Ostatnia prośba
Nie wrócę już do domu… ciężko wzdychałem, kręcąc się z bólu. I już nigdy nie zobaczę Matyldy. Chciałem jej się oświadczyć, ale nie zdążyłem… Za co mnie to spotkało?
Proszę się tak nie zamartwiać uśmiechnęła się pielęgniarka, widząc jak zbledłem, gdy mnie przywieziono karetką. Wszystko będzie dobrze.
Wątpię ledwo wydusiłem.
Potem patrzyłem już tylko w milczeniu i z przerażeniem, jak przygotowują mnie do operacji.
*****
Nigdy nie lubiłem szpitali.
To było we mnie od dziecka zawsze tam coś bolało, a co gorsza, nikt nawet nie uznał za potrzebne się za to przeprosić.
No co ty, Karol, mazgaisz się? uśmiechała się pielęgniarka, która pobierała mi krew z palca. Jesteś już dużym chłopcem, za chwilę do szkoły pojdziesz, a ryczysz jak dziewczynka. Nie wstyd ci?
Patrzyłem na nią przez łzy i próbując się wyrwać bo nie dało się po prostu uciec z zabiegowego ryczałem nadal. Nie było mi wstyd. Było po prostu smutno i bolało.
Kiedykolwiek wracałem potem z mamą z przychodni, przysięgałem, że już nigdy, przenigdy do szpitala nie pójdę.
Nigdy i za nic. Wolę już umrzeć, ale moja noga tam więcej nie stanie powiedziałem kategorycznie.
Synku, co ty gadasz… próbowała mnie uspokajać mama. Lekarze pracują po to, by ludzie nie chorowali i żyli jak najdłużej. Oni są dobrzy. Nie masz się czego bać.
Aha, dobrzy… sapnąłem przez nos i spojrzałem na palec, z którego wysysali mi pół życia. Niech leczą siebie, a mnie zostawią w spokoju…
Nie muszę chyba nawet wspominać, co czułem, gdy siłą zawlekli mnie z usuniętym zębem do dentysty. Krzyczałem tak, że chyba było mnie słychać na cały blok przez zamknięte okno.
To były wspomnienia, których wolałbym nie mieć.
Nie dziwcie się więc, że już jako dorosły omijałem lekarzy i szpitale szerokim łukiem. Gdy tylko mogłem, robiłem wszystko, by nie mieć z tym nic wspólnego.
Ale los bywa przewrotny i pewnego razu trafiłem jednak do szpitala. Wyrostek.
Ból skręcił mnie tak bardzo, że Matylda, z którą miałem iść tego wieczora do restauracji, musiała wezwać karetkę.
Daj spokój, samo przejdzie… błagałem ją jeszcze.
Zwariowałeś, Karol? Przecież widzę jak ci źle. Wyrostek, mówię ci.
I tak, nie z własnej woli, wylądowałem w Szpitalu Miejskim nr 3 w Poznaniu.
Nie muszę wam chyba mówić, jak bardzo dostałem pietra, kiedy wyobraziłem sobie jak chirurdzy grzebią mi w bebechach. Siedziałem jak na szpilkach, tym bardziej, że sanitariusze przewozili właśnie kogoś na wózku, kto już się nacierpiał.
Wtedy właśnie pomyślałem: No koniec… Już nie wrócę do domu… I Matyldy więcej nie zobaczę. Nie zdążyłem się jej oświadczyć Za co mnie to wszystko spotkało?
Niech się pan tak nie denerwuje uśmiechnęła się pielęgniarka, widząc moją bladość. Wszystko będzie dobrze.
Wątpię
Operacja jest prosta, dojechał pan na czas. Gdyby pan zwlekał dłużej, mogłyby być powikłania.
Operacja poszła zgodnie z planem i, o dziwo, nie było tak strasznie. Ba, pierwszy raz w życiu miałem nawet pozytywne wspomnienia o szpitalu.
Uśpili mnie w sali operacyjnej, a po wybudzeniu wszystko najgorsze było już za mną. Wieczorem trafiłem do normalnej sali.
Spałem jak zabity właściwie do samego rana, budziłem się tylko na moment, gdy zmieniali kroplówkę.
A rano
rano zobaczyłem, że w sali leży jeszcze jakiś starszy pan.
Tego mi brakowało pomyślałem trochę zły zaraz zacznie ględzić i wspominać całe swoje życie.
Nie miałem ochoty na żadne rozmowy. Chciałem po prostu spokoju.
Nie zadzwoniłem nawet do Matyldy tylko napisałem jej SMS-a, że wszystko w porządku i schowałem telefon pod poduszkę. Zastanawiałem się jak bardzo nie w porę trafiłem do szpitala.
Z Matyldą mieszkaliśmy już razem ponad rok i właśnie tego wieczora chciałem się jej oświadczyć. Zarezerwowałem stolik w restauracji, dogadałem się z zespołem, by zagrali jej ulubioną piosenkę. Kelner miał w odpowiedniej chwili przynieść pierścionek.
Chciałem, by było pięknie.
No, ale nie wyszło. Los zadecydował inaczej.
I zamiast siedzieć z narzeczoną i snuć plany weselne, leżałem w szpitalnym łóżku, dzieląc salę ze starcem.
Ku mojemu zaskoczeniu, ten starszy pan nie zagadywał.
Przywitał się tylko, a potem milczał. Po cichu coś pod nosem mruczał tylko, gdy znów bezskutecznie próbował się do kogoś dodzwonić. Przez cały dzień wydzwaniał i wydzwaniał, a potem wyładowała mu się komórka.
Ładowarki nie miał, w domu została. Pielęgniarki nie miały też takiej starej do telefonu z guzikami.
Spojrzał więc na czarny ekran i rozpłakał się.
Dziwnie nieswojo mi się zrobiło i trochę wstyd, że oceniłem go z góry.
Odczekałem chwilę i niezgrabnie przesiadłem się na krawędź swojego łóżka nie wypadało gadać na leżąco i zapytałem troskliwie, czy wszystko w porządku.
Nie mogę się do syna dodzwonić powiedział smutno.
Nie wie, że pan w szpitalu?
Wie. Siostra zadzwoniła do niego, kiedy mnie przywieźli. Ale i tak nie chce ze mną gadać. Pokłóciliśmy się pół roku temu, tuż przed moimi urodzinami. Chciał oddać mnie do domu opieki, sprzedać dom, a ja się sprzeciwiłem. I nie o dom chodziło.
Starszy pan opowiedział mi, jak kilka dni wcześniej trafił tu z zawałem.
Lekarze go ustabilizowali, ale powiedzieli, że konieczna będzie operacja.
Na za dwa dni zaplanowali Boję się, że nie doczekam.
Panie Andrzeju, bez sensu się pan tak zamartwia. Lekarze są po to, żeby ratować ludzi. Ja wczoraj miałem wycięty wyrostek i żyję, jak pan widzi.
Lekko się uśmiechnął, ale nie tłumaczył różnicy między wyrostkiem a sercem.
Mam tylko psa jednej na ulicy… Chciałem poprosić syna, by się nim zajął, jeśli coś mi się stanie. Albo żeby znalazł mu kochający dom. Sąsiedzi raczej by Puszka nie wzięli mają swoje zwierzęta i nie będą szukać nowego domu. A syn mógłby spełnić moją prośbę. I nie za darmo dom z ogródkiem dostanie. Chciał go od dawna sprzedać. Ale nie odbiera. Nawet jak siostra szpitalna dzwoniła, nie zechciał ze mną rozmawiać.
Rozumiem zamyśliłem się.
Bardzo się o Puszka martwię. Co z nim będzie? Kto go nakarmi? Jak na ulicy przeżyje?
Stary dziwak pomyślałem z początku. Operację ma za dwa dni, a martwi się psem. Gdy jednak usłyszałem jego historię, jak się poznali, zmieniłem zdanie. To nie był jakiś tam psiak. Był dla niego wszystkim.
Znalazłem go w swoje urodziny, pół roku temu. Syn nie przyszedł nawet wtedy, innych krewnych nie mam. Żona nie żyje już pięć lat… Co ciekawe, przed moimi urodzinami mi się przyśniła – z psem na smyczy. Uśmiechała się do mnie. Pies ciągnął do mnie. Następnego dnia wyszedłem do sklepu, deszcz lał. Przy barierce był przywiązany pies. W sklepie spytałem, czyj nikt nie wiedział. Stałem z nim kilka godzin, miałem nadzieję, że właściciel się znajdzie. Ale nie Po zmroku już zrozumiałem, że ją zostawili na pastwę losu.
I pan wziął ją do siebie?
Zabralem Puszka do domu. Nie mogłem inaczej. Wiem, że brzmi to jak brednie starego dziadka, ale mam wrażenie, że żona zrobiła mi prezent na urodziny. Patrzy na mnie z góry, widzi że jestem sam i zesłała mi przyjaciela.
Wie pan, wszystko się może zdarzyć odpowiedziałem. Mimo że nie wierzyłem, nie chciałem zasmucać pana Andrzeja.
Potrzebował wsparcia.
Bardzo szybko się z Puszkiem zaprzyjaźniliśmy. Jeszcze przez trzy tygodnie szukałem właściciela ogłoszenia porozlepiałem po mieście. Ale nikt się nie zgłosił. Dziś nawet się cieszę. Puszek jest więcej niż przyjacielem, więcej niż psem. To cały sens mojego życia na stare lata.
Wieczorem długo myślałem o Puszku i bezduszności syna pana Andrzeja.
Jak można być tak wypranym z uczuć, by ignorować własnego ojca, gdy leży samotnie w szpitalu?
We śnie widziałem kundelka bardzo podobnego do Puszka. Spacerował samotnie po chodniku, rozglądał się i jakby na kogoś czekał.
Ja chodziłem za nim krok w krok nie wiem czemu, po prostu tak trzeba.
Obudziłem się, bo usłyszałem charczenie Andrzej łapał powietrze, trzymając się za serce.
Wezwać lekarza? spytałem zaniepokojony, skacząc z łóżka ku sąsiadowi.
Nie poczekaj. Zadzwoń do mojego syna, Krzysztofa. Masz numer na kartce na szafce. Powiedz, by przyjechał, żebym się mógł pożegnać. A jeśli nie będzie chciał, niech chociaż Puszka odda w dobre ręce. Czuję, że już go nie zobaczę. Ale pójdę spokojnie, wiedząc, że będzie bezpieczny.
Patrzyłem na niego, roztrzęsionymi rękami wybrałem numer z kartki.
Halo, to Krzysztof? Tu sąsiad z sali szpitalnej pańskiego ojca chciałem powiedzieć imię i nazwisko, ale dopiero wtedy zorientowałem się, że właściwie jeszcze się nie poznaliśmy.
Andrzej Władysław wykrztusił pan Andrzej.
Andrzeja Władysława, pańskiego taty. Jest bardzo słaby, prosi by pan przyjechał.
Umiera, czy co? w jego głosie zabrzmiała dziwna ulga. To szpital miejski trzeci? Bo zapomniałem.
Tak. Sala na piętrze trzecim, numer 314.
Na wszelki wypadek podałem też dokładny adres, rzuciłem telefon na łóżko i pobiegłem po pielęgniarkę. Na szczęście długo nie szukałem spała za biurkiem w korytarzu.
Wyjaśniłem co się dzieje i wróciłem do sali.
Jak się pan czuje, panie Andrzeju? Zaraz będzie lekarz. Proszę się trzymać. Do śmierci jeszcze daleko! Syn jedzie, pewnie będzie rano. Słyszy mnie pan? Proszę nie zamykać oczu!
Serce pana Andrzeja przestało bić jeszcze zanim lekarz zdążył wejść do sali.
Przyszedł z pielęgniarką zbadał puls, dotknął szyi, spojrzał w źrenice i wyszedł, mamrocząc pod nosem.
Po niespełna dwudziestu minutach pojawili się ci sami sanitariusze, których widziałem, gdy mnie wieźli na operację.
*****
Ojciec zmarł mi na rękach powiedziałem Krzysztofowi, gdy przyszedł rano.
No i dobrze odparł sucho. Przynajmniej się nie męczył i nikomu nie był ciężarem. Wie pan, jak to bywa… Starsi tylko łóżko zajmują, opiekować się nimi trzeba, czasu szkoda. Mam rodzinę, pracę… Dobrze, że poszło szybko.
Pan Andrzej bardzo prosił, żeby pan znalazł dom dla psa, Puszka wtrąciłem.
Tego psa?! A, tak, przygarnął jakiegoś kundla z ulicy. Ale co mnie to obchodzi? Przez niego nie chciał iść do domu opieki. Tłumaczyłem mu, że to dla jego dobra, a on swoje… Teraz dom mój i będę miał z głowy problem.
To była ostatnia prośba pańskiego taty spojrzałem na niego z wyrzutem. Tak trudno jej dotrzymać, zwłaszcza, że dom z ogrodem dostanie pan za to?
Spojrzał na mnie dziwnie, ale nie odpowiedział. Wziął stary telefon i kartkę z numerem tyle zostało panu Andrzejowi i wyszedł, trzaskając drzwiami.
Zostałem z myślami. Żal mi było starszego pana. Dożył siedemdziesięciu siedmiu lat, ale niektórzy potrafią dożywać i stu.
I on by pewnie dożył ale los miał inne plany.
Dziwny jest ten los… I pies został sam.
„Wątpię, czy Krzysztof dotrzyma ojcu słowa myślałem. Dom sprzeda, a Puszek… zostanie na ulicy. Może sąsiedzi podrzucą mu coś, ale pewności nie ma.”
Znów przyśnił mi się pan Andrzej szukał po ulicach swojego psa, łzy płynęły mu po policzkach.
Obserwowałem całą scenę z boku i sam nie mogłem powstrzymać łez.
Choć sam sobie kiedyś przysiągłem, że nigdy nie będę płakać jak dzieciak.
Te sny trwały nawet po powrocie do domu. Matylda szybko to zauważyła.
Karol, wszystko w porządku?
Tak, tylko się zastanawiam.
Nad czym?
Znałem w szpitalu starszego pana, miał tylko syna, ale byli skłóceni. Umarł, a pies został sam.
Nie miał kto go zabrać?
Tylko syn, ale nawet się nie pofatygował, by zaopiekować się psem. Gdy przyszedł, ojca już nie było. Powiedziałem mu o psie, ale mam przeczucie, że go to nie obchodziło. Dom był ważniejszy jeszcze w szpitalu dzwonił do pośrednika nieruchomości, pytał, czy musi odczekać pół roku by zbyć nieruchomość. Martwię się o tego psa, choć nigdy go nie widziałem.
To pojedźmy i poszukajmy go zaproponowała Matylda. Jeśli Puszek dalej jest samotny, przygarniemy go.
Serio? Nie przeszkadzałby ci pies?
Skąd! Super będzie, jak będziemy mieli psa. Będziemy razem chodzić na spacery.
No to super uśmiechnąłem się i pocałowałem ją. Tylko nie mam adresu.
Szpital pewnie ma Matylda się uśmiechnęła. Zdobyciem informacji się zajmę. Ale po drodze do sklepu trzeba kupić porządną kawę i czekoladę.
Okazało się, że kawa i dobra czekolada działały cuda recepcjonistka nie chciała podać adresu, ale Matylda tak uroczo się do niej uśmiechnęła, pokazała słodkości, a ja wytłumaczyłem sprawę, że zaraz, choć nerwowo, napisała adres na kartce.
Po czterdziestu minutach byliśmy pod domem pana Andrzeja drewniane ogrodzenie, wszystko zadbane.
Podeszliśmy pod bramę psa nie było.
Z domu obok wyszła kobieta.
Szukacie kogoś? spytała zza furtki. Tamten dom stoi pusty.
Wiem przyznałem Pan Andrzej był moim współlokatorem w szpitalu. Umarł mi na rękach.
Ojej… Bardzo żałuję. Wspaniały człowiek, dobrych ludzi coraz mniej. Syn nawet nie zorganizował pogrzebu jak należy. Po cichu gdzieś go pochował i już remont planuje. Chce sprzedać dom.
Od Krzysztofa innego zachowania nie oczekiwałem… Nie widziała pani Puszka przypadkiem? Pan Andrzej strasznie się o niego martwił.
Widziałam, jasne. Cały czas siedział pod bramą. Czekał, aż pan Andrzej wróci. Kiedy zmarł, wył całą noc, a potem sąsiad po prostu go wywiózł. Sam teraz zniknął pewnie wrócił do Warszawy.
Nie wie pani, gdzie go zawiózł? I jak wygląda ten pies?
Maleńki, śliczny. Poczekać, mam zdjęcie. Zaraz pokażę.
Wyjęła telefon i pokazała mi zdjęcie Puszka rudawe futerko, zadbane uszy, spojrzenie pełne ufności.
To przecież corgi! zakrzyknęła Matylda. Boski pies.
Pytałam Krzysztofa podobno kogoś znalazł, by go oddać. Sam nigdy nie lubił zwierząt. Zresztą, on zawsze był cwaniakiem.
Podziękowaliśmy sąsiadce i wróciliśmy w milczeniu do samochodu.
Oboje mieliśmy żal do siebie, że tak późno przyszło nam do głowy, by pojechać po psa.
Może gdybyśmy przyjechali wcześniej, moglibyśmy go uratować.
Teraz nie wiedzieliśmy, co się z nim dzieje.
Może syn dotrzymał słowa… A może po prostu się go pozbył?
Krążyliśmy po okolicy, pytaliśmy spacerujących bez efektu.
Gdy zadzwoniłem do Krzysztofa, by zapytać wprost, gdzie jest pies, okazało się, że dodał mnie do czarnej listy. Telefony odrzucał, nie odpowiadał na SMS-y.
Miejmy nadzieję, że Puszek trafił w dobre ręce powiedziała Matylda, widząc moją minę.
Oboje wiedzieliśmy, jak płonna była ta nadzieja…
A potem, jakby przypadkiem, znowu los postanowił nam pomóc.
Przed nami korek, więc Matylda skręciła na objazd.
Po kilku kilometrach zwolniła i pokazała palcem na pobocze.
Na trawie siedział pies dokładnie taki, jak ze zdjęcia sąsiadki.
Karol, to nie Puszek?
Zaraz sprawdzę odpowiedziałem i wyskoczyłem z auta.
Im bliżej podchodziłem, tym bardziej byłem pewien to on.
Puszek! Puszek! zawołałem z nadzieją.
Piesek odwrócił się, wystraszony, popatrzył na nas
To był on. Uklęknąłem obok pieska i wyciągnąłem rękę.
Nie bój się, Puszek. Twój pan bardzo chciał, bym się tobą zajął. Pójdziesz z nami do domu?
Piesek przez chwilę węszył, jakby coś rozpoznawał. I nagle wagę ogona, szczęśliwe spojrzenie…
Nie mógł się mylić ręce wciąż pachniały Andrzejem.
Wtulił się do mnie jak do najbliższej osoby na świecie.
Patrzyłem, jak Puszek z radością tuli się do Matyldy, a ona śmiała się i płakała naraz.
Chwilę później siedzieliśmy we trójkę w samochodzie, szczęśliwi i spokojni.
Puszek wreszcie trafił do ludzi, którzy byli mu potrzebni naprawdę.
Którzy go nie porzucą, jak Krzysztof.
Teraz miał nowy dom, nowych opiekunów i dłoń, która pachniała Andrzejem.
Czego psu do szczęścia trzeba więcej?
*****
I oto kochający syn powiedziałem z niezadowoleniem już w domu. Zaopiekował się psem, jasne…
Karol, nie przejmuj się nim. Ważne, że mamy Puszka. Teraz będzie mu dobrze. Krzysztof kiedyś życie samo odda mu to, co dał ojcu. Kiedyś też zostanie stary, dzieci odwrócą się od niego i wtedy zrozumie. Ale wtedy już nie cofnie niczego.
Masz rację… spojrzałem na Puszka, który smacznie spał na kanapie. Machnął łapką, jakby śnił radosny sen.
Chyba wiedziałem, dokąd biegnie do Andrzeja.
Przekaż pozdrowienia Andrzejowi pomyślałem, wyciągając z szafki pudełeczko z pierścionkiem.
Tego wieczoru wreszcie oświadczyłem się Matyldzie.
Nie w restauracji, nie tak wymyślnie, jak planowałem, ale z pełnym przekonaniem, że nie trzeba czekać na lepszy moment.
Zgodziła się bez wahania.
Taka to historia…


