Późny bunt

Późny bunt

17 listopada

Czy ja naprawdę rozumiem, co robię? Głos Lidii mojej córki był spokojny, niemal obojętny, i to właśnie to chłodne opanowanie odbierałam jako groźniejsze niż krzyk.

Rozumiesz, co to dla nas wszystkich znaczy? zapytała.

Stałam przy oknie i wpatrywałam się w szary, listopadowy Lublin, w deszczowe ulice, w ludzi uciekających pod parasolami, unikających wzroku innych.

Wiem, co to znaczy dla mnie odpowiedziałam w końcu cicho.

Dla ciebie Lidia powtórzyła to słowo tak, jakby rozważała je w myślach, dzieląc. Zawsze tak: dla ciebie. A my?

Wy już jesteście dorośli powiedziałam.

Mamo, masz sześćdziesiąt jeden lat.

Doskonale wiem, ile mam lat.

Lidia opadła ciężko na starego kanapę jeszcze z poprzedniego, warszawskiego mieszkania, z tamtego życia. Ileż to razy miałam ją wyrzucić, a zawsze zostawała z przyzwyczajenia? Z sentymentu? Może wydawało mi się, że wyrzucić ją to jak wyrzucić kawałek siebie.

Zastanowiłaś się, co sąsiedzi powiedzą? rzuciła jeszcze Lidia.

Nie odpowiedziałam od razu. I to była szczera prawda.

***

Zaczęło się wszystko w marcu. Pojechałam wtedy na weekend do znajomej, do Kazimierza Dolnego. Maria mieszkała tam już osiem lat, przeprowadziła się po śmierci męża, kupiła niewielki drewniany domek na końcu miasteczka, zrobiła warzywnik i, jak sama mówi, wreszcie zaczęła oddychać.

Ja przyjeżdżałam do niej co roku, zwykle w wakacje, ale w tym roku coś mnie pchnęło jedź teraz, nie latem. Teraz.

W marcu Kazimierz był cichy, chłodny i pusty. Na południowych zboczach czerniała ziemia, śnieg leżał jeszcze w zagłębieniach. Przechadzałam się po ulicach i pierwszy raz od dawna czułam prawdziwą ciszę. Nie pustkę, tylko właśnie ciszę tu zrozumiałam różnicę.

Maria przywitała mnie na progu w filcowych kapciach i starym płaszczu.

No nareszcie! powiedziała i ścisnęła mnie po swojemu. Kotlety już podgrzewam.

Siedziałyśmy potem przy herbacie, Maria opowiadała o sąsiadkach, o planach, by kupić kozę.

Koza? uniosłam brwi.

Czemu nie? Mleko do kawy, może nawet ser. Gdzieś czytałam proste to.

Mario, na oczy kozy nie widziałaś.

Roześmiała się. Tym lepiej się pozna!

Chciała wiedzieć, co u mnie. Pytała prosto:

Co się dzieje, że taka szara się zrobiłaś? Wybacz, ale widzę.

Spojrzałam na swoje ręce zwyczajne, ale już stare, z wyraźnymi żyłami.

Nic się nie dzieje.

No i to najgorsze. Najniebezpieczniejsze.

Zamilkłam. Za oknem zapadał niebieskawy zmierzch, zapaliła się pierwsza uliczna lampa.

Nazajutrz zabrała mnie na targ, nie do supermarketu, ale na prawdziwy bazar, gdzie starsze panie sprzedawały kiszoną kapustę i ręcznie dziergane skarpety. I tam, przy straganie z suszonymi grzybami, zobaczyłam go.

Nie poznałam od razu. Pewnie minęło ze trzydzieści pięć lat. Jednak coś w ułożeniu ramion, w ruchu, jak trzymał ręce w kieszeni, nie zmieniło się wcale.

Haniu? powiedział niepewnie.

Mietku odpowiedziałam.

Przez chwilę staliśmy tak, wśród zapachu grzybów i wilgotnej ziemi.

Mieszkasz tutaj? spytałam.

Drugi już rok. A ty?

Gościnnie, u przyjaciółki.

Potem milczeliśmy, ale nie czując skrępowania.

Nie zmieniłaś się powiedział.

Nieprawda.

Uśmiechnęłam się zaskoczyło mnie to.

***

Mieczysław Borowicz był moim kolegą z polonistyki w Lublinie, nie przyjacielem, nie ukochanym po prostu kolegą z grupy. Po studiach rozeszły się nasze drogi. On wyjechał do Torunia, ja zostałam w Warszawie, wyszłam za mąż, dzieci… Wiedziałam, że też ma córkę, jakąś rodzinę. Nic więcej.

Dogadaliśmy się z Mieczysławem na kawę wieczorem, w małej kawiarence na rynku. Maria pokiwała tylko głową:

Idź, przecież wiesz, że nie mam żadnych planów.

Kawiarnia była niemal pusta, drewniane stoły, stare fotografie Kazimierza na ścianach. Gadaliśmy długo, o wspólnych znajomych, o studiach, o głupotach, które kiedyś wydawały się takie ważne.

Wreszcie rzucił cicho:

Żona zmarła trzy lata temu.

Przykro mi powiedziałam.

Już… nie wiem, czy wtedy myślałem, że da się przywyknąć. Chyba nie ma na to słowa. Żyje się inaczej.

Rozumiem.

Mój były mąż, Janusz, zostawił mnie dziewięć lat temu, wyprowadził się do innej. Wszystko, co miał do powiedzenia, sprowadzało się do: Tak wyszło. Długo analizowałam winy, potem po prostu zaczęłam żyć: dzieci, wnuki, kółko literackie w bibliotece, Maria w Kazimierzu.

U mnie różnie odparłam.

Nie dopytywał. I za to byłam mu wdzięczna.

***

Wróciłam do Lublina, przekonana, że taka znajomość z bazaru to po prostu miłe spotkanie. Jednak tydzień później napisał. Znalazł mnie przez Marię. Jak dotarłaś? spytał. I zaczęliśmy się pisać. Najpierw sporadycznie, potem już codziennie, aż zauważyłam, że czekam na jego odpowiedzi.

Lidia szybko wyłapała nowy rytm:

Mama, ciągle siedzisz z telefonem.

Czytam.

Przecież mówiłaś, że oczy się od tego psują.

To się chyba myliłam.

W kwietniu Mieczysław napisał, że ma do załatwienia sprawy w warsztacie konserwatorskim w Lublinie. Może się spotkamy? Odpisałam, że oczywiście.

Spotkaliśmy się nad Bystrzycą, wiatr był lodowaty, ale światło już jasne, wiosenne. Założyłam płaszcz, którego prawie nie nosiłam. On czekał przy balustradzie, ręce w kieszeniach jak kiedyś.

Szliśmy bulwarem, wspominałam o chłopcu z mojego kółka, który napisał wypracowanie, że książki to okna do środka, nie na zewnątrz. Mieczysław przystanął.

Bardzo trafne. Osiem lat?

Osiem. Zdolny chłopak.

Patrzył na rzekę i słuchał, jakby to naprawdę miało znaczenie.

Zauważyłam, że nikt mnie tak dawno nie słuchał. I było mi dobrze.

Odszedł, mówiąc:

Chciałbym jeszcze raz przyjechać, jeśli mogę.

Możesz odpowiedziałam.

***

Lidia dowiedziała się w maju. Po prostu, któryś raz zadzwoniła, a ja nie odebrałam; potem oddzwoniłam i byłam rozkojarzona. Potem pytania, coraz ostrzejsze.

Kim on jest?

Kolegą ze studiów. Poznaliśmy się w Kazimierzu.

Mamo, masz…

Znam swój wiek, Lidio.

Milczała długo.

O co chodzi? Tylko się spotykacie?

Na razie odpowiedziałam szczerze.

Na razie… powtórzyła.

Nie tłumaczyłam. Nie ze wszystkim umiem.

Mój syn, Marek, zadzwonił z Warszawy. Po prostu spytał:

Normalny facet?

Tak.

No to dobrze.

I tyle. Długo myślałam, czy wolałabym taką reakcję, czy Lidia ma rację. Sama nie wiem.

***

Latem nasze życie nabrało nowego rytmu. Mieczysław wpadał do Lublina, ja jeździłam do Kazimierza. Chodziliśmy na targ, do muzeów, do kawiarni, pokazywał mi swoją pracownię zapach oleju lnianego i starego drewna, ikony stojące w półcieniu.

Nie boisz się dotykać rzeczy tak dawnych? spytałam.

Nie. Jest w tym coś dobrego wiedzieć, że coś było przed tobą i będzie po.

Wierzysz w to?

Zamyślił się. Nie wiem, jak to nazwać. Czuję, że to coś znaczy nie dlatego, że ktoś tak mówi.

Patrzyłam na ikonę, którą właśnie odnawiał. Była jasna, pogodna.

Janusz mówił, że marnuję czas na kółko w bibliotece. Za taką pensję nie warto mawiał.

A ty? spytał Mieczysław.

Też tak długo myślałam. Niemal do emerytury.

Nie komentował. Tylko na mnie spojrzał i to wystarczyło.

Jego dom był bardzo prosty, lecz z czasem ten nastrój spokoju zakorzenił się we mnie mocno.

Pewnego wieczora spytał:

Rozważałaś wyjazd na stałe? Tutaj? Albo gdzieś indziej?

Nie odpowiedziałam. Dzieci, wnuki, mieszkanie, praca… Wszystko tutaj.

Dzieci są dorosłe.

Skinęłam głową.

To nie zmienia niczego.

Wiem, tylko pytam.

I to pytanie już zostało ze mną.

***

W sierpniu przyjechała Lidia. Bez okazji. Po prostu z walizką, z zaciętą miną.

Ty to traktujesz poważnie?

Nie wiem przyznałam uczciwie.

To trochę dziwne, nie sądzisz? W naszym wieku?

Twoim czy moim?

Naszym, mamo. Tata żyje…

Tata mieszka z inną kobietą od dziewięciu lat.

Ale byliście małżeństwem trzydzieści lat.

To już właśnie nie to samo.

Lidia odstawiła filiżankę.

Myślisz, co powie Zosia? Co zrozumie?

Zosia ma osiem lat.

Rozumie wszystko.

Rozumie to, co jej wytłumaczymy.

A co wytłumaczymy?

Spojrzałam na córkę. Bardzo przypominała ojca. Kiedyś to mnie rozczulało, dziś nie wiem, jak to nazwać.

Że babcia spotkała dobrego człowieka. To wystarczy.

A potem?

Potem zobaczymy.

Zobaczymy… burknęła.

Mówię tak tylko wtedy, gdy naprawdę nie wiem, co dalej. To szczera odpowiedź.

Długo milczała.

Będziesz tego żałować.

Mogłabym żałować także tego, czego nie spróbuję.

Odwróciła się.

To filozofia. Od tego filozofia nie jest łatwiejsza.

Mnie też nie zawsze jest łatwo odpowiedziałam. Ale żyję z tym.

Wsiadła do popołudniowego pociągu. Przytuliłyśmy się mocno, jak zawsze. Wyjeżdżając czułam, że to czułość spleciona z napięciem.

***

We wrześniu chłód dał znać o sobie. Niby od sześciu lat na emeryturze, ale kółko literackie wciąż nadawało moim dniom rytm. Dzieciaki malowały ilustracje do książek, odgrywały scenki.

Kierowniczka biblioteki, pani Teresa, także już wiekowa, wiedziała o Mieczysławie. Nie bo ja się wygadałam widziała, że się zmieniłam. Byłam jakby bardziej skupiona na sobie, ale nie egoistycznie.

Coś u ciebie się dzieje, Hania powiedziała, bez cienia pytania.

Dzieje się.

Dobre?

Jeszcze nie wiem.

To i tak lepiej niż nic.

Roześmiałam się wtedy pierwszy raz od tygodni.

We wrześniu Mieczysław zaproponował wspólny wyjazd do Krakowa była tam wystawa rękopisów. Zgodziłam się. Wzięliśmy dwa oddzielne pokoje w małym hoteliku. Wieczorem siedzieliśmy w restauracji przy Wiśle; powiedział:

Nie spieszę się, nie naciskam. Jeśli czujesz presję to nie z mojej strony.

Wiem.

Chcę, żebyś to zrozumiała. Mam sześćdziesiąt trzy lata. Nie jestem chłopcem, który się obrazi, jeśli nie pójdzie po jego myśli. Po prostu cieszę się, że jesteś.

Trudno mi to było przyjąć.

Przywykłam, że za takimi słowami coś się kryje warunek, oczekiwanie.

Nie ma żadnych warunków.

Było mi po prostu dobrze. Bez napięcia, bez pośpiechu, pierwszy raz od lat.

***

W październiku zadzwoniłam do Lidii i zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, wyrzuciłam z siebie:

Mieczysław chce, żebym przeprowadziła się do Kazimierza. Myślę o tym.

Cisza trwała wieczność.

Naprawdę? Znasz go siedem miesięcy.

Osiem.

Osiem miesięcy! Wiesz, co to znaczy? To nic nie znaczy! Nic o nim nie wiesz!

Wiem wystarczająco dużo.

Czego się dowiedziałaś? Że jest ciło? Ludzie się zmieniają, mamo. Wszystko się zmienia!

Twój ojciec też się zmienił. Przez trzydzieści lat.

Nie odpowiedziała od razu.

To nie fair wyszeptała.

Nie chodzi mi o bycie „fair”. Chcę być szczera z tobą i z sobą.

Marek, gdy usłyszał ode mnie o tych planach, spytał tylko racjonalnie:

Wynajmiesz mieszkanie?

Tak.

A jakby coś się nie udało?

Marek.

No co? Pytam tak na wszelki wypadek.

Jeśli będzie trzeba, wrócę. Ale chcę spróbować, bez myślenia a co, jeśli….

Dobrze, tylko dzwoń często.

Po tej rozmowie patrzyłam długo na krople na szybie. Miałam sześćdziesiąt jeden lat i po raz pierwszy podjęłam decyzję tylko dla siebie. Nie przez okoliczności, nie przez przymus po prostu dlatego, że chcę.

To było obce, niemal upajające uczucie.

Napisałam Mieczysławowi: Potrzebuję jeszcze trochę czasu. Odpowiedział: Ile trzeba, tyle weź.

***

Maria dzwoniła raz w tygodniu i była neutralna. Nie namawiała, nie odradzała. Po prostu była.

Jak się nazywa twoja koza? spytałam.

Gertruda.

Serio?

Czemu nie? Jest zadziorna, pasuje.

Mario, ty zawsze byłaś nieprzewidywalna.

To dobrze, czy źle?

Zdecydowanie dobrze.

Słuchaj, gdybyś miała trzydzieści lat, długo byś się wahała?

Nie wiem. Wiek chyba nie ma tu nic do rzeczy.

Ma. Im starsze, tym trudniej ryzykować. Czasem to rozum, czasem strach pod przykrywką rozumu.

Zgodziłam się z nią strach głębiej ukryty. Bałam się, dawniej przed decyzją, potem przed jej brakiem.

Ale ten strach nie dotyczył Mieczysława. Chodziło o mnie. O to, kim jestem bez cudzych definicji: żona, matka, polonistka.

Kółko w bibliotece było pierwszą rzeczą, jaką wybrałam tylko dla siebie.

A teraz… to.

***

Pod koniec października wydarzyło się coś, czego nie przewidziałam. Zadzwoniła moja była teściowa, Helena, osiemdziesięciodwuletnia, samotna, ale pogodna kobieta.

Lidia mi powiedziała zaczęła bez ceregieli.

Co dokładnie?

O tym znajomym. O planach wyjazdu.

Milczałam.

Myślę, Haniu, że zasłużyłaś powiedziała spokojnie. Janusz nie potrafił cię docenić. Kiedyś tego nie mówiłam. Teraz już mogę. Jedź, jeśli tego chcesz. Wnukom nic nie grozi, mają dobre domy. Lidia się boi, że cię straci, ale to nie jest twoja odpowiedzialność.

Dla nich jestem babcią, mamą, kimś, kto zawsze jest. Ale czy widzą we mnie kobietę?

Nie odpowiedziałam.

No właśnie. Jedź. I dzwoń, zawsze się ucieszę.

Wpatrywałam się długo w gołe gałęzie pod oknem i myślałam, jak łatwo od zawsze wiele ról przykrywa tę jedną, najważniejszą kim jestem po prostu. Czy Mieczysław widzi mnie, nie funkcję?

Nie byłam pewna, ale bardzo chciałam wierzyć, że właśnie tak mnie odbiera.

***

Listopad przyniósł pierwszy śnieg i nieoczekiwaną rozmowę z Zosią, moją wnuczką.

Babciu, naprawdę wyjedziesz?

Sama nie wiem, kochanie.

A będziesz przyjeżdżać?

Obiecuję!

Babciu? Tam w Kazimierzu jest ładnie?

Bardzo. Białe kościółki, rzeka, pola.

Mama się boi, że tam zachorujesz i nie zdążymy…

Ścisnęło mnie w gardle.

Powiedz mamie, że jestem zdrowa i zamierzam taka pozostać.

Wiem. Ale każdy się boi.

I ja się boję, Zosiu.

Czego?

Wielu rzeczy. To normalne.

Mówiłaś, że odwaga to nie brak strachu, tylko działanie mimo niego.

Dobrze pamiętasz.

Ja wszystko pamiętam, babciu. Dobra, muszę kończyć, bo mama będzie szukała tabletu. Kocham cię!

***

W połowie listopada pojechałam do Kazimierza, nie na weekend na cały tydzień. Zabrałam ciepłe rzeczy, poprosiłam Teresę, by doglądała poczty. Mieczysław odebrał mnie z dworca, jechałam przez pola, na które spoglądałam w marcu. Coś się domknęło.

W niewielkim domu szło nam razem zaskakująco naturalnie. Parzyliśmy kawę w kuchni z widokiem na ogród, gotowałam, on sprzątał. Wieczorami padał śnieg miękko, tysiąc razy piękniej niż w mieście.

Nie czujesz się przytłoczona, żyjąc we dwójkę? spytałam raz.

Było mi duszno, kiedy żyłem nie po swojemu. Teraz nie.

Opowiadał mi bez żalu, bez sentymentalizmu o swojej żonie, Annie. Wspierała go, gdy w wieku czterdziestu lat po raz pierwszy zmienił całe życie, by zająć się renowacją zabytków.

Tęsknisz za nią.

Tak. Ale potrafię dalej żyć. Ty też to znasz?

Inaczej. Ale… tak.

***

Na piąty dzień zadzwoniła Lidia.

Mamo, tak szczerze. Co chcesz tym udowodnić? Sobie? Nam?

Patrzyłam przez okno na pierwsze gwiazdy.

Nie udowadniam już niczego. Chcę po prostu inaczej żyć.

I nie żyłaś po swojemu?

Nie narzekałam. Ale nie do końca tak, jak bym chciała.

Czego ci brakowało?

Zastanawiałam się. Miałam wszystko na papierze mieszkanie, dzieci, wnuki, pracę. Ale często czułam się jakby obok swojego życia.

Siebie mi brakowało szepnęłam.

Siebie?

Tyle znaczy co wszystko.

Chciałabym, żebyś była szczęśliwa.

Nie wiem, czy będę. Chcę próbować.

Dobrze, mamo. Dobrze.

Nie zgoda. Ale i nie opór.

***

Gdy nadszedł czas rozpakowania się, Mieczysław zapytał:

Zdecydowałaś?

Jeszcze nie do końca.

Boi się pomyłek?

Oczywiście.

Wiesz, są pomyłki, które popełnisz i się czegoś nauczysz. Są takie, które tylko omijasz i zawsze będziesz się zastanawiać co by było. Tych drugich się boję bardziej.

Mówił to, co sama odczuwałam, a nie miałam odwagi wypowiedzieć.

Wróciłam do Lublina wieczorem. Kiedy po herbacie usiadłam ze starą książką, otworzyłam na zakładce i przeczytałam frazę: Człowiek niesie swoje samotności, różnie z nią sobie radząc.

Napisałam Mieczysławowi: Przyjadę w styczniu. Na dłużej. Zobaczymy.

Krótko odpisał: Czekam.

***

Grudzień spędzałam na pakowaniu, wynajęciu mieszkania przez agencję, ostatnich spotkaniach z przyjaciółkami. Teresa przyjęła moją decyzję jak fakt.

Ostatniego dnia dzieciaki z kółka wręczyły mi wielką laurkę. Chłopak od okien narysował zasłonięte okno z napisem: Patrząc do środka. Schowałam kartkę do walizki.

***

Nowy Rok spędzałam u Lidii, z Zosią, zięciem Tomkiem, potem najechał też Marek z rodziną. Siedzieliśmy wokół stołu, było wesoło, dzieci biegały, dorośli dużo mówili.

Zosia wyszeptała mi do ucha:

Babciu, czy tam, dokąd jedziesz, są też takie pierogi?

Może nauczysz mnie swoich, jak przyjedziesz mnie odwiedzić.

Podczas rozmów Lidia ogłosiła beznamiętnie:

Mama wyprowadza się do Kazimierza w styczniu.

Marek tylko zapytał:

Na długo?

Zobaczymy odpowiedziałam.

Spojrzał na mnie i uśmiechnął się krótko, ale ciepło.

***

15 stycznia zadzwoniłam do Teresy:

Odchodzę z kółka.

Kiedy?

Od lutego, dam czas na znalezienie kogoś.

Do Kazimierza, do tego pana?

Tak. Do niego i… siebie.

To dobrze powiedziane, Haniu.

W ostatni dzień laurka chłopca była moim talizmanem.

***

23 stycznia przyjechałam do Kazimierza na dobre. Mieczysław pomógł mi wnieść walizki, pokazał mi mały pokój z doniczką pelargonii na parapecie.

Skąd pelargonia?

Kupiłem. Musi być choć jeden kwiat.

Podchodząc do okna poczułam spokój.

Jak się czujesz? spytał.

Jeszcze nie wiem. Spytaj za miesiąc.

Spytam.

Mieciu…

Tak?

Dziękuję, że nie ponaglałeś.

Dziękuję, że przyjechałaś.

***

Mijały miesiące, oswajałam się z nowym życiem. Maria przedstawiła mnie kilku paniom, z nimi założyłam mały klub czytelniczy przy wiejskim ośrodku kultury. Polubiłam to.

Z Lidią rozmawiamy raz w tygodniu, czasem częściej. Pyta już nie tylko jak się czujesz?, ale i a jak on?, co w klubie?, co czytasz?. Powoli się oswaja.

Zosia napisała do mnie pierwszy w życiu list. Narysowała dwie wieże i rzekę, na dole dodała: Babciu, przyjadę do ciebie niedługo, na wiosnę.

***

Wreszcie, w kwietniu, Lidia przyjechała sama, bez Zosi. Zasiadła w moim małym domu, rozejrzała się.

Tu jest… dobrze przyznała ostrożnie.

Jest cicho.

Nie tęsknisz za Lublinem?

Tęsknię. Ale tu jest mi dobrze.

On jest dobry?

Tak.

Jesteś szczęśliwa?

Nie wiem, czy to szczęście. Ale jest mi dobrze. Naprawdę dobrze.

Dobrze.

Zwykła rozmowa. O Zosi, pracy, samochodzie Tomka.

Wyszłyśmy przed dom.

Kwietniowe powietrze pachniało ziemią. Na drzewach pierwsza zieleń, prawie przezroczysta.

Mamo… nie wszystko rozumiem. Może nigdy nie zrozumiem.

Wiem.

Ale powinnaś wiedzieć jedno. Byłaś zawsze. Być może za bardzo przywykłam, że po prostu jesteś blisko.

Nadal jestem. Zawsze odbieram, kiedy dzwonisz.

Tylko teraz to inne blisko. Muszę się nauczyć.

Przyzwyczaisz się.

Lidia spojrzała na mnie, twarz jak tamtego dnia w szpitalu, kiedy trzymałam jej maleńką dłoń.

Pomyślę o tym powiedziała zawsze byłaś silniejsza ode mnie.

Nie. Tyle samo.

Z uśmiechem przytuliła mnie, mocno, z tą napiętą czułością.

Zobacz, twoja pelargonia już kwitnie powiedziała na koniec.

Widzę.

To dobrze.

Odeszła. Patrzyłam długo na jej plecy, prostą sylwetkę, pewny krok. Ulotna, znajoma mieszanka dumy i lęku.

***

Wróciłam do domu. Mieczysław już stawiał talerze na stole.

I jak? spytał tylko.

Dobrze.

Odłożyłam torebkę, rozłożyłam naczynia.

Myślisz, że dobrze zrobiłam?

Spojrzał prosto na mnie.

A ty jak uważasz?

Milczałam.

Myślę, że po raz pierwszy w życiu ta decyzja jest tylko moja.

I wystarczy.

Zjedliśmy zupę. Przez okno wpadł promień słońca, pelargonia wciąż kwitła. Nie wiedziałam, czy to już szczęście. Czułam, że jest mi dobrze wystarczy na dziś.

Wieczorem zadzwoniła Zosia.

Mama była dziś u ciebie?

Była. Rozmawiałyśmy.

Nie płakała?

Nie. Dlaczego pytasz?

Bo czasem płacze, kiedy myśli, że nie słyszę. Tęskni, wiesz?

Przytuliłam telefon.

Ja też tęsknię, Zosiu. Bardzo.

To dobrze. Jak się tęskni, to znaczy, że się kocha.

Uśmiechnęłam się.

Dobranoc, babciu.

Położyłam telefon, dołączyłam do Mieczysława w kuchni.

Z podwórka dobiegło szczekanie psa sąsiadów. To już moja zwykła, nowa codzienna cisza.

Myślę, że Zosia miała rację. Tęsknić to kochać. I odwrotnie.

Chyba właśnie taka jest moja własna, polska, dojrzała, nieidealna, ale moja codzienność.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

pięć × 4 =

Późny bunt