No i tak się poznaliśmy
– Michał, co się z tobą dzieje? zapytała Magda po kilku minutach milczenia. Jesteś jakiś nieswój. Twarz masz pobladłą Wszystko w porządku?
– Tak, wszystko w porządku odparł Michał, zbierając w sobie resztki opanowania. Odłożył widelec i sięgnął po szklankę soku jabłkowego, jeszcze trochę przeciągając chwile zanim będzie musiał odpowiedzieć Magdzie.
*****
Podszedłem do klatki schodowej, chwyciłem za metalową klamkę i już miałem wejść, ale w ostatniej chwili cofnąłem się.
Nie chciałem wchodzić.
Wiedziałem, że czekają na mnie, pamiętałem, co obiecałem Magdzie że wpadnę do niej z wizytą. Ale stres był tak paraliżujący, że zupełnie nie mogłem się zebrać w sobie.
Wstyd mi było przed samym sobą dorosły facet, a trzęsie się jak uczeń, którego nauczyciel pierwszy raz wywołał do tablicy.
A przecież to już naprawdę niewiele wejść, pokonać dwa piętra na trzecie, odnaleźć numer mieszkania 36
Ale coś mnie blokowało.
Jakiś niezrozumiały lęk przygniatał do ziemi, nie pozwalał po prostu kliknąć domofonem.
Najchętniej po prostu bym się obrócił na pięcie i uciekł gdzieś nieważne, czy do siebie do mieszkania na Niebuszewie, czy na drugi koniec Szczecina. Byle dalej.
– Po co ja się w ogóle zgodziłem mruknąłem pod nosem i cofnąłem się jeszcze o kilka kroków. Przecież i tak mnie odrzucą.
Odstąpiłem jeszcze bardziej, podniosłem głowę i popatrzyłem w okno na trzecim piętrze, pod którym jasno paliło się światło.
Tak jasno, że wydawało mi się, iż mogłoby działać jak latarnia morska żebym, broń Boże, nie pomylił trasy i nie zrezygnował z wejścia.
Nie zgubiłem się z drogi, trafiłem we właściwe miejsce, a mimo wszystko wejść do środka nie chciałem.
Najbardziej powstrzymywała mnie świadomość, że Magda chyba poczułaby się zraniona, gdybym po prostu odwrócił się na pięcie i odszedł. Prosiła, żebym przyszedł.
I przecież obiecałem.
*****
Michał, mam sprawę Nie przestrasz się powiedziała mi Magda wczoraj wieczorem. Moi rodzice chcieliby cię poznać.
Magda jest moją dziewczyną.
Siedzieliśmy wtedy razem w małej kawiarni na Turzynie, jedliśmy kolację, rozmawialiśmy o planach na weekendy. I nagle jej rodzice chcą mnie poznać. Kompletnie mnie to zaskoczyło, praktycznie zamroziło w ruchu.
Przecież nie ma w tym nic dziwnego rodzice chcą poznać chłopaka, z którym spotyka się ich córka; kto wie, może wkrótce ich przyszły zięć. Dziwne byłoby przecież, gdyby nie mieli takich oczekiwań.
A jednak
strasznie się bałem, że się im nie spodobam. Bałem się, że nie nadaję się na zięcia. I nie były to zupełnie bezpodstawne myśli.
Miałem ku temu powody. I to poważne.
Bo mama Magdy pani Wanda Zawadzka spędziła całe życie na Uniwersytecie Szczecińskim, od wykładowcy po funkcję rektorki, obecnie jest gdzieś w Ministerstwie Edukacji.
Jej ojciec, Lech Zawadzki, też przeszedł długą drogę zawodową. Zaczynał jako inżynier w dużej firmie budowlanej, potem awansował na zastępcę dyrektora, a dziś
dziś prowadzi własną spółkę budowlaną i zna prezydenta Szczecina osobiście. Poważny człowiek.
A sama Magda w swoim trzydziestym trzecim roku życia już zdążyła zostać szefową działu prawnego w dużej firmie finansowej.
A ja? Co ja mam po 35 latach życia?
Nic wielkiego. Jestem zwykłym informatykiem, administratorem systemów. Nawet studiów magisterskich nie skończyłem.
Płacą mi nieźle, ale o rozwoju kariery ciężko tu mówić.
Jak ja mam spojrzeć jej rodzicom w oczy? Co ja im powiem, siedząc z nimi przy stole?
Ciekawi was pewnie, jak się w ogóle poznaliśmy. To był przypadek.
Tego dnia postanowiłem przejść się po parku Kasprowicza. Tak się złożyło, że Magda robiła to samo. Poszła z dwiema przyjaciółkami na spacer. Ale one poszły po lody, a ona
postanowiła poczekać na nie na ławce; chciała w międzyczasie zadzwonić do mamy.
I właśnie wtedy, rozmawiając przez telefon, nie zauważyła rozpędzonego faceta na hulajnodze elektrycznej, który miał problem z trzeźwością i nie myślał nawet o tym, żeby skręcić.
Zdołałem złapać Magdę za rękę, odciągnąłem ją w ostatniej chwili i hulajnogowy pirat przeleciał tuż obok nas.
– Co pan wyprawia?! krzyknęła Magda, wkurzona.
Ale już sekundę później zobaczyła, jak tamten gość zaliczył śmietnik i spadł, i nagle wszystko jej się poukładało.
No i też spojrzała na mnie inaczej. Gdyby nie ja
Więc tak się to zaczęło.
Kiedy jej koleżanki czekały w kolejce po śmietankowe lody, gadaliśmy, wymieniliśmy się numerami, a potem spotkaliśmy się znowu. Tak minęło nam pół roku razem.
O tym wszystkim sobie przypomniałem, kiedy Magda po kolacji w kawiarni usiadła naprzeciwko mnie i powiedziała o zaproszeniu rodziców.
Bałem się, że prędzej czy później, i tak będę musiał się z nimi zapoznać, a oni pewnie powiedzą, że jestem utracjuszem lub wyrachowanym typem, który spotyka się z ich córką dla pieniędzy. Miałem już kiedyś taką sytuację, która zakończyła się zerwaniem z dziewczyną.
Teraz ryzykuję, że stracę Magdę
– Michał, co się z tobą dzieje? zapytała Magda po kilku minutach w milczeniu. Czemu taki blady jesteś? Dobrze się czujesz?
– Tak, spoko zdołałem wykrztusić, odłożyłem widelec, sięgnąłem po sok, jakbym musiał się czymś zająć.
– To co, przyjdziesz?
– Słucham? Gdzie?
– Do mnie! Magda się uśmiechnęła. Mama przygotuje coś pysznego, a tata Tata przyniesie swoje ulubione wino z kolekcji. Znasz go zawsze musi coś specjalnego przynieść, żeby uczcić okazję. Od ciebie, Michałku, chcę tylko jednego obecności.
– Sam nie wiem zawahałem się. Wydaje mi się, że twoi rodzice nie zaakceptują twojego wyboru.
– Dlaczego niby?
– Bo jestem zwykły, nie mam żadnych tych dyplomów, biznesów, politycznych koneksji. Umiałem tylko instalować systemy i ratować dane z dysków. Ty wiesz, jakiego zięcia pragną prawnika, lekarza, przyszłego polityka Ja tam pasuję jak pięść do oka.
– Nie przesadzaj! Magda złapała mnie za rękę. Moi rodzice są całkiem normalni. Po prostu ich nie znasz. Czekam na ciebie jutro, siedemnasta. Nie spóźnij się.
– No dobrze przytaknąłem, chociaż sam nie wiedziałem, czy tam na pewno pójdę.
*****
No i nadszedł dzień spotkania.
Stoję pod blokiem Magdy, pięć minut do siedemnastej, zimno jak diabli. A ja
nie potrafię się ruszyć.
Wiem, że kiedyś będę musiał się z nimi spotkać (Magdę traktuję serio planuję się zaręczyć), ale dziś Dziś czuję się zupełnie niegotowy. Może gdybym za kilka miesięcy miał już obiecany awans do nowego oddziału IT wyglądałoby to poważniej. Może wtedy pani Wanda i pan Lech nie wyproszą mnie nawet z przedpokoju.
Już chciałem się wycofać, kiedy w kieszeni zawibrował mi telefon.
Dzwoniła Magda.
– Cześć Michał! usłyszałem radosny głos. Z mamą wszystko prawie gotowe. Tata się trochę spóźni, ale zaraz będzie. Gdzie jesteś? Jesteś już pod blokiem?
– Cześć Magdo niemrawo wyszeptałem. Tak, ja
– Słabo cię słychać. Idziesz już?
– Tak, Magdo, zaraz będę tylko
– Jeśli znowu zaczynasz się martwić, to nie chcę tego słyszeć. Po prostu wierz mi będzie dobrze. Nie nakręcaj się. Chcesz, żebym po ciebie wyszła?
– Nie, nie zaprzeczyłem odruchowo. Zaraz będę
– No dobrze, czekam. Wszyscy czekamy.
Schowałem telefon i stanąłem pod śmietnikiem, mocno pocierając czoło. Próbowałem znaleźć sensowny powód, żeby się stąd ulotnić.
Na nic nie natrafiłem.
A jak się napatoczę na Lecha, który właśnie wraca autem? Tylko tego mi brakowało przestraszyłem się i ruszyłem w stronę końca bloku.
Po drodze zagadałem do jakiegoś chłopaka, przyjąłem od niego papierosa. Od dawna nie paliłem, ale teraz naprawdę było mi trzeba. Musiałem ochłonąć.
Stanąłem na rogu, wciągnąłem dym, wypuściłem szarą chmurę, która po chwili zniknęła w zimowej ciemności, rozejrzałem się.
Po prawej śmietnik, po lewej pusty plac po wyburzonych garażach. Magda mówiła, że będą budować nowy blok.
Jedyna rzecz, która mnie zaciekawiła pies szwendający się po nieużytku. Z początku się spięłem, bo bezpańskie psy potrafią być kapryśne, szczególnie wobec obcych.
Ale ten nawet nie patrzył w moją stronę.
Leżał. Prosto na śniegu.
Trochę mi się nie mieściło w głowie, że leży na śniegu, ale co miał robić? Do klatki go nikt nie wpuści, mrozu nikt nie odgoni
*****
Reks (tak, Reks bo nadałem mu imię od razu), nie jadł od paru dni.
Niegdyś zamieszkiwał inny blok, gdzie czasem ktoś dał mu coś do zjedzenia. Ale
pewna przykro uśmiechnięta sąsiadka uznała, że taki pies nie pasuje do osiedla.
Pisała skargi do administracji, szukała zwolenników: Bo pies przychodzi pod plac zabaw, a co jeśli kogoś ugryzie? Widzicie, jakie ma dzikie oczy!.
To nie były dzikie oczy, tylko smutne.
Pierwszym domem Reksa był dom dziesięcioletniego Kubusia.
Kubuś znalazł go latem, przy drodze do działki pod Stargardem. Malutki, roztrzęsiony szczeniak wpatrzony w obcych ludzi. Dziecko się uparło zabrało go ze sobą.
Ale kiedy przyszło wracać do bloku, pies w samochodzie już się nie zmieścił.
– No gdzie do mieszkania z psem?! przekonywali rodzice. A ty byś rano z nim wstawał?
– Nie, nie pokręcił głową chłopiec.
I tak go zostawili. Pies był pogubiony, nie zrozumiał czemu go porzucono.
Na szczęście po miesiącu inna kobieta go zabrała, wywiozła do Szczecina. Sprzedawała warzywa na ryneczku i starała się go oddać. Ostatecznie przekonała starsze małżeństwo, żeby go przyjęli, prawie rodowodowy, tylko papierów brak.
Kiedy okazało się, że Reks rośnie zwyczajnie, spuszczony został na peryferia. Marzec, ciepło, więc pies przeżył.
Od tej pory sam błąkał się po mieście, aż znalazł osiedle na Pogodnie.
Spodobało mu się. Cicho, spokojnie, nie było dominujących psów. Często przysiadał pod placem zabaw i patrzył na dzieci, wspominając Kubusia w duszy wciąż miał nadzieję, że spotka go znów.
Ale tam też nie był mile widziany.
Kobieta rzucała w niego kamieniami, krzyczała. Większość ludzi patrzyła podejrzliwie, choć pies nikomu nie zrobił krzywdy.
Żył z boku, śniąc o tym, że kiedyś ktoś się nad nim ulituje.
Ale odszedł. Zniknął z osiedla, nie chcąc już sprawiać nikomu kłopotu.
Teraz leżał na śniegu bez sił tak wygłodzony i przemarznięty, że nie mógł wstać.
Dostrzegł mnie, chłopaka z papierosem, ale wiedział, że raczej mu nie pomogę. Dokurzy i pójdzie jęknął w myślach.
*****
Skończyłem papierosa, rozejrzałem się, podszedłem do najbliższej klatki, by wyrzucić niedopałek, choć równie dobrze mogłem rzucić go w śnieg.
Ale mama zawsze powtarzała: Chcesz zmienić świat zacznij od siebie.
Gdy zbliżyłem się do śmietnika, pod blok zajechał samochód. Pomyślałem, że to może być ojciec Magdy, więc szybko ruszyłem w drugą stronę w stronę placu, gdzie leżał pies.
Bałem się, że pies zacznie szczekać, zwróci uwagę, ale nie zareagował. Leżał, nawet nie podnosząc łba.
– Ej, wszystko w porządku? odezwałem się.
Zero reakcji.
Przyszedłem bliżej, potem niemal na wyciągnięcie ręki. Zsunąłem się na kolano obok psa. Psułem światłem z telefonu, ostrożnie dotknąłem.
Nie zareagował.
Ale oddychał.
Ciało miał zupełnie lodowate, przypominał bardziej drewno niż psa.
Nie wytrzyma do rana pomyślałem. Potem po prostu wziąłem Reksa na ręce.
Planując wejść do jakiejś klatki, stanąć przy kaloryferze, zadzwonić po taxi do kliniki. Musiałem go ogrzać, nim wpadnie w hipotermię.
Ale wszystkie klatki zamknięte. Więc przeszedłem do kolejnego bloku.
Telefon dzwonił mi w kieszeni, ale byłem zajęty. Przemykałem koło drzwi wejściowych od mieszkania Magdy. Przez moment pomyślałem nawet, żeby poprosić ją o pomoc, ale jej rodzice Raczej nie byliby zachwyceni bezpańskim psem w salonie.
Na końcu bloku wjeżdżała kolejna czarna limuzyna migające światła oślepiły mnie na chwilę. Samochód zatrzymał się tuż obok i z uchylonych drzwi wyjrzał mężczyzna.
– Co się stało, chłopcze? Potrzebujesz pomocy?
– Tak Znalazłem psa. Leży bez sił, zamarzł wydukałem. Pan nie wie, gdzie tu jakaś czynna całodobowa weterynaria?
– W okolicy nie ma zamyślił się kierowca ale wiem, gdzie jest. Dobrze znam tam lekarza. Wsiadaj na tylne siedzenie zawiozę was.
– Naprawdę? zdębiałem. Nie spodziewałem się, że ktoś z nowym BMW pozwoli mi wsiąść z obcym psem.
– Wskakuj. Powiedziałeś, że trzeba działać szybko nie ma na co czekać.
Długo nie trzeba było mnie namawiać. Chwilę później mknęliśmy przez nocne miasto.
Po drodze kierowca zadzwonił gdzieś:
– Cześć córeczko. Mamy drobny poślizg. Wyjaśnię potem. Co? Nie nie widziałem. Michała? Dziwne, pod blokiem nikogo nie widziałem. Jak wygląda? rzucił nagle spojrzenie w lusterku Jeśli go zobaczę, dam ci znać.
Odłożył telefon na fotel.
– Przepraszam, przez mnie ma pan komplikacje? zapytałem.
– Nic się nie stało. Najważniejsze, żeby pies żył. Oddycha jeszcze?
– Słabo, ale tak.
– To dobrze. Damy radę.
Po dziesięciu minutach byliśmy już w klinice weterynaryjnej. Kierowca załatwił przyjęcie poza kolejnością przez swojego znajomego. Lekarze zabrali Reksa do środka.
Usiadłem na korytarzu, sprawdziłem telefon kilka nieodebranych od Magdy, SMS: Michał, gdzie jesteś, wszystko w porządku?.
Wypadało odpisać, ale teraz kompletnie nie miałem głowy do tłumaczeń.
Myślałem już tylko o psie.
Nawet zapomniałem podziękować kierowcy.
Gdy wybiegłem po chwili przed wejście, auta już nie było.
Wróciłem, żeby dopytać lekarza. Już wtedy wiedziałem, że gdyby Magda mi nie wybaczyła, miałbym przynajmniej psa ktoś, z kim podzielę się troskami.
*****
Czekałem prawie godzinę. Z otwartych drzwi gabinetu nie wychodził nikt.
Aż do uszu dotarły mi znajome głosy przy recepcji. I nagle zobaczyłem Magdę, a za nią panią Wandę i tego samego kierowcę, który przed chwilą wiózł nas do kliniki.
Uśmiechnął się szeroko:
– A nie mówiłem córeczko, że będzie czekał przy psie? Twój Michał bardzo się przejmuje.
Od razu rozpoznałem rodziców Magdy, zamurowało mnie.
– Michał! Dlaczego się nie odezwałeś? Martwiłam się Magda biegła do mnie.
– Wybacz, Magdo. Po prostu bałem się, że twoim rodzicom nie spodoba się, jak przychodzę z bezdomnym psem do salonu.
– Ale ty głuptasie! roześmiała się Magda. Przecież mówiłam, że moi rodzice normalni ludzie. Nawet kochają zwierzaki mamy w domu trzy koty uratowane z ulicy.
– Naprawdę?
– Naprawdę.
Podeszli rodzice, uściśnięcie dłoni. Pierwsze poznanie.
– No i tak się poznaliśmy powiedział Lech Zawadzki, ściskając mi dłoń.
– Proszę, panie Michale dodała pani Wanda dziękuję, że pomogłeś temu psu. To czyn godny człowieka. I tak, Magda ma rację trzeba było przyjść od razu do nas. Mam nadzieję, że pies przeżyje.
– Przeżyje, przeżyje uśmiechnął się weterynarz, wychodząc na korytarz. Z taką opieką wróci do formy.
Jeszcze tego samego dnia mogłem zabrać Reksa do domu. Wygrzali go, został do obserwacji, ale na szczęście był silny.
– Miłość czyni cuda powiedział weterynarz na pożegnanie. Nawet martwego wyciągnie z tamtego świata.
Bardzo chciałem iść do siebie, ale Magda i jej rodzice przekonali mnie, żebym przyprowadził psa do nich. Trzy koty popilnują lepiej niż niejeden lekarz, a i nowe znajomości, i pies będzie miał ciepły dom.
Tak więc Reks, otoczony kotami i nie mogąc uwierzyć, że nie musi już marznąć i głodować, spał w salonie na kanapie, a ja siedziałem z Magdą i jej rodzicami przy kuchennym stole.
Nie trzeba się było bać fantastyczni ludzie. Ciepło, serdeczność i prostota tacy są naprawdę.
Po kilku dniach Reks wyzdrowiał na tyle, że mogłem go zabrać do swojego mieszkania.
Magda wyszła ze swojej sypialni z podróżną torbą:
– Mnie ze sobą nie zabierzesz?
– Ciebie? Mówisz poważnie?
– Bardziej niż myślisz A tak się składa, że rodzice nie pozwolili mi już nocować w domu.
– Jak to?
– Chcą wnuków. Twierdzą, że czas dbać o wielkość populacji Polski.
Nie wytrzymałem i roześmiałem się. Magda też. A Reks merdał wesoło ogonem.
Nie do końca rozumiał, co się dzieje, ale czuł, że dzieje się coś dobrego.
Taka to historia.


