– Zatrzymamy się u ciebie na jakiś czas, bo nie mamy pieniędzy na własne mieszkanie! – usłyszałam od…

Dziś znów wracam myślami do tamtej dziwnej historii, którą chyba już nigdy nie zapomnę. W moim wieku mam przecież 65 lat człowiek lubi wspominać dawne czasy. Czuję się jeszcze pełna energii, chociaż z biegiem lat mam coraz więcej dystansu do ludzi. Kiedyś świat wydawał się prostszy wystarczyło kilka złotych, by pojechać nad morze do Jastarni albo wybrać się z przyjaciółkami pod namiot nad jezioro Mazurskie. Często bywałam w teatrze, poznawałam ludzi na koncertach w Łazienkach, w kawiarniach pod Wawelem. Te znajomości często przeradzały się w długie przyjaźnie.

Przed laty w Rewalu poznałam nietuzinkową kobietę Hanię Ziółek. Spędzałyśmy razem wakacje, mieszkałyśmy w jednym pensjonacie i polubiłyśmy się od razu. Po powrocie do domów napisałyśmy do siebie kilka listów, a na święta wysyłałyśmy kartki z życzeniami. Z czasem kontakt się rozluźnił, nasze drogi się rozeszły.

Nagle pewnego dnia przyszła do mnie depesza. Żadnego nazwiska, tylko lakoniczna treść: Pociąg przyjeżdża o trzeciej nad ranem. Czekaj na mnie na Dworcu Głównym! Byłam kompletnie skonsternowana i oczywiście nie poszłam na żaden dworzec. Lecz o czwartej nad ranem ktoś zaczął dobijać się do drzwi. Otwieram drzwi, a tam Hania, dwie jej córki nastolatki o typowo polskich imionach: Jagoda i Brygida, starsza pani, którą przedstawiła jako swoją ciotkę Wandę oraz jakiś pan, prawdopodobnie szwagier. Nosili ze sobą walizki, torby, siatki, aż trudno było wejść do mieszkania. Stałam z mężem, Krzysztofem, jak wryta.

Hania bez zbędnych wstępów powiedziała:
No, czemu nie wyszłaś po nas na dworzec? Przecież wysłałam ci telegram! Taksówka kosztuje majątek!
Ale nawet nie podpisałaś się
Przecież mam twój adres, więc jesteśmy dodała tylko i zaczęła rozdzielać bagaże.

Wyjaśniła, że Jagoda właśnie skończyła liceum w Toruniu i dostała się na studia do Warszawy, więc cała rodzina postanowiła jej towarzyszyć i trochę się rozejrzeć.

Będziemy przez jakiś czas u ciebie mieszkać rzuciła wprost. Wynajęcie mieszkania w Warszawie to teraz majątek, a wasz blok jest tak blisko centrum!

Byłam w szoku. Nawet nie są moją rodziną! Miałam karmić pięć osób, nie mówiąc już o gotowaniu, sprzątaniu i codziennych zakupach. Przynieśli kilka paczek z jedzeniem, ale ani razu nie włączyli kuchenki wszystko spadało na mnie. Położenie się pogarszało z dnia na dzień.

Po trzech dniach nie wytrzymałam napięcia i spytałam Hanię wprost, czy nie mają innych znajomych lub hotelu. Była wściekła, rozbiła kilka kubków, krzyczała tak głośno, że obudziła pół kamienicy. Reszta rodziny patrzyła na mnie z wyrzutem.

Wyszli rano, zostawiając po sobie bałagan, stertę naczyń i puste miejsce po moim ulubionym szlafroku, dwóch ręcznikach i o zgrozo wielkim garnku pełnym kapusty, w którym szykowałam gołąbki na niedzielę. Do dziś się zastanawiam, jak udało im się to wynieść niepostrzeżenie.

Tak zakończyła się ta przedziwna znajomość. Do tej pory nie dostałam od Hani nawet słowa. W sumie dobrze się stało teraz wszystkim opowiadam tę historię jako życiową lekcję. Dziś poznając nowych ludzi, zawsze trzymam ich na dystans. Nie każdy przyjaciel jest wart zaufania, nawet jeśli w młodości razem jadłyśmy lody na promenadzie w Rewalu.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dziewiętnaście + dwa =

– Zatrzymamy się u ciebie na jakiś czas, bo nie mamy pieniędzy na własne mieszkanie! – usłyszałam od…