzeba. Już nie boli tak jak kiedyś. Po prostu… jest inaczej.

Nie mówił: rozumiem. Ludzie często tak mówią, zazwyczaj to kłamstwo. Zamilkł, po chwili spytał:

Czemu Michałów?

Tu jest cicho. I tu byliśmy razem więc tu on jeszcze trochę jest.

Jan skinął głową. Powoli.

A pan, czemu Łuków? zapytałam.

Rozwiodłem się dwa lata temu. Mieszkanie w Warszawie, puste. Zamyślił się. Kupiłem dom, żeby pustka stała się inna.

Roześmiałam się. On idealnie ujął to, czego nie umiałam wytłumaczyć pytającym po co ci dom w polu?.

Właśnie powiedziałam.

Rozumie pani?

Doskonale.

Uśmiechnął się cicho, dla siebie. Tym razem jednak widziałam go lepiej.

W czwartej części wycięła pani monolog powiedział.

Tak.

Dlaczego?

Bohater mówił to, co czytelnik już przeczuwał. Było zbędne.

Było mi szkoda.

Wiem. Napisał pan to w komentarzu.

A pani odpisała rozumiem, ale nie.

Bo rozumiałam i jednak nie. Spojrzałam na niego. Żal do tekstu jest normalny, ale żal to nie argument.

Zamyślił się.

Ma pani rację powiedział. Bez monologu lepiej. Zrozumiałem to potem.

Zawsze się rozumie potem.

Nie żal pani, że czasem dziękują dopiero potem?

Zastanowiłam się.

Nie. Ważne, by tekst wyszedł jak należy. Gdy się ukaże, powiem sobie zaakceptowano. To wystarczy.

Patrzył na mnie długo. Już nie tak, jak na obcą osobę jak na kogoś, kogo zaczyna rozumieć.

Wydawało mi się, że redaktorzy są anonimowi powiedział.

I tacy powinni być. Tekst nie jest o nas.

Ale pani taka nie jest.

To kłopot rzuciłam żartem.

Nie, odpowiedział. Wcale nie.

***

Dwudziesta trzecia czterdzieści pięć.

Za kwadrans nowy rok powiedział Jan.

Wiem.

Za oknem zamieć ucichła tylko biały śnieg, żadnego wiatru. Lampa przy furtce już się nie kołysała. Padało łagodnie, leniwie, jakby ten śnieg sam już chciał wracać do domu.

Jest coś poza herbatą? spytał.

Białe wino. Otworzone od Bożego Narodzenia.

Nada się?

Chyba tak.

Wyjęłam butelkę z lodówki. Dwa zwykłe szklanki, nie kieliszki kieliszków nie mam od lat. Nalałam po trochę.

Za co? spytał.

Za Nowy Rok odparłam.

Zbyt ogólnie.

To może za szczerość, która czasami jest ważniejsza od precyzji.

Spojrzał wprost. I nie uciekłam wzrokiem pierwszy raz tej nocy nie uciekłam, choć wcześniej łapałam się na tym.

Zgoda powiedział.

Kolejnych minut słuchałam bicia zegara w radiu staruszku, od zawsze stojącym na moim parapecie, jeszcze od czasów, kiedy Marek je tam postawił pierwszego lata. Nigdy go nie ruszałam, tylko wymieniałam baterie. W północ zawsze mruczało obce święto w cudzych domach a dziś było jednak inaczej.

Trącnęliśmy się szklankami, wypiliśmy w ciszy. Zosia poruszyła się na kaloryferze, ziewnęła miękko i zasnęła. Śnieg za oknem opadał już powoli duże płatki, prawie bez wiatru.

Telefon piknął trzydzieści procent.

Jan zerknął w kierunku telefonu, potem na okno, na mnie.

Laweta w nocy nie przyjedzie powiedział.

Nie. Najwcześniej rano.

Ma pani dla mnie miejsce do spania?

Kiwnęłam głową.

Rozkładana kanapa w gabinecie. Tam leży pańska powieść, ale ją wyniosę.

Nie trzeba powiedział. Nie będę przeszkadzał.

Nie będę przeszkadzał. Dobre słowo nie będę cicho, nie nie narobię hałasu. Po prostu nie będę przeszkadzał. Wiedział, że mam swoje miejsce, którego nie chcę oddać.

Dobrze powiedziałam.

Wstałam, by jeszcze raz wstawić wodę. Ot, tak nie z głodu, po prostu musiałam czymś zająć dłonie.

Nadziejo powiedział Jan.

Odwróciłam się.

Cieszę się, że auto wpadło do rowu.

Spojrzałam na niego. Siedział przy stole, obejmując szklankę dłońmi, i powiedział to, co myślał bez uśmiechu, bez wstępu, po prostu, prosto w twarz.

Ja jeszcze nie wiem, czy się cieszę przyznałam szczerze.

Rozumiem. Skinął głową. I to też jest w porządku.

Woda zawrzała.

Nalałam wrzątku w dwa kubki jego i mój. Postawiłam przed nim. Podziękował, podniósł kubek.

Za oknem śnieg sypał powoli. Zamieć się skończyła.

A on nie wychodził.

I ja nie zapytałam, kiedy wyjdzie.

Manuskrypt leżał w pokoju obok strona sto siedemnaście, trzeci akapit. Tam była jego fraza w mojej wersji, a w jego głowie oryginał. Obie o tym samym. O tym, co zostaje, gdy wszystko inne odchodzi.

I może to właśnie była prawda.

Siedziałam przy stole z kubkiem w dłoniach, on naprzeciwko, a za oknem nie było już zamieci tylko cichy śnieg i nowy rok, który już się zaczął.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

jedenaście + pięć =

Zimowy gość