Zawsze będę przy Tobie

Zawsze będę przy tobie

Tylko nie zaczynaj znowu! Przecież rozmawialiśmy o tym już tysiąc razy! Po co znowu do tego wracasz? Elżbieta machnęła zrezygnowana ręką, po czym z powrotem zwróciła się do kuchenki.

Tamten dzień był jednym z tych, które pamiętam jako wyjątkowo ciężkie. Zaczął się już o piątej nad ranem, kiedy Kuba przyszedł do mojego pokoju i szarpnął mnie za ramię:

Mamo! Gardło mnie boli!

Jeszcze nie do końca przebudzona, przyłożyłam usta do jego czoła i od razu senność uleciała bez śladu.

Masz gorączkę, synku. No chodź, chodź! Zdjęłam Kubę na ręce, szczelnie zamykając za nami drzwi. Nie miałam ochoty słuchać później, że Wojtek znowu się nie wyspał przez Kuby płacz.

Zmierzając mu temperaturę i podawszy lek, położyłam go do łóżka, spojrzałam na zegarek i stwierdziłam, że nie opłaca się już kłaść spać. Lepiej poczekać, aż przychodnia się otworzy i wezwać lekarza. Upewniwszy się, że Kuba zasnął, wyszłam do kuchni, zaparzyłam sobie kawę i podeszłam do okna.

Tego roku zima w Krakowie była wyjątkowo śnieżna. Podwórko przed blokiem przykrywała puszysta, biała kołdra śnieg padał nieprzerwanie całą noc. Prawie nigdzie nie było widać śladów tylko tu i ówdzie wydeptywali je ci, którzy z samego rana spieszyli do pracy. Kątem oka dostrzegłam ruch spojrzałam w bok i sama się uśmiechnęłam. Kocur sąsiadki, pani Zofii, skakał po podwórzu to niemal całkiem znikając w śnieżnej zaspie, to nagle się z niej wyłaniając. I żadne śnieżyce mu niestraszne! Stefan był niezwykle wolny, zacięcie domagał się wyjścia na dwór, a jeśli pani Zofia się spóźniła z otwarciem drzwi jego wrzaski niosły się po całej klatce. Ale trzeba przyznać, nigdy nie zdarzyło mu się popsocić w mieszkaniu. Zaledwie wczoraj, schodząc po Kubę do przedszkola, mijałam Stefana, który dumnie maszerował do wyjścia, po drodze obrzucając swoim kocim niezadowoleniem wszystkich.

Idź- idź, jeszcze mi się będziesz burzył! Witaj, Elżbietko! Popatrz na tego łobuza! Czasem wydaje mi się, że to on jest moim właścicielem! śmiała się pani Zofia.

Dzień dobry, pani Zofio! Poważny z niego mężczyzna!

No jasne! Takich szukaj! Widocznie taka moja karma poważnych mężczyzn wychowywać

Uśmiechnęłam się, skinęłam głową i poszłam dalej. Trudno było coś na to odpowiedzieć. Jej syn, Szymon, naprawdę był poważny. Inteligentny, z dowcipem, choć większość widziała w nim tylko cichego okularnika, niewysokiego chłopaka, na którego dziewczyny nie patrzyły. Przyjaźniłam się z nim od dziecka i przez te wszystkie lata zawsze był blisko. To on dodawał mi otuchy, gdy po stracie mamy świat wydawał mi się nagle pustką.

Moja mama, Irena, została potrącona na przejściu dla pieszych. Przechodziła na zielonym, zgodnie z przepisami nic ją nie mogło obronić. Dla dziesięcioletniej mnie to był jak koniec świata. Przecież uczono mnie, że jak robi się wszystko jak trzeba, to nic złego się nie wydarzy…

Szymon też znał takie straty. Jego tata zmarł dwa lata wcześniej, więc może lepiej od dorosłych rozumiał, co czuję. Zamieszkał wtedy u mnie niemal na stałe. Pani Zofia bardzo mnie żałowała, sąsiedzi starali się pomagać, ale to Szymon był podporą. Spędzał ze mną całe dnie pilnował lekcji, czytał na głos, wyciągał na taniec i gimnastykę, na które marzyła mnie posłać mama… I to jego troska powoli stopiła lód rozpaczy; rozradowały mnie wtedy zupełnie zwykłe rzeczy. A gdy pewnego dnia znaleźliśmy maleńkiego kota na ulicy i przynieśliśmy do pani Zofii po raz pierwszy od tragedii poprosiłam o mleko dla niego.

Dzięki Bogu, wróciła do siebie! cicho wyszeptała wtedy pani Zofia, wręczając mi ciepłą butelkę.

Kociak został u Szymona, bo okazało się, że mój tata, Władysław, ma alergię.

I tak Szymon stawał zawsze obok. Tak się przyzwyczaiłam do jego obecności, że był dla mnie czymś tak naturalnym, jak powietrze. Oboje jedynacy odnaleźliśmy u siebie rodzinę, bratnią duszę i dziecięce porozumienie; rozumieliśmy się bez słów. Często zaczynałam zdanie, a Szymon kończył. Dorośli dziwili się, ale nie ingerowali, widząc, że dla nas obu była to ogromna ulga.

Pierwsze trudności pojawiły się dopiero pod koniec szkoły. Wyrosłam na ładną, inteligentną dziewczynę nie narzekałam na brak zainteresowania chłopaków. Szymon patrzył na to w milczeniu i bez cienia komentarza, dopóki nie zjawił się Wojtek. Poznałam go, spadając ze schodów przy wejściu do hali, gdzie ćwiczyłam gimnastykę.

Wszystko w porządku? Pani pozwoli pomóc! wysoki chłopak, uśmiechnięty, podał mi rękę. Te schody są jak lodowisko! Pani nic nie złamała?

Spojrzałam na niego i zamarłam. Ja, która nie wierzyłam w miłość od pierwszego wejrzenia. A jednak…

Jestem stracona, Szymonie! Po prostu stracona! On jest taki…

Taki? Szymon się zmarszczył, ale byłam zbyt zajęta swoimi uczuciami, by zauważyć.

Nie wiem jak to wyjaśnić… Najlepszy! zakręciłam się w kółko w pokoju. Ciesz się trochę z ukochanej przyjaciółki!

Tak, tak… cieszę się Szymon z trudem się uśmiechnął i wykręcił się pilnymi sprawami.

Nie zauważyłam nawet, jak bardzo go to zabolało moje myśli krążyły wokół Wojtka. Spotykaliśmy się przeszło trzy lata, aż w końcu stwierdziliśmy, że czas samodzielnie zadecydować o naszym losie. Powiadomiliśmy rodziców i złożyliśmy wniosek o ślub cywilny.

Szkoda tylko, że trzeba mieć świadkową. Po co mi ona? Czemu nie można mieć świadka-przyjaciela? marudziłam przed lustrem, przymierzając suknię ślubną, którą dopasowywały mi krawcowe.

Szymon, który mnie tam zawiózł, siedział na kanapie i przypatrywał się mojej sylwetce. Wziął się już wtedy w garść, choć krawcowa niemal wyrzuciła go za drzwi:

Pana nie powinno tu być! To przynosi pecha!

On nie jest panem młodym! To mój przyjaciel śmiałam się.

Przyjaciel?… mruknęła krawcowa znacząco.

A co w tym dziwnego? wtrącił się Szymon. Ludzie nie mogą się przyjaźnić? Elu, musimy jeszcze wybrać tort, więc pośpiesz się. Muszę się dziś jeszcze pojawić w pracy.

Już, momencik! pobiegłam rozpromieniona, a Szymon z westchnieniem opadł na kanapę.

Dzisiaj, kiedy wspominam ten pośpieszny ślub i pierwsze lata naszego małżeństwa, zastanawiam się: jak mogłam tego wszystkiego nie widzieć od razu? Przez lata bycia księżniczką z zawsze wspierającym Szymonem w tle, naiwnie sądziłam, że mąż zawsze będzie mnie podziwiał, ratował, dbał o mnie… A życie pokazało, że nie każdy jest rycerzem na białym koniu.

Pierwsze rozczarowanie przyszło pół roku po ślubie. Angina, zlekceważona, bo chciałam być idealną żoną, doprowadziła mnie do poważnych komplikacji zdrowotnych. Gdy lekarz zalecił mi płatne badania, Wojtek się oburzył:

Przestań! Przecież odkładaliśmy na wakacje! Ty jesteś młoda i zdrowa, tylko lekarze chcą wyciągnąć kasę!

Słuchałam, nie wierząc własnym uszom.

Mówisz poważnie?

Oczywiście!

Wojtek… dla ciebie ważniejsze są wakacje niż moje zdrowie?

Wszystko z tobą w porządku! Przestań panikować! Pojedziemy na Mazury, wygrzejesz się i ci przejdzie. Po prostu jesteś zmęczona! próbował objąć mnie, nie zauważając, że po raz pierwszy nie odwzajemniłam objęcia.

Za badania zapłacił mój tata nie komentował, tylko zamyślił się i wyciągnął własne wnioski.

Rok zajęło mi dochodzenie do zdrowia. Niestety, nie wszystko udało się naprawić. Z sercem już tak mi zostało. Lekarze tylko rozkładali ręce i proponowali leki podtrzymujące. Dlatego, gdy okazało się, że spodziewam się dziecka i zostałam wpisana do grupy ryzyka, nie zawahałam się.

Proszę mi wierzyć albo po prostu wysłuchać: powinna pani to poważnie przemyśleć. Jak pani zniesie ciążę z takimi problemami? pytała lekarka, przeglądając wyniki.

Nie mam co myśleć. Urodzę!

I zadbała o mnie. Ostatnie trzy miesiące spędziłam w szpitalu. Kuba urodził się zdrowy, o czasie. Tyle wiedział tylko tata i… Szymon. To wtedy zrozumiałam, że Wojtek prowadzi swoje życie, w którym nie jestem nawet na drugim planie. Wiadomość o narodzinach świętował tak… gorliwie, że zniknął na trzy dni, wyłączając komórkę. Wpadłam w panikę, ale tata uspokoił mnie lodowatym tonem:

Spokojnie, nie wolno ci się stresować!

Zrozumiałam wtedy, że to nie jest bajka, w której ja jestem królewną. Powstrzymało mnie przed rozwodem tylko to, jak Wojtek zareagował na Kubę.

Na syna patrzył jak na cud. Wstawał w nocy, przewijał, wychodził na spacery. Potem bywały momenty, kiedy płacz czy marudzenie Kuby go irytowało  wtedy oddawał go mnie, po godzinie wracał już jako najlepszy tata świata. Nie rozumiałam tych huśtawek, zastanawiając się: kocha? Nie kocha? Ale tych słabszych chwil było mniej, a te lepsze przykrywały je na jakiś czas.

Między nami jednak coraz rzadziej było prawdziwe porozumienie. Każdy żył obok siebie. Kuba często chorował, więc biegałam z nim po lekarzach sama nie wiedziałam, jaką reakcję tym razem wywołam u Wojtka. Bywał kochający i troskliwy, innym razem potrafił zrobić awanturę o najmniejszy drobiazg. Zmęczona tym, postanowiłam być niezależna. Tata nauczył mnie jeździć samochodem i podarował używane, ale dobre auto. Przynajmniej nie musiałam już prosić Wojtka o przysługi.

Tata wiedział wszystko, ale nigdy nie komentował mojej decyzji. Tylko raz, kiedy Kuba miał dwa lata i znów poważnie chorował, a ja padałam ze zmęczenia, oddałam śpiącego synka ojcu i osunęłam się na podłogę, zasypiając z głową na podłokietniku.

Elżbieto, nie będę cię pouczał czy przepytywał. Po prostu pamiętaj, że nie jesteś sama. Wiesz to?

Wiem, tato, wiem… Po prostu jeszcze nie jestem gotowa, rozumiesz? I na razie nie chcę o tym mówić. Bo na razie Wojtek jest moim mężem.

Przytulił mnie, nie mówiąc więcej.

Wszystkie te lata podczas walki o zdrowie Kuby niepostrzeżenie obok był Szymon. Lekarstwa, wizyty u lekarza, naprawy auta cokolwiek wymagało załatwienia, on się pojawiał, gotów do pomocy. Wiem, że czasem nadużywam tej przyjaźni, ale nie potrafię przestać mu ufać.

Dzisiaj patrzyłam przez okno na zasypane podwórko i myślałam, że Szymon wraca dziś z delegacji i może, jeśli nie uda się wezwać lekarza do domu, on zawiezie nas do przychodni, bo moje auto znowu odmówiło posłuszeństwa. Z pieniędzmi też było ciężko. Wojtek twierdził, że wszystko inwestuje w firmę; moja pensja ledwo starczała na podstawowe potrzeby, bo przez ciągłe zwolnienia nie mogłam pracować pełną parą. Na szczęście mieszkaliśmy z Kubą w mieszkaniu taty on za to zamieszkał na swojej działce za miastem i już przywykł do spokoju.

Spojrzałam na zegarek i zadzwoniłam do przychodni na Dębnikach. Udało się nasza pani doktor była już po urlopie i natychmiast przyjęto zgłoszenie.

Odłożyłam telefon i zaczęłam szykować śniadanie. Chwilę później do kuchni wszedł mniej więcej rozespany Wojtek.

I co znowu? Czemuście tu latali całą noc?

Kuba ma gorączkę odpowiedziałam krótko.

I dlatego trzeba było biegać po domu? Dobra, i tak się nie wyspałem. Idę pod prysznic, daj mi szybko śniadanie, bo muszę jechać do firmy.

Zaczęłam gotować głównie z myślą o Kubie. Kiedy jest chory, domaga się tylko jedzenia dla ozdrowieńców tak to kiedyś nazwałam. Dziś robiłam racuchy, wiedząc, że Wojtek też je lubi.

I co, rozmawiałaś z ojcem?

Nie.

Na co czekasz?

Mówiłam, że nie będę go prosić o przepisanie mieszkania na nas.

Twoje uparte trwanie przy swoim doprowadza mnie do szału. Ciągle tylko daj-daj-daj, pieniądze na to, na tamto. Ja haruję po nocach, ostatni urlop rok temu… A ty i Kuba wiecznie czegoś chcecie!

Wojtek jeszcze przez chwilę paplał, ale już go nie słuchałam. Wtedy poczułam, że coś się we mnie urwało ostatnia nitka, która nas łączyła: pierwsze spotkania, pocałunki, nasz ślub, narodziny Kuby…

Cicho odłożyłam łopatkę na blat i odwróciłam się do niego.

Powiem ci tylko raz, a ty mnie posłuchaj  przerwałam mu. Dziś wieczorem zabierzesz swoje rzeczy i wyprowadzisz się. Rozwodzimy się, Wojtek. Dłużej nie chcę tak żyć, a i ty masz już tego dość. Nie ma sensu roztrząsać, kto ile płacił teraz ważniejsze, żebyśmy zadbali o Kubę. Żeby miał oboje rodziców. Nawet jeśli nie mieszkających razem.

Wojtek patrzył zaskoczony, próbował coś powiedzieć, w końcu uderzył widelcem o stół.

Skończyłaś? Przemyśl jeszcze, co wygadujesz. Wieczorem wrócę i, mam nadzieję, się opamiętasz.

Nie zrozumiałeś. Ja już zdecydowałam, Wojtek. Znasz mnie. Co to oznacza?

Oznacza, że ci odbiło. Kto na ciebie spojrzy? Z dzieckiem? Dobrze, pogadamy, jak ochłoniesz. Mam dość. Będę u rodziców.

Jak sobie życzysz powiedziałam, odwracając się, by ukryć łzy.

Wojtek wyszedł bez słowa. Gdy usłyszałam trzaśnięcie drzwi, osunęłam się na krzesło i pozwoliłam sobie popłakać, póki Kuba jeszcze spał. Jego cichutkie kroki w stronę kuchni przywróciły mnie do rzeczywistości. Szybko wytarłam twarz i szykowałam mu talerz.

No, młody rekonwalescent, zjesz śniadanie?

Nie jestem bardzo głodny, mamo. Głowa mnie boli.

Może racuszki pomogą?

Tak! Kuba uśmiechnął się z figlem. Z dżemem!

Oczywiście.

Po wizycie lekarki, która wypisała recepty, szykowałam się już do apteki, chcąc dzwonić do taty, gdy rozległo się pukanie do drzwi. Tylko Szymon stukał uznaliśmy to za nasz sygnał.

Cześć!

Cześć! Jak się trzymacie? Szymon trzymał pudełko z autkiem. Przyszło mi do głowy, że nie pamiętam, kiedy ostatni raz Wojtek coś kupił Kubie. Wszelkie prezenty na święta czy urodziny kupowałam sama. Szymon nigdy nie przyszedł z pustymi rękami.

Kuba znowu chory. Zostaniesz z nim, a ja wyskoczę do apteki?

Jasne. Chcesz, to ja pójdę. Masz listę?

Podałam mu karteczkę.

Ledwo wyszedł, zadzwonił mój telefon.

Elżbieta Władysławówna?

Tak.

Dzwonimy ze Szpitala Wojewódzkiego. Pani ojciec do nas trafił.

Co się stało? z całej siły ścisnęłam słuchawkę.

Zawał serca. Stan ciężki, ale stabilny.

Już jadę.

Biegałam po mieszkaniu, nie mogąc się pozbierać. Ojciec nigdy nie narzekał na serce. W tej chwili zrozumiałam, jak łatwo wszystko można stracić.

Automatycznie wybrałam numer Wojtka.

Wojtek…

No? Już się rozmyśliłaś? Teraz to ja się zastanowię…

Wojtek, tata w szpitalu. Zawał.

I co? Czego teraz ode mnie chcesz? Przecież się ze mną rozwodzisz, dobrze słyszałem?

Patrzyłam oniemiała na telefon, po czym się rozłączyłam.

Kiedy Szymon wrócił z apteki, zastał mnie gotową do wyjścia.

Gdzie biegniesz?

Tata w szpitalu. Zawał.

Więcej nie musiałam tłumaczyć. Szymon szybko zorganizował, by pani Zofia została z Kubą, a ja z nim pojechałam do szpitala.

Cały wieczór czekaliśmy na jakiekolwiek wieści. Siedząc w poczekalni nie odzywaliśmy się. W końcu cicho powiedziałam:

Dzięki ci… Jak dobrze, że jesteś.

Zawsze będę przy tobie

Wiem, Szymonie. Teraz już naprawdę wszystko wiem

Po godzinie lekarz zastał mnie śpiącą z głową na ramieniu Szymona.

Państwa ojciec jest już na sali. Przed nami długie leczenie, ale najgorsze minęło. Możecie państwo jechać do domu, jutro odwiedzić.

Objęłam Szymona i zapłakałam, czując, że wraz z łzami odpływa cały ból, który skumulował się przez te wszystkie lata.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

trzy × 1 =

Zawsze będę przy Tobie