Przeklęty stary dom
– Przyjechaliśmy! Wysiadamy! kierowca zatrzymał ciężarówkę przy krzywym, drewnianym płocie i zgasił silnik.
Zuzanna delikatnie potrząsnęła Antosię, która spała pochylona na jej ramieniu.
– Córeczko, dotarłyśmy. Otwórz oczka.
Zaspana Tosia przetarła oczy piąstką i rozejrzała się po okolicy, próbując wypatrzyć dom.
– Mamo, tutaj teraz będziemy mieszkać?
– Tak, kochanie. Chodź, musimy rozładować rzeczy i zobaczyć, jak to wygląda w środku.
Zuzanna zeskoczyła z wysokiego stopnia na ziemię, biorąc córkę na ręce. Zaraz za ciężarówką wyszedł Bartosz, który przyjechał własnym autem zaraz za nimi.
– Wszystko w porządku?
– Tak. A gdzie klucze?
– Proszę były mąż podał jej pęk kluczy. Dokumenty do domu zostawiłem na stole, znajdziesz. W sobotę przyjadę po Antosię, jak ustaliliśmy.
– Dobrze.
– Pomogę z rzeczami i lecę dalej, mam dużo spraw.
Zuzanna skinęła głową. W środku czuła się jak rozdarta, ale wiedziała, że nie ma wyjścia trzeba żyć dalej. Najlepiej bez niepotrzebnych łez.
Przez pięć lat byli z Bartoszem małżeństwem. Miesiąc temu Zuzanna dowiedziała się, że Bartosz ma inną i to coś poważnego, planował z tą kobietą rodzinę…
Najpierw Zuzanna poczuła się, jakby wpadła do alternatywnej, przygaszonej rzeczywistości. Jak żyć dalej? Czuła się pusta i zagubiona. Jeszcze wczoraj miała stabilny dom i wszystko wydawało się poukładane, dziś… puf, wszystko zniknęło. Zniknęło nawet zaufanie do ludzi. Jeśli ktoś tak bliski potrafił ją tak po prostu zdradzić, to co mówić o reszcie? Przecież wydawało się, że żyli spokojnie, bez większych kłótni i nic nie zapowiadało tej zmiany. Właśnie dlatego, zupełnie nic nie zauważyła.
Ta wiadomość była dla niej ciosem, który ją kompletnie rozbił.
Zuzanna funkcjonowała na autopilocie zajmowała się Antosią, gotowała, sprzątała, pracowała. Nie potrafiła jednak posklejać się na tyle, by rozważać przyszłość, nawet o krok naprzód.
Mieszkanie, w którym mieszkali z Bartoszem, należało do jego rodziców.
Zuzanna miała tylko starszą ciocię Krystynę, mieszkającą w sąsiednim mieście. Jedyna, bliska jej osoba. Ponieważ nie mogła często jej odwiedzać, to zatrudniła sąsiadkę, która kupowała zakupy i doglądała starszą panią. Swoje mieszkanie po rodzicach wynajmowała na długi termin, a czynsz dzieliła na dwa konta: swoje i cioci. Wielokrotnie proponowała ciotce, żeby ta zamieniła domek na mieszkanie bliżej Zuzanny, lecz Krystyna nie chciała o tym słyszeć.
Bartosz oświadczył jej wprost o swojej zdradzie, wiedząc, że nie wywoła to u Zuzanny krzyków czy awantur. Taki już miała charakter zamykała się w sobie. Gdy dalej nie dało się ukrywać (bo życzliwi już ją o wszystkim poinformowali), wrócił do domu, poczekał aż Antosia zaśnie, i zawołał Zuzannę do kuchni.
– Wiem, że się dowiedziałaś. Nie będę się tłumaczył. Tak wyszło. Mamy córkę. Musimy wymyślić, jak to rozegrać, by najmniej ją dotknęło. Co planujesz dalej?
– Jeszcze nie wiem Zuzanna obejmowała dłonie wokół kubka i nie odrywała wzroku od blatu.
Wewnątrz szalały gwałtowne emocje i pytania dlaczego? i za co?, skakały jak szalone zające i nie dawały się uciszyć. Na zewnątrz jednak nie pokazywała nic. Nie chciała, żeby Bartosz widział jej rozpacz. Bolało ją tak, że aż trudno było złapać oddech. Ale w czymś miał rację trzeba przede wszystkim pomyśleć o córce.
– Chyba muszę zerwać umowę z lokatorami.
– Nie potrzeba. Jestem winny Tobie i Tosi. Dlatego pomyślałem, pogadałem z rodzicami i… Zuzka, a może byś się przeprowadziła?
– Gdzie? Zuzanna podniosła wzrok na tego, który jeszcze niedawno był jej mężem.
– Wiesz, że mama ma po dziadkach dom w sąsiednim miasteczku. Stary, ale solidny i ciepły. No i ciocia Krystyna mieszka na tej samej ulicy, prawda? Mama chce przepisać na Ciebie i Antosię ten dom. Co Ty na to?
– Odprawa po rozwodzie? zaśmiała się smutno Zuzanna. Ale zaczęła rozważać.
To chyba była najlepsza opcja. Po ulicach jej miasta nie chciała chodzić z obawą, że spotka Bartosza i jego nową partnerkę. Wszystko co było, budziło dziś ból. Spacerując z Antosią po parku, wszystko przypominało jej wcześniejsze, rodzinne chwile.
A teraz trzeba zacząć myśleć o przyszłości swojej i przede wszystkim dziecka.
Co właściwie traciła? Miasteczko było małe, ale miało dobrą szkołę, przychodnię, wszystko pod ręką. No i jedyną krewną, na której pomoc mogła liczyć. Antosia była jeszcze mała i wymagała uwagi. Wątpliwe, by Bartosz dbał o nie tak jak wcześniej. Trzeba będzie poszukać pracy…
Zuzanna zdecydowanie przytaknęła:
– Zgadzam się.
– To się cieszę! Bartosz wstał. Jutro mama zadzwoni, ustalcie termin u notariusza. Lecę!
Przy drzwiach jeszcze na sekundę zawahał się i powiedział cicho, bez spojrzenia:
– Przepraszam. Nie chciałem, by tak wyszło.
Zuzanna tylko skinęła głową, zamknęła drzwi, osunęła się po ścianie i przygryzając rękaw swetra, cicho zawyła. To był nie płacz, lecz skowyt. Pamiętała film przyrodniczy o wilkach w tej chwili czuła się jak ranna wilczyca.
Ryknęła długo. Płaczem wylała z siebie całą złość. Została pustka, wypalony środek. A jedna myśl, uporczywa jak motyl z przypalonymi skrzydłami, kołatała się w głowie: znajdź jakieś dobro, czym wypełnić tę pustkę i nie pozwól, byś utknęła w otchłani rozpaczy.
Następne tygodnie były tak trudne, że Zuzanna skupiała się tylko na przeprowadzce i sprawach z tym związanych.
I oto stała obok pochylonego płotu swojego nowego domu i patrzyła na przerośnięty, całkowicie zapuszczony sad, zza którego ledwo było widać dach i fragment ganku.
Antosia pociągnęła ją za rękę:
– Mamo, no chodź już! Chodźmy!
Ruszyły ścieżką, minęły starą jabłoń i stanęły przed domem.
Nie, nie pomyślała Zuzanna. To Dom, przez wielkie D. Trochę nadgryziony zębem czasu, ale wciąż solidny, z uroczym gankiem, kolorowymi szybkami i małym pięterkiem. W tej jesiennej scenerii dom wyglądał jak stworzony do fotografii. Rozpakowała aparat i zrobiła kilka zdjęć. Patrząc na swoje nowe miejsce, zrozumiała, że bardzo jej się tutaj podoba i że ogrom pracy, jaki czeka przed nią, jest jej wręcz potrzebny. Tosia stała z otwartą buzią i palcem w ustach. Zuzanna pociągnęła ją delikatnie za pompon czapki:
– Palec wyjmij z buzi, smok. Zaskoczył cię domek?
– Mamoooo, on jest taki piękny!
– Cieszę się. Ale zobaczmy, jak wygląda w środku i gdzie będziesz spać.
– Tak! Chodźmy szybciej!
Weszły schodkami na ganek i przez przeszklony przedsionek weszły do środka. Przestronny korytarz prowadził do kuchni i pokojów. Zuzanna oglądała pomieszczenia, rozważając, gdzie postawić meble.
Dom był niewielki: kuchnia, dwie sypialnie na dole, jeden pokoik na piętrze i duży salon-jadalnia z okrągłym stołem pod starym abażurem owiniętym szydełkową chustą. Było wilgotno, dawno tu nie grzano. A mimo to Zuzanna czuła ciepło i domową atmosferę.
– Zuzka! Wszystko wyładowane i zapłaciłem chłopakom. Bartosz zajrzał do dużego pokoju. Chodź, pokażę ci, jak odpalać ogrzewanie i piec.
Po ekspresowym instruktażu pożegnał się i pojechał.
Zuzanna ruszyła do kuchni.
Postawiła czajnik, wyciągnęła z torby pojemniki z obiadem dla córki. Podgrzała gulasz, chwyciła pudełko ze środkami czystości. Trzeba było umyć stół.
Kuchnia była mała, ale bardzo przytulna. Dwa wielkie okna wychodziły na sad. Pod jednym stał stół, który Zuzanna zaczęła porządkować. Tosia rozsiadła się na krześle, machała nogami i przyglądała się szafkom i kolorowemu abażurowi.
Nagle coś głośno stuknęło w szybę. Tosia pisnęła, a Zuzanna aż podskoczyła. Za oknem, na parapecie, siedział ogromny rudy kot.
– Dzień dobry bardzo! Musiałeś tak nas przestraszyć? Zuzanna odetchnęła. Tosiu, patrz, jaki piękniś!
Kot nie odrywał wzroku od Zuzanny.
– No, co się tak gapisz? Wchodź, skoro już przyszedłeś! Może znajdę coś na poczęstunek.
Kot zsunął się z parapetu i zniknął.
– Honor być zaproszonym, uśmiechnęła się Zuzanna. Tosiu, myj ręce! Obiad gotowy.
Zuzanna odwróciła się w stronę drzwi i zamarła. Na progu siedział kot.
– Jak się tu dostałeś? Przecież zamknęłam drzwi!
Kot milczał, patrzył ciepłymi, żółtymi oczami, uroczo mrużąc powieki. Zuzanna nie mogła się nie uśmiechnąć.
Wyjęła z pojemnika kawałek gotowanego kurczaka, podzieliła i wyłożyła na spodeczek:
– Chodź, częstuj się!
Kot z godnością podszedł i zaczął jeść.
Zuzanna sprawdziła drzwi wszystkie były zamknięte. Ale w głównych drzwiach znalazła mały otwór, prawdopodobnie stworzony dawno temu właśnie dla kotów.
No proszę! Wiedział, jak dostać się do środka, chytrusek.
Gdy Zuzanna wróciła, Tosia siedziała na podłodze przy kocie i coś mu opowiadała. Kot słuchał z uwagą. Pierwszy raz od dawna Zuzanna się roześmiała:
– Towarzystwo!
Córka i kot jednocześnie spojrzeli na nią a Zuzannie przez moment wydało się, że kot nawet wzruszył łapkami jak człowiek, tak zabawnie to wyglądało.
Ktoś zapukał do drzwi. Zuzanna pogroziła Tosi palcem:
– Zostań tu! i poszła otworzyć.
– Dzień dobry! Jestem twoją sąsiadką, Paulina Grzegorzewska. Mów mi po prostu ciocia Paula. Proszę kobieta wyciągnęła do niej litrowy słój mleka. Od mojej kozy. Pijcie na zdrowie!
– Dzień dobry! Zuzanna była trochę zaskoczona takim wejściem, ale szybko przypomniała sobie o dobrych manierach. Jestem Zuzanna. Miło mi panią poznać! Ooo, jeszcze ciepłe! Dziękuję bardzo! Zapraszam serdecznie!
Ciocia Paula z ochotą weszła do kuchni.
Zuzanna odstawiła mleko na stół, Tosia się odwróciła:
– Dzień dobry! Jestem Antosia.
– Witaj, Tosiaczku. A wiesz, czyj to kot?
– No jak to! Wiem, pewnie! To mój rozbójnik odpowiada sąsiadka. Nazywa się Maurycy. Za dużo je, to go wyganiam, bo z lenistwa myszy łapać nie chce, a porządny kot powinien!
– U nas też są myszy? zdziwiła się Tosia.
– No jasne! W domu na wsi zawsze znajdą się gryzonie, szczególnie jesienią. Więc
– Mamo, musimy mieć Maurycego! Musimy mieć kota!
Zuzanna roześmiała się:
– Cierpliwości, Antosia! Zobaczymy. A ciociu Paulo, czy wie pani, czy ktoś nie szuka u nas zajęcia? Muszę uporządkować sad i domek. Sama nie dam rady, męska ręka potrzebna.
– Jasne! Idź do Michała. Mieszka trzy domy dalej, zielona brama. Złota rączka, zrobi co trzeba i niedrogo policzy.
– Dziękuję! O, a może napije się pani herbaty? Dopiero się wprowadziłyśmy, ale mam jeszcze trochę ciastek.
– Chętnie, uśmiechnęła się ciocia Paula.
Piły herbatę i sąsiadka opowiadała o miasteczku, o rodzinie, aż nagle spytała:
– Zuzko, jak to się stało, że trafiłaś do tego domu?
– Dostałam w spadku, Zuzanna ukryła emocje pod uśmiechem. Nie chciała wdawać się w szczegóły.
– Dom już ze dwadzieścia lat stał pusty. Młodsi już nie pamiętają, ale starsi wiedzą nie najlepsza opinia chodzi o tym domu.
– Co pani mówi! Czym to jest spowodowane?
– Nie bój się! Nic złego się tu nie działo. Ale nikt długo tu nie mieszkał. Po dwóch-trzech latach wszyscy opuszczali jeden chorował, inny kogoś bliskiego tracił, ktoś szczęścia nie zaznał… Tę łatkę nadano temu miejscu. Zbudował go bogaty kupiec dla wybranki, a ta zmarła nagle po roku małżeństwa. On sprzedał dom i wyjechał. Potem już nikt długo nie zagrzał miejsca. Dom ma prawie sto lat. Remontowano go parę razy, ale jakoś nikt tu szczęścia nie miał…
Zuzanna zamyśliła się, obracając łyżeczkę.
– Cóż, innego nie mam. Zobaczymy, jak się tu żyje. Jesteśmy odważne kobiety, prawda, Tosiaczku? Tak łatwo się nas nie przestraszy! Zobaczymy, jaki to przeklęty dom!
Minęło kilka miesięcy.
Zuzanna urządziła się już w nowym miejscu. Tosia poszła do przedszkola, a Zuzanna pracowała w lokalnym zakładzie fotograficznym i dorabiała, robiąc zdjęcia z różnych uroczystości. Fotografia była kiedyś jej hobby, potem się przekwalifikowała, zrobiła kursy i zaczęła przyjmować zlecenia, jeszcze będąc w ciąży. Te umiejętności bardzo jej się teraz przydały.
Powoli uporządkowała dom i ogród. Pomocnik okazał się fachowy.
Potężny, postawny mężczyzna, którego poleciła jej ciocia Paula, przedstawił się krótko:
– Mów mi Michał albo Michaś. Jestem do twojej dyspozycji.
Wysłuchał, co trzeba zrobić i zabrali się wspólnie do porządkowania sadu, gdzie odkryli mnóstwo drzew i krzewów owocowych. Zuzanna już wiedziała, że przy odpowiedniej pielęgnacji, Antosia będzie miała własne owoce i jagody przez cały sezon. Potem z Michałem naprawili dach, ganek i schody. Zajęło to sporo czasu, ale warto było.
Dom jakby ożył. Rano wychodząc z kubkiem herbaty na schody, Zuzanna czuła się u siebie. Czuła spokój…
Wzięła na siebie też opiekę nad ciocią Krystyną i razem z Antosią codziennie po przedszkolu wpadały choćby na chwilę, zanim wracały do domu. Zuzanna nabrała przekonania, że decyzja o przeprowadzce była najlepsza z możliwych. Odnalazła spokój i prawie całkiem uwolniła się od żalu do Bartosza.
On często odwiedzał córkę, coraz lepiej dogadywali się ze sobą. Bartosz nie zostawił dziecka pomagał… A że z ich małżeństwa nic nie wyszło? Zdarza się. Zuzanna postanowiła nie rozdrapywać ran. Wiedziała, że czasem tak pochłaniało ją macierzyństwo, że może i za mało miejsca było dla męża. Uznała, że nie ma sensu grzebać w przeszłości. Ważne, żeby Antosia czuła, że ma dom, rodziców, którzy ją kochają, nawet jeśli razem już nie mieszkają.
Ciocia powtarzała jej:
– Masz rację, Zuzko! Nie chowaj urazy w sercu. To ci tylko zaszkodzi. Nawet mały smutek, jeśli go pielęgnujesz, z czasem może urosnąć do wielkich rozmiarów. Zapomnij o złym. Wspominaj dobre chwile! Masz cudowną córeczkę i to jest najważniejsze, co powinnaś pamiętać. I żadnej złości nie trzymaj, bo ona tylko kruszy duszę. Antosia na ciebie patrzy, bierze z ciebie przykład. Co ona zapamięta z tych dni? Jaką mamę będzie pamiętać?
Zuzanna kiwała głową, zgadzając się.
Stopniowo poznała wszystkich sąsiadów. Jedna, druga kobieta zaczęła do niej wpadać w odwiedziny. Sąsiednie dzieci przychodziły do Tosi, a starsi też chętnie rozmawiali.
Tak zaprzyjaźniła się z ciocią Marią, która mieszkała kawałek dalej. To ona nauczyła Zuzannę piec domowy chleb Tosia była zachwycona. Nie marudziła już przy mleku: wystarczyło dać jej chrupiącą piętkę jeszcze ciepłego chleba i szklanka mleka znikała Zuzanna wycierała córce mleczne wąsy, śmiejąc się razem z nią.
Potem zaprzyjaźniła się także z panem Januszem, który przyszedł z miską ogromnych truskawek:
– To odmiana Polka. Jak się tu zaaklimatyzujesz, pokażę ci jak sadzić i dbać.
Gdy Michał skończył naprawiać ganek, Zuzanna postawiła na werandzie duży stół, wyczyściła kolorowe szyby i odświeżyła drewnianą podłogę. W kącie stanął fotel-bujak, który uwielbiała Tosia. Każdego wieczoru zasiadała w nim z Maurycym rudym, zuchwałym kocurem, który od pierwszego dnia uznał, że będzie zamieszkiwał na dwa domy. Zuzanna ostrożnie schodziła rano ze schodów, po tym, jak raz niechcący nadepnęła na gryzonia, którego Maurycy ułożył w szeregu na stopniach wykazał się kot, choć i tak wpuszczałaby go, bo Tosia zakochała się w nim bez pamięci.
Z całej ulicy tylko jedna sąsiadka, Zinaida, nie przypadła jej do gustu. Była nieco starsza, bardzo narzucająca się i wygadana. Co gorsza była urodzoną plotkarką. Początkowo Zuzanna nie wiedziała, jak postępować, potem próbowała zawsze jak najszybciej kończyć rozmowę. Wysysała z ludzi energię swoimi narzekaniami i opowieściami.
– Ciociu Paulo, co ja mam z nią zrobić? żaliła się Zuzanna. To jak potok plotek bez końca.
– Zuzka, nic nie wskórasz. Przestaniesz ją wpuszczać, a zacznie rozpuszczać takie plotki, że się nie wybronisz, choć już się tu zakorzeniłaś. Ja sobie poradziłam…
– Jak?
– Mam koty, a ona ma alergię.
– Może i ja powinnam przygarnąć Kota… albo psa…
Zuzanna zamyśliła się.
Zinaida już wyczuła, że Zuzanna jest dobrym słuchaczem i nie potrafi jej wyprosić z domu. Zuzanna nalewała jej herbatę, wzdychała i w myślach śpiewała piosenki, by nie słyszeć sąsiadki. Zinaida trajkotała w pustą przestrzeń, nieważne czy ktoś słuchał.
Po jakimś czasie Zuzanna zauważyła coś dziwnego: ilekroć Zinaida się pojawiała, coś jej się przytrafiało.
Raz rozerwała nową spódnicę na tajemniczym gwoździu, który przecież nie mógł tam wcześniej być, bo Michał świeżo wykończył balustrady i progi. Zinaida była tak zaskoczona, że aż ucichła.
Innym razem usiadła obok krzesła, chociaż naprawdę trudno było się tam nie zmieścić.
Może to pomogło, może znalazła kogoś do plotek, bo zaczęła pojawiać się rzadziej.
Pewnego ranka Zuzanna, przycinając gałęzie przy furtce, usłyszała rozmowę Zinaidy z ciocią Paulą.
– Paula, ty nic nie rozumiesz. Ona niby sama z dzieckiem, a żeby bez mężczyzny? Nie wierzę! Dom ogarnięty, ogród aż lśni. Pewnie ktoś do niej przychodzi, bo przecież by się zauważyło.
– Przestań gadać, Zina. Wiesz dobrze, że jej pomagał Michał i płaciła mu za to. Co znów wymyślasz?
– A dom?
– No co dom?
– Całe miasto wie, że ten dom przeklęty! Już dawno powinna się stąd wynosić, a ona nic sobie z tego nie robi. I jeszcze ludzie do niej lgną! Do mnie nie, a do niej tłumnie. Czemu?
– Bo nie miejsce tworzy człowieka, a człowiek miejsce! Zuzanna to dobry człowiek, więc ludzie ją lubią. Idź już, bo mi mleko wykipi!
Zuzanna odsunęła się od furtki, lekko rozbawiona. Co za ludzie!
– Mamo! Gdzie jesteś? Antosia stała na ganku.
– Już idę! Jesteś już po myciu?
– Jeszcze nie! Ale patrz!
Zuzanna spojrzała w stronę, w którą pokazywała córka. Wzdłuż ścieżki od ogrodu szedł Maurycy, niosąc w pysku małego, rudego jak on sam, kociaka. Podszedł do Zuzanny, spojrzał na nią z wyrzutem. Ta pochyliła się, wyciągnęła ręce i odebrała prezent, który mruczał głośno, wyraźnie niezadowolony z takiego traktowania.
– Dziękuję, Maurycy! Uważasz, że powinnam?
Kot zamruczał ostrzegawczo, po czym skierował się do domu cioci Pauli uznał, że sprawa załatwiona.
– No co, Tośka, chyba rzeczywiście trzeba. Jak go nazwiemy?
– Maurycy, tak jak tata! wykrzyknęła z zachwytem.
Zuzanna podniosła kotka na wysokość twarzy:
– Witaj, Maurycy Maurycy! Dobra, dzieciaki wracamy do domu! Czas na śniadanie.
Antosia roześmiała się, pchnęła drzwi do werandy i od środka uderzyło je ciepło.


