Trudne szczęście
Co ty mówisz, rozwodzimy się? Krzysiek, to jakiś żart?
Jadwiga patrzyła na męża, nie wiedząc, co o tym wszystkim myśleć. Rozwód? Przecież byli razem prawie dwadzieścia pięć lat! Za dwa tygodnie mieli świętować rocznicę albo już nie będą? Myśli jej się plątały. Co z przyjęciem, gośćmi? Zaproszenia dawno wysłane Wszyscy przyjadą. Rodzina się zjedzie. Znajomi wydzwaniali, pytając, co kupić w prezencie A niektórzy, jak Ania, najlepsza przyjaciółka, już wysłali podarek. Szkoda tylko, że nie przyleci. Za daleko jej, a w szóstym miesiącu ciąży nie ma co się pchać w samolot. Niech siedzi w domu. Jeszcze się spotkają i poświętują przy innej okazji. Ania przecież była ich swatką. To ona ich przedstawiła Jadwigę poznała z Krzyśkiem, ze swoim kolegą z uczelni. Na weselu najbardziej się darła, krzycząc gorzko!, za co Jadwiga pogroziła jej kwiatami, których nawet nie rzucała, tylko oddała przyjaciółce.
Nie rozumiem, czemu twój Adam zwleka? Przegapi taką dziewczynę?
No i gdzie on niby pójdzie? Ania poprawiała Jadwidze fryzurę. Wszystko w swoim czasie, Jadzia. Jeszcze nie dorósł. Po co mi niedojrzały mąż? Przemęczyć się dwa lata i rozwodzić? A później podział majątku, dzieci, rodzina, wszyscy mnie już będą uwielbiać? Nie, lepiej poczekam aż dojrzeje.
Ty to wszystko za bardzo planujesz! śmiała się Jadwiga, patrząc jak Ania poprawia makijaż.
Ja nie umiem na pół gwizdka. Jak brać to od razu wszystko!
A dzieci, Aniu? Od razu cała gromadka?
Jasne! Chcę bliźnięta! Raz się przemęczę i komplet z głowy! Mam szansę. U mnie w rodzinie były bliźniaki, u Adama też.
A opiekować się będziesz sama!
Dwójkę łatwiej wychować niż jednego.
Dlaczego niby? Jadwiga słuchała z zaciekawieniem. Anka była zawsze bystra i pragmatyczna. Jak coś wymyśliła, to dopinała do końca. Dbała przy tym, żeby nikt nie ucierpiał chyba że ktoś robił po swojemu, wtedy się odsuwała i patrzyła, jak rodzice karcą tego sprytnego.
Proste, Jadzia! Zdrowa konkurencja, zawsze mają się z kim bawić, a ja matka roku przecież ogarniam dwójkę! Mało? Jeszcze wymieniać?
Nie trzeba! Jadwiga się śmiała, ale czuła, że jej przyjaciółka zdobędzie wszystko, co sobie zaplanowała.
No i tak się stało, z tym że los miał chyba jeszcze większe poczucie humoru niż Ania: zamiast bliźniąt, urodziły się trojaczki. Jak na próbę czy da radę?
Poradziła sobie doskonale. Do tego czasu nawet krewni Adama ją pokochali. Nigdy się nie poświęcała, nie robiła z siebie ofiary, ale zawsze była gotowa pomóc. Najczęściej polegało to na rozsądnym zorganizowaniu Adama, który wolał się nie wtrącać w cudze kłopoty.
Przyjdzie czas, to nam będą pomagać. Co wtedy? Pocałujemy się w nos? Nie chcę tak, kochanie! Masz ochotę na ziemniaki z grzybami to jedź do mamy i zmontuj nową szafę. Dwie godzinki, a mamie miło. Powiedz, że okna ogarnę następnym weekendem.
Więc gdy Ania potrzebowała pomocy przy dzieciach, miała do dyspozycji dwie babcie i dziadka. Ojciec Ani już nie żył, więc każda para rąk była na wagę złota. Ania urodziła, dzieci wyrosły; jedno przez pewien czas było w inkubatorze, a ona poszła na studia.
Zwariowałaś? Jak ty chcesz wszystko pogodzić? Jadwiga nie mogła tego pojąć.
Kto postawi złą ocenę mamie trojaczków? Mózg mi nie zwiotczeje na wychowawczym, a potem będę i prawnikiem, i ekonomistką! Same plusy.
Dyplom zdobyła i pracę znalazła, szefowi wmawiając, że cała pensja pójdzie na nianię.
Aniu, ale to ci ledwo wystarczy.
Niania jeszcze niepotrzebna, babcie ogarniają, a szef nie musi o tym wiedzieć. Potrzebuję doświadczenia, Jadzia. Papier to nie wszystko. Najpierw zacisnę pasa, a potem sama wybiorę sobie warunki.
Jadwiga patrzyła na życie Ani i zastanawiała się, jak jedna kobieta daje radę być wszędzie i zawsze? Sama zawsze miała z tym problem już od dzieciństwa ciężko podejmowała decyzje, nawet rajstopy do przedszkola było trudno wybrać.
Ty za to, jak już coś zdecydujesz, to na 200%. Nie to co ja, zawsze rozdygotana Anka ją pocieszała. Jesteś konserwatywna, Jadzia. A tacy ludzie są najbardziej na świecie niezawodni.
Niezawodni… No jasne! Widać Krzysiek to docenił! Ale jak on mógł? Po co ten rozwód? Przecież wszystko było dobrze No tak, brak dzieci komplikował ich życie, ale pogodzili się z tym. Jadwiga wolontariowała w domach dziecka i zdała sobie sprawę, że nie potrafiłaby wziąć obcego dziecka. Nie chodziło o siły czy pieniądze. Bała się, że nie pokocha tak, jak powinna. Nie potrafiła wyjaśnić, o co dokładnie chodzi, ale czuła, że do czegoś takiego potrzeba więcej niż same chęci.
Po prostu nie spotkała pani jeszcze swojego dziecka mówiła dyrektorka domu dziecka, pani Teresa, z którą się zżyły przez lata współpracy charytatywnej. Jak zobaczy pani to swoje, wszystko się od razu wie. Nic już nie powstrzyma, żadne kłopoty, żadne trudności.
A jak nie zobaczę? A jeśli nie jest mi dane być matką? Jadwiga rozkładała prezenty dla dzieci pod choinką.
To nie. Lepiej tak niż wziąć na siebie odpowiedzialność, której się nie podoła. Lepiej nie próbować, niż oddać potem dziecko. Mieliśmy tu już kilka takich historii. Widzisz Piotrka? Dwa razy go oddano.
Przecież on jest malutki! Ile ma lat?
Zaraz skończy siedem. W pierwszej rodzinie był dwa lata, w drugiej rok.
Dlaczego? Jadwiga łapała się za głowę.
Pierwszym razem adoptowali, a potem urodziło im się własne. Smutne, ale bardzo częste. W drugiej rodzinie przeliczyli siły mieli własną dwójkę i troje przybranych. Na Piotrka zabrakło miłości. Zamknął się w sobie, odmówił nawet jedzenia, prosił, by go oddać z powrotem, bo tu mnie nie kochają.
Jak to? Jadwiga była wstrząśnięta.
Po prostu. Psycholog próbował pomóc, ale nic z tego.
Ta rozmowa sprawiła, że Jadwiga omal nie zaczęła załatwiać adopcji Piotrka od razu. Opamiętała ją Ania:
Masz pewność, że masz tę miłość? Jeśli kieruje tobą tylko litość, to lepiej sobie odpuść. Chcesz być jeszcze jedną z tych, które go zranią? Może na próbę pożyczę ci jednego ze swoich dzieci? Zobaczysz, czy to naprawdę dla ciebie.
Jadwiga odmówiła. Do domu dziecka już nie jeździła, wspierała tylko finansowo, ale o Piotrku myślała ciągle. Był dla niej czymś w rodzaju latarni, pokazującej, jak (i dlaczego) nie robić nikomu krzywdy.
Oparła się ramionami o siebie. Zimno Dlaczego tak zimno? Jesień dopiero, a kaloryfery już grzeją! Może powinna pomóc Krzyśkowi się spakować? Jakie ubrania? Ciepłe się przydadzą? Zima zaraz się zacznie, lato trwa tu krótko… Inaczej niż u mamy w Zakopanem! Tam nie wiedziała nawet, co to zmarznąć: całą zimę w kurtce i już, rzadko cieplejsza potrzebna była. Nagle zrozumiała, za czym najbardziej tęskni. Za mamą. Chciałaby, żeby ją przytuliła i zabrała na kilka dni w góry. Tylko one dwie i spokój Ale mamy już nie ma. I teraz nie będzie też Krzyśka
Boże, ona nie chciała tej wolności! Potrzebowała męża. Jak dawniej kawa na śniadanie i czasem w nocy, długie rozmowy do świtu, nieplanowane wyjścia do teatru czy na wycieczki. Nigdy nie byli dobrze w planowaniu. Najlepsze chwile zawsze spędzali przypadkiem, bez szczególnej organizacji. Krzysiek dzwonił w środku dnia i mówił:
Jadźka, czym się zajmujesz?
Rzucam wszystko! Pojeździmy gdzieś?
I rzucała wszystko, po godzinie spacerowali po lesie w milczeniu albo gawędzili o byle czym i było dobrze…
Teraz to dobrze już się skończyło. Zostało w jej przeszłości. Ona będzie pamiętać, a on już nie. Przed nim życie. Nowa wybranka, dziecko Dziecko! O to chodzi? Czy może o to, że już dawno ich małżeństwo było tylko na pokaz? To jeszcze mogła jakoś próbować zrozumieć. Ale jeśli całość była kłamstwem? To znaczyłoby, że nie potrafiła uczynić ani jednej osoby szczęśliwą przez tyle lat
Jadwiga stała w kuchni, przyciskając kolana do gorącego kaloryfera, niezdolna się ruszyć. Słyszała, jak Krzysiek krząta się po mieszkaniu, otwiera szuflady komody, trzaska drzwiami. Dygotała, aż doniczka z jedyną rośliną, którą kiedyś podarowała jej Anka, przesunęła się na krawędź parapetu. Kiedy drzwi wejściowe wreszcie trzasnęły, Jadwiga opuściła ręce, wbiła palce w parapet, jakby chciała go połamać, potem wyprostowała się, zepchnęła doniczkę na podłogę i krzyknęła.
Nie poczuła ulgi. Ciemna ziemia rozrzucona po kuchni i potłuczone doniczki jakby ją otrzeźwiły. Tak, wszystko się rozsypało Teraz wszystko widzi czarne. Nie ma już światła. Odszedł, zamknął drzwi i zostawił ją samą. Musi szukać drogi po omacku, bo już nic jej nie prowadzi.
Chyba że…
Oderwała się od kaloryfera, przeszedła przez kuchnię, nie zważając na ból w skaleczonej stopie, doszła do sypialni, zdjęła telefon z ładowarki.
Aaaaania
To nie był płacz Coś prawie zwierzęcego, wywołanego ogromnym bólem, wyrwało się z Jadwigi i nie była w stanie wykrztusić słowa. Ale Ania nie potrzebowała słów, zrozumiała natychmiast.
Krzysiek odszedł?
Taaak
Dobrze. Słuchaj, jutro jestem u ciebie.
Zwariowałaś! Jadwiga oprzytomniała na dźwięk rozkazującego tonu przyjaciółki. Nie rób tego! Nie chce cię narażać, sama się nie wybaczę Zaczekaj urwała, przeczuwając coś. Wiedziałaś?
Nie, ale przeczuwałam. Jak byliście ostatnio, Krzysiek nie patrzył mi w oczy. Teraz wszystko jasne. Jadzia, to lepiej tak.
Lepiej? Nic mi nie zostało! Całe życie na nic Co mam teraz robić?
Kup sobie sukienkę.
Co?!
Sukienkę. Taką, której nie chciałaś kupić, bo szkoda było pieniędzy. Idź i kup ją. Za chwilę mi pokażesz. Przestań płakać, nie siedź w domu! Od tego nic się nie zmieni. Kup sukienkę, a potem wsiadaj w pociąg albo w samolot. Czuję się świetnie. Chodźmy w góry.
Jakie góry, Aniu, ty zaraz rodzisz!
I co z tego? Jestem kaleką? Wynajmiemy coś z łazienką. Przewietrzymy się. Mi to też potrzebne. Felek ma zawody na tydzień, dziewczyny w Szczyrku na obozie sportowym. Moment idealny. Dawaj, czekam na numer lotu za pół godziny. Nie każ ciężarnej długo czekać!
Anka się rozłączyła, Jadwiga patrzyła na telefon, nie wiedząc, co ze sobą zrobić.
Odpowiedź przyszła sama. Wolnym ruchem wstała i podeszła do lustra. No i jest. Wiek cały wypisany na twarzy, ale jeszcze nie staruszka. Jeszcze nie! Dziewczyna to już nie, ale po co się przekreślać? Niech Krzysiek myśli, że się załamie nie ma na co liczyć! Anka miała rację.
Przemknęła palcami po włosach, rozprostowała plecy, wytarła resztki łez i postanowiła działać.
Telefon poszedł w ruch, kilka wiadomości unieważniło wszystko, co miała zaplanowane. Jeszcze tylko parę telefonów odwołujących restaurację i resztę. Gotowe!
Trzeba posprzątać. Zamiast wziąć odkurzacz, chwyciła za miotłę i szmatę i doprowadziła kuchnię do ładu. Doniczka się później kupi.
Sukienka pasowała jak ulał. Ta czerwona, na którą zawsze jej było szkoda pieniędzy, a która idealnie ją ożywiła. Przeważnie wybierała stonowane kolory, zostawiając śmiałe barwy Ani, która zawsze umiała przyciągać spojrzenia. Jadwiga wolała stać z boku Teraz coś w niej kliknęło. Może nie jest już taka szara?
Z lustra patrzyła inna Jadwiga. Zmęczona, rozbita, ale nie złamana. Jest tu jeszcze coś… czego nikt jej nie odbierze. Może nawet rozumie, czemu Krzysiek odszedł? Zwyczajnie przyzwyczaili się już do siebie, byli bardziej parą przyjaciół niż żoną i mężem.
Lot wypadł z przesiadką, więc miała czas się odstresować i nie załamywać.
Wypad w góry z Anką był idealny. Przegadały i przemilczały każdą wycieczkę. Ania potrafiła spojrzeć na sprawy z innej strony, że to, co było ważne, nagle traciło sens, a sprawy nieistotne stawały się najważniejsze.
Wracaj. Po co będziesz sama w Warszawie, Jadzia? Przecież dzieciaki wszędzie potrzebne. Nowe osiedle, żłobków możesz otworzyć ile chcesz. Tata twój podupada na zdrowiu. Sama mówiłaś, że trzeba go sprowadzić bliżej. Teraz nie musisz ruszać się z miasta. Możesz być bliżej i pomagać.
Jadwiga się zastanawiała. Pod koniec urlopu wiedziała już, że tak będzie lepiej.
Rozwód, sprzedaż mieszkania, samochodu, sprawy biznesowe Tu już nie było miejsca na sentymenty. Ze wszystkich sił próbowała oddzielić emocje, dwa razy spotkała się z Krzyśkiem i po wszystkim wykasowała numer z telefonu. Kazała sobie zapomnieć wszystko, co się z nim wiązało.
Kraków powitał ją prawdziwą wiosną kwitnące jabłonie, słońce. Od razu lepiej się oddychało. Postanowiła zamieszkać niedaleko ojca, ale nie z nim bo skromna, spokojna pani, którą spotkała raz w drzwiach, gdy weszła bez zapowiedzi, przywitała ją tak ciepło, że od razu wiedziała, że lepiej pozwolić ojcu mieć dom z nową kobietą. Miłość do matki już minęła, ojciec zasłużył na drugą szansę. Jadwiga cieszyła się dla niego.
Igor się nie spodziewał takiej drugiej młodości, co, Jadwisia? pani Halina patrzyła na jej tatę tak, że było wiadomo to jest miłość. Więc może i Jadwidze też się kiedyś uda?
Minął rok. Dwa otwarte przez nią nowe żłobki w Krakowie działały na pełnych obrotach, pracy nie brakowało. Ułożyła sobie wszystko na nowo zmieniła fryzurę, styl ubierania, wreszcie kupiła psa, o którym marzyła od lat i nadała mu imię bardzo polskie Mirek. Samotność czasem doskwierała, wieczorami wkradał się smutek. Bywało, że siedząc w kuchni, przesuwała zimną herbatę po stole i marzyła, by Krzysiek wszedł, zapalił światło i spytał:
Co się dzieje, Jadzia? Zrobię ci herbatę? Opowiesz mi wszystko.
Wiedziała, że odejść trzeba ostatecznie, ale nie potrafiła o nim zapomnieć.
Półtora roku po sprzedaży firmy przyszło powiadomienie z urzędu skarbowego. Trochę się nawet ucieszyła znów było coś do zrobienia, sprawy do ogarnięcia. Na miejscu okazało się, że to błahostka i po jednym dniu wszystko było załatwione.
Powłóczyła się więc jeszcze trochę po swoim dawnym osiedlu, popatrzyła na zamkniętą już jedną swoją placówkę, pod drugą pod oknem zobaczyła dzieci malujące przy sztalugach. Uśmiechnęła się, gdy młody nauczyciel udawał niedźwiedzia, rozbawiając przedszkolaki.
Jeszcze raz spojrzała na budynek i szyld, który zostawiono, potem ruszyła na przystanek. Zobaczyła stare bloki, w których mieszkała z Krzyśkiem. Po drodze park, w którym kiedyś co weekend spacerowali.
Nie wiedząc czemu, skręciła do środka ścieżka sama ją poprowadziła. Zobaczyła mężczyznę na ławce przy fontannie, bujającego wózek. Zrobiła jeszcze kilka kroków i tak, to był Krzysiek. Wyraźnie się postarzał prawie cały siwy, zawsze przedwcześnie łysiejący. Siedział jakby przygnieciony własnym smutkiem, nerwowo poruszając wózkiem.
Jadwiga przyspieszyła, autentycznie się spiesząc, jakby mogła dogonić własne życie. Krzyśka bolało, to była aż fizyczna rozpacz. Nie mogła tego zostawić. Wiedziała, jak mu pomóc jeśli by tylko pozwolił.
Krzysiek
Drgnął, spuścił głowę, ale poznał jej głos.
Cześć, Jadzia.
Usiadła obok niego na ławce.
Jak się masz?
To był idiotyczny pytanie, aż sama miała ochotę uciec, ale została, patrząc jak Krzysiek zatrzymał wózek i uniósł wreszcie na nią oczy.
Źle. Jakoś sobie nie radzę, Jadzia.
Dlaczego?
Wiedziała, że to moment, żeby oboje mogli się uwolnić od przeszłości.
Bo jestem sam. Bo roztrwoniłem wszystko, co w życiu miałem. Niechcący, jednym błędem.
Nieprawda Jadwiga czuła, że mogłaby oddać wszystko, byleby wyrwać z kalendarza te prawie dwa lata rozłąki. Masz więcej, niż myślisz.
Jadwiga wskazała głową na wózek.
Syn czy córka?
Córka. Ewa.
Młoda żona, dziecko Czego ci brakuje do szczęścia?
Nie mam żony już, Jadwiga. Marta zmarła przy porodzie.
Jadwiga przygryzła wargę z żalu nie czuła do Marty nienawiści. Było jej żal młodej dziewczyny, która, szukając szczęścia, trafiła na nie swój czas i miejsce. Krzysiek generalnie nie pije to wiedzieli wszyscy, więc jakim cudem pozwolił zabrać się tej dziewczynie z firmy na imprezie przed świętami? Tak się zdarzyło i tyle. Efektem tego przypadku było dziecko w wózku, które Krzysiek znowu bujał, żeby nie obudziła się.
Długo milczeli. Potem rozmawiali, przerywając sobie, poruszając stare tematy, aż Ewa się obudziła, szeroko otwierając swoje ciemne oczy na pierwsze zapalane latarnie i rosnące gwiazdy na wieczornym niebie.
Jadwiga wstała, żeby spojrzeć na dziewczynkę, i znieruchomiała nad wózkiem, patrząc w jej buzię.
W wyobraźni rozbrzmiał jej głos pani Teresy: Jak zobaczy pani swoje dziecko, wszystko będzie jasne.
Pół roku później właśnie ta Teresa zaprosiła ją do biura i przyprowadziła ciemnowłosego, poważnego chłopca.
Michał, wiesz, po co tu jestem?
Po mnie.
Chciałbyś zamieszkać u mnie?
Nie wiem. I tak mnie pani odda.
Chłopak patrzył na nią bez cienia nadziei. Maleńka iskierka w oku zgasła, gdy zadała to pytanie. Jadwiga sięgnęła po zdjęcia.
To pani mąż?
Tak.
A to pani córka?
Nie, Michałku. Nie moja.
Z iskierki zrobił się płomyk i Jadwiga nie pozwoliła mu zgasnąć.
To nie moje dziecko, Michałku, ale zostanę jej mamą. I twoją, jeśli będziesz chciał.
Odda mnie pani. Wszyscy oddają.
Ja nie. Wiesz, dlaczego?
Nie.
Bo wiem, co to znaczy wszystko stracić. Że zostaje ból i nikt już nie kocha. To jest bardzo trudne.
Ja wiem
A wiesz, kto to jest mama, Michał?
Nie.
To taka, która nigdy nie pozwoli swojemu dziecku zrobić krzywdy.
Szkoda mnie pani?
Jadwiga spojrzała mu prosto w oczy i pokręciła głową.
Nie. Ja chcę cię kochać, Michałku. Chcę, byś był szczęśliwy. Chcę, żeby Ewa miała starszego brata. Odważnego i dobrego. Jak myślisz, uda się nam?
Michał milczał, wpatrzony w jej twarz. Była piękna, ale widać było, że czasem bywa jej bardzo smutno. Sukienka w żywym kolorze tak przyciągała, że Michał wyciągnął rękę i dotknął rękawa.
Podoba ci się?
Bardzo.
Mi też. Kupiłam ją wtedy, kiedy było mi najgorzej. I wiesz co? Od razu poczułam się lepiej.
Ja też lubię taki kolor powiedział nieśmiało, i ponownie przejechał palcami po jedwabiu.
Michałku, my tu nic na próbę. My po prostu będziemy rodziną. Damy sobie szansę, co?
Kiwnął głową, a Jadwiga odetchnęła z ulgą.
Minęły dwa lata. Karkonosze. Po ścieżce lasem wędrowała czwórka ludzi. Ciemnowłosy szczupły chłopak pilnował zadziornej dziewczynki, która nie przestawała uciekać w krzaki.
Ewa, tam w lesie są wilki!
Nieee!
I niedźwiedzie! A głodne bardzo.
Ich mama nie gotowała im kaszy?
Nie, nie potrafiła.
A nasza umie.
No widzisz.
Niech ugotuje im kaszę. Nie będą głodne.
Mamo! Ewa mówi, żebyś ugotowała misom kaszę!
Manną? Jadwiga, lekko zdyszana, dogoniła dzieci.
Ale mamo! Ty nie umiesz manny, robią się grudki!
Ha, spryciara! podchwyciła córkę i ucałowała ją w czubek nosa. Tobie nie smakuje, ale misie by się cieszyły, i nawet z grudkami!
Daj im moją jutro! I daj im miód, co wczoraj kupiłaś!
A to już lubię sama! Kto będzie mnie woził na rękach? Idziesz do taty!
Jadwiga oddała Ewę Krzyśkowi, pogłaskała Michała po włosach.
No, Michał, co z tą kaszą dla niedźwiedzi?
Mamo, ja nie chcę jeszcze do domu. Nie zwiedziliśmy wszystkiego. Jeśli Ewa nakarmi tu wszystkie zwierzęta, to z hotelu nie wyjdziemy. Może niech póki co będą głodne?
Jadwiga roześmiała się i spojrzała ponad ramieniem.
Ewa, najpierw muszę się nauczyć robić dobrą kaszę, a potem już będę im gotowała.
Dobrze! Ewa zgodziła się bez protestu, aż Michał spojrzał na nią ze śmiechem.
O, mama! mrugnął chłopak do siostry.
Ojcze! zgodziła się Jadwiga. Lepiej na nią uważać, bo zaraz zamiast misiów i wilków, ona znajdzie tu jakiegoś stwora z legend i będziemy musieli go zabrać do domu, bo przecież jej go żal.
Ich śmiech poniósł się echem po polanie, znikając gdzieś wysoko w górach. Dzień zapowiadał się piękny i spokojny jak nowe życie.


