Rodzinne świętowanie – wstęp bez granic

Święto u rodziny wejście bez granic

No patrz… Wioletta ostrożnie podniosła kawałek rozbitego bolesławieckiego wazonu i nie wiedząc, co z nim zrobić, położyła go na parapecie. Ciociu Halinko, wybacz… szepnęła do pustego już mieszkania.

W powietrzu unosił się zapach szamponu, szampana i, nie wiadomo czemu, mandarynek choć przecież nikt wczoraj ich nie obierał. Na dywanie za kanapą leżał plastikowy wieniec ze srebrnymi cekinami. W szufladzie pod stolikiem znalazła się jedwabna chusta z napisem Wieczór Panieński Marzeń.

A pod kaloryferem cicho leżała samotna, różowa gumowa rękawiczka z odklejoną kokardką wyglądała, jakby próbowała uciec przed wczorajszym wieczorem i utknęła w pół drogi.

Wioletta, w przymiętym szlafroku z obszarpanym frędzlem od paska, przechadzała się po pokoju z workiem na śmieci w ręku. Każde jej stąpnięcie wydawało szelest cukierkowych papierków.

Na parapecie prężył się kieliszek z zaschniętą na dnie rubinową plamką wina. W wazonie zamiast kwiatów sterczały trzy plastikowe słomki z błyszczącymi gwiazdkami. Po ścianie zwisał papierowy łańcuch z serduszek, z których jedno było wyraźnie nadgryzione.

W kuchni czekał ją kolejny front robót.

Na stole samotnie piętrzyła się połowa piętrowego tortu. Krem rozchodził się jak topniejący bałwan, a na boku zatknięto krzywo świeczki z cyframi 4 i 6, choć świętowały po prostu babskie spotkanie, a nie czyjeś urodziny.

W zlewie ostygały kieliszki z odcieniami szminki. Obok topniały talerze z resztkami hummusu. Na krześle leżała talia kart do wróżenia pół talii odkryte, pół zakryte, jak po niezbyt udanej przepowiedni…

***

Wioletta mechanicznie podniosła kartę kierowy król patrzył na nią z pewną znudzoną wyższością. Wczoraj dziewczyny układały z tych kart przyszłe śluby, przeprowadzki i tajemniczych obcokrajowców. Szeptały, a potem i tak głośno rechotały, popijając wróżby prosecco.

Schyliła się, by podnieść niski cekin i niespodziewanie pociągnęła coś miękkiego spod kanapy. Okazała się tym pończoszka z przerwanym ściągaczem trofeum po wczorajszych tańcach na taborecie. Pokręciła głową i ruszyła do sypialni, gdzie przynajmniej był względny porządek.

W sypialni królował względny ład, może poza trzema poduszkami na podłodze i kołdrą zwiniętą w kształt ogromnego ślimaka. Rozprostowała poduszkę po swojej stronie łóżka a pod nią znalazła złożoną kartkę różowego papieru.

Serce zabolało dziwnie.

Pewnie znów jakaś zapomniana notatka Tomka z pubu do którejś z koleżanek Uli? Ale charakter pisma był znajomy duże, pochylone litery, a każdą o Ula zamykała w kółeczko jak małą kulkę.

Jesteś najlepszą gospodynią na świecie! Ulka.

Wzrok Wioletty zatrzymał się na wykrzykniku. Wydawał się trochę rozchwiany. Uśmiechnęła się jednym kącikiem ust. Najlepsza gospodyni… ze stłuczonym wazonem cioci Halinki i cekinami w łazience, gdzie każdy prysznic zamienia się w fajerwerk.

Ile razy sobie obiecywałam nigdy więcej… mruknęła, opadając na brzeg łóżka.

***

Coś jej niemiło zachlupało pod nogą.

Wioletta drgnęła, przesunęła kapcie i zobaczyła w jednej z nich dobrze ułożoną mandarynkę. Zupełnie całą, z napiętą, błyszczącą skórką. Przywiązany do niej gumką skrawek karteczki: Aby życie było słodkie.

Wczoraj z dziewczynami śmiały się głośno z tego toastu. Teraz mandarynka wyglądała jak złośliwy żart.

Telefon zawibrował na stoliku nocnym. Na ekranie widniał napis: Ula (nasz tajfun).

No pewnie powiedziała Wioletta do pustego pokoju i odebrała, lekko odchrząkając. Halo.

Wiolettkooo! po drugiej stronie panował rwetes, jakby impreza nie skończyła się, tylko przeniosła gdzie indziej. Jesteś boska, serio! Dziewczyny są zachwycone! Jeszcze Magda-manicurzystka nie wyjechała, wspominamy, jak ducha z szafy wypłoszyłaś!

W tle ktoś zawtórował śmiechem i zawołał: Powiedz Wioletcie, że tylko u niej rodzić teraz będę! i znowu rozległ się harmider.

Dzięki, Wioletka dodała Ula już ciszej. Ty… no… wiesz. U ciebie jak w domu.

Wioletta spojrzała na mandarynkę w kapciu.

Mhm powiedziała. U mnie jak w domu…

Dobra, nie zawracam, wypoczywaj, królowo biesiad! i połączenie się urwało.

***

Zdjęła okulary, położyła obok kartki od Uli. W odbiciu szafki zobaczyła kobietę koło pięćdziesiątki, o zmęczonej twarzy, zaskakująco młodych zielonych oczach i włosach zebranych w pośpiechu w koczek, z którego sterczał… cekin. Jeden, uparcie, skręcony.

Telefon znów ożył tym razem dźwiękiem połączenia wideo. Kasia córka.

Wioletta westchnęła, przejechała ręką po włosach, ale cekin uparcie został.

Słucham, córciu? przyjęła połączenie, na ekranie pojawiła się twarz Kasi z krzywo ułożoną grzywką i kubkiem kawy.

Mamo! zmrużyła oczy, patrząc uważnie. No wiedziałam. Znowu cekiny na kocie?

Na mnie poprawiła ją Wioletta. Kocur gdzieś się schował po wczorajszych tańcach z kartami. Pewnie znów w koszu z praniem…

I opowiedziała, co się działo.

Mamo Kasia uśmiechnęła się, zaraz jednak spoważniała. Słyszysz siebie? Kot się chowa, bolesławiec na kawałki, mandarynki w kapciach… Może w końcu powiesz nie Uli?

W Wiolettcie słowa córki wzbudziły jednocześnie ciepło i irytację, jak dwa wahadła.

Ona… jej ciężko automatycznie odpowiedziała. Przecież wiesz.

A tobie nie ciężko? wtrąciła delikatnie Kasia. Kiedy ostatnio naprawdę odpoczęłaś, a nie przyjmowałaś gości?

Wioletta zerknęła na różową rękawiczkę pod kaloryferem, na karteczkę pod ręką i na puste mieszkanie wypełnione cudzym wczorajszym śmiechem.

Nie wiem odpowiedziała zgodnie z prawdą. Chyba też schowałam się gdzieś pod szafę. Razem z kotem.

Kasia cicho parsknęła.

Mamo, kocham cię. Ale, serio, pomyśl. Może następnym razem po prostu razem wypijemy herbatę. Bez wróżb i cekinów.

Obraz mignął, zawiesił się na chwilę, potem wrócił. Sekunda milczenia zawisła między nimi niczym niedopowiedzenie.

Zobaczymy odpowiedziała Wioletta.

Ale pierwszy raz od dawna jej zobaczymy brzmiało nie jak grzecznościowe jasne, Ula, tylko jak początek czegoś nowego.

***

Pierwszy raz Ula wpadła do Wioletty tak po prostu na początku wiosny, gdy za oknem leżał jeszcze brudnawy śnieg, a na parapecie Wioletty już wyciągały się do szyby zielone siewki.

Wioletko, otwórz, idę w pokoju! jej głos rozległ się przez drzwi jeszcze przed dzwonkiem. I z ciastem!

Wioletta otworzyła drzwi i odsunęła się do korytarza dosłownie wpadła Ula, pachnąca perfumami z wanilią i zimnym powietrzem. W rękach trzymała ogromną blachę czegoś złocistego.

Domowy placek z kapustą, jak u babci, pamiętasz? nie zdejmując butów, Ula już ciągnęła do kuchni. Boże, jak tu masz! Przedpokój jak z katalogu!

Wioletta zawstydzona poprawiła swój szalik na wieszaku. Jej mieszkanie w blokowisku, dwupokojowe, było jej cichą dumą. Tapety dobrane pod zasłony, na kanapie pled jeszcze od mamy. Kuchnia z białymi frontami i dębowym blatem, parapety zastawione kwiatami.

Bardzo przytulnie mówili wszyscy odwiedzający. Dla Wioletty to była zasługa.

Rozgość się, zdejmij płaszcz rzuciła mimochodem, odbierając od Uli blachę. O rany, ciężka.

Jak moje życie machnęła ręką Ula, ale oczy jej się śmiały. Słuchaj, Wioletka… pomyślałam… U mnie przecież wskazała gdzieś poza siebie, mając na myśli swoją starą kamienicę ściany niemal się stykają, kuchnia sześć metrów. Sąsiad z góry wrzeszczy, z dołu wiertarka tłucze. A u ciebie…

Obróciła się wokół własnej osi w saloniku, gdzie Wioletta ustawiła okrągły stół i szeroką kanapę pod oknem.

U ciebie jest przestrzeń! Wiesz? Przestrzeń! Aż grzech siedzieć tu samej. Może zrobimy małe spotkania? Tak czysto we dwie. Plus dwie moje dziewczyny poznasz je. Są świetne, serio!

Słowa grzech samej siedzieć ukłuły Wiolettę gdzieś pod żebrami.

Nagle przypomniała sobie długie wieczory, gdy faktycznie siedziała sama na tej kanapie, telewizor brzęczał, a ona dziergała kolejny szalik, gdy Kasia była u siebie. A rodzina przypominała ją sobie tylko na święta.

Spotkania? powtórzyła. No… czemu nie. Mam akurat placek puściła oczko, próbując nadać głosowi lekkości.

Ula zdziwiona podniosła brwi.

Czyli się zgadzasz? Wioletka, ja upiekłam placek z myślą, że będę musiała cię przekonywać roześmiała się. Dobra! To w sobotę? Żadnej okazji, nazwijmy to… próbą generalną wieczoru panieńskiego.

Wioletta położyła ciasto na stole, nastawiła piekarnik, by się podgrzało. Sobota wydawała się odległa, nierealna.

W porządku zgodziła się. W sobotę. Coś przygotuję.

Wioletka, jesteś złota! Ula uścisnęła ją, aż Wiolettcie chrupnęły żebra. Przecież jesteśmy jak siostry.

Słowo jak zabrzmiało dziwnie, ale Wioletta przełknęła je razem z przyszłym kawałkiem ciasta.

***

W tamtym roku nawet Wielkanoc wyszła u Wioletty. Pomysłodawczynią bywała oczywiście Ula.

U Wioletty zawsze jest prawdziwy dom! mówiła każdemu, kto pytał. U niej mazurki jak z żurnala, jajka wymuskane, a kot ważny i wszystko nadzoruje.

Rzeczywisty kot pręgowany kocur Bonifacy bardziej przypominał zmęczonego stróża, ale ważny brzmiało bardziej efektownie.

Ula przybyła z trzema koleżankami.

Wioletta, przyzwyczajona do rodzinnych, spokojnych biesiad, nieco się pogubiła, gdy na jej korytarzu w jednym rzędzie ustawiły się głośna rudowłosa w żółtym płaszczu, wysoka brunetka w skórzanej kurtce i drobna szatynka z donośnym śmiechem.

To Basia, to Iga, a to Marta wymieniła Ula. Dziewczyny, to właśnie ta Wioletta, u której zawsze ciepło i smacznie.

Wioletta nerwowo poprosiła, by ściągnęły buty, zaoferowała kapcie, pokazała wieszak. Układała w głowie krzeseł wystarczy, mazurki dwa, jedenaście jajek, sałatki i galareta, żeby wyglądało poważnie.

Szybko okazało się, że to za mało: już po godzinie Ula, podczas rozmowy o właściwej polewie, wyciągnęła telefon.

O nie! Zapomniałam, że Kinga i Jola są tuż obok! Zaraz zadzwonię, Wioletka, nie masz nic przeciwko? Przywiozą swoje jajka!
Wioletta otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale właśnie piekarnik piknął. Automatycznie pobiegła sprawdzić ciasta. Gdy wróciła, Ula uśmiechała się szeroko:

Już jadą!

***

Święto szybko zamieniło się w gwarne targowisko.

Dziewczyny licytowały się, czyje ciasto domowe, czyje dzieciństwo pachniało prawdziwym chlebem. Basia złapała miskę z czekoladową polewą i machnęła łyżką. Polewa runęła na śnieżnobiałą serwetę Wioletty, pryskając brązowym aż po obręb stołu.

O! zatrzymała się z winą Basia. To… na szczęście?

Ula wybuchła śmiechem, reszta podchwyciła. Wioletta chwyciła serwetkę, próbowała uratować serwetę ale plama już została.

Nic nie szkodzi powiedziała. Da się uprać.

Złapała spojrzenie Uli ciepłe, wdzięczne, jakby ratowała świat, nie tylko kawałek obrusu.

Pod koniec dnia parapet był pełen kolorowych pisanek, na ścianie wisiał papierowy wianek z serwetek (rękodzieło zbiorowe), a pod stołem walały się czyjeś sandały. Ula podniosła kieliszek z czerwonym winem i oficjalnie ogłosiła:

Dziewczyny! Oficjalnie stwierdzam: u Wioletty zawsze jest prawdziwe święto!

Wszyscy bili brawo. A Wioletta czerwona poczuła, jak to prawdziwe święto dzwoni gdzieś pod żebrami. Jakby jej cicha kuchnia i poskładany kanapowy pled były sceną dla czegoś większego.

***

Kiedyś było zupełnie odwrotnie. W dzieciństwie prawdziwe święto było u Uli.

Ula zawsze była liderką towarzyską, głośną, nieco rozbrykaną, ale przez to tym bardziej przyciągającą.

Na ich wspólnym podwórku dzieci gromadziły się właśnie pod jej klatką. Ula organizowała modowe pokazy w szlafroku mamy i prowadziła sekretne kluby pod schodami. Nawet babcie z sąsiedztwa wołały na nią nasza artystka.

Wioletta zaś była zawsze poukładana, niewidoczna. Zawsze wracała do domu na czas, oddawała biblioteczne książki bez oślinień i czyściła buty do połysku.

Wioletka to nasza prymuska mawiała ciocia Halinka, siostra mamy, mama Uli. Posiedź z Ulą, niech się przy tobie choć chwilę opanuje.

W dorosłości ich drogi się rozeszły. Ula wcześnie wróciła z miasta z bagażem klubowych historii, Wioletta skończyła technikum wieczorowo, potem zaocznie studiowała. Potem praca w księgowości i spokojne życie. Widywały się rzadko głównie podczas rodzinnych świąt, gdy cała rodzina zasiadała przy jednym stole.

Potem zmarła ciocia Halinka. Pogrzeb, stypa, zmęczone twarze i rodzinne żale z przeszłości. Tam pierwszy raz od lat Wioletta i Ula posiedziały w kuchni do trzeciej w nocy, popijając gorycz słodką herbatą.

Wydaje mi się, że dom umarł razem z mamą powiedziała wtedy Ula. Nie rozumiem jak to może dalej działać bez niej.

Wioletta, od czterech lat mieszkająca bez własnej matki, cicho odpowiedziała:

Po prostu działa inaczej. Nie lepiej, nie gorzej. Po nowemu.

Po tym zaczęły dzwonić do siebie coraz częściej. Najpierw w sprawach kto, co zabrał, jakie dokumenty załatwić. Potem już tak… po prostu zapytać, co słychać, wymienić jakąś drobnostkę.

W końcu Ula wciągnęła Wiolettę w swój wir życia jak prąd ostrożny listek.

Jesteśmy rodziną, mamy żyć równolegle? oburzała się. Nigdy w życiu! Odwiedzę cię, ty mnie!

Do Uli Wioletta jednak prawie nie chodziła. Ciągle coś przeszkadzało praca, Kasia, zwyczajne zmęczenie. Za to Ula bywała u niej regularnie.

***

Z czasem formuła u Wioletty stała się uniwersalna.

Dziewczyny, no jasne, że u Wioletty powtarzała Ula do słuchawki, przewracając notatnik. Po co się u mnie kisić. Moja kuchnia to schowek, a u Wioletty kuchnia z salonem, marzenie każdego blogera!

Gdzie Sylwester? pytali Ulę.

U Wioletty! Girlanda na oknie i śledź pod pierzynką jak tort.

Wielkanoc? U Wioletty.

Urodziny Marty? U Wioletty, tort idealnie się zmieści.

Wieczór, tak po prostu, z winem? Gdzieżby indziej, dziewczyny, u Wioletty zawsze przytulno i dobrze karmi!

Na początku to nawet łechtało Wiolettę.

Jej poukładane mieszkanie stawało się centrum czyjegoś życia, miejscem, do którego lgnęli ludzie. Lubiła wybierać serwetki, wymyślać przekąski, eksperymentować z przepisami z internetu. Podobały jej się zachwyty koleżanek Uli na widok białej zastawy: Wioletta, masz jak z katalogu!

Ale z czasem zrobiło się… ciężej. Goście przychodzili nie tylko za sprawą Uli.

Cześć Wioletta! Basia z tej paczki u Uli, pamiętasz? Chcemy z Igą wpaść, a Ula nie może, jest u fryzjera. Dasz radę?

Któregoś razu, gdy drzwi zadzwoniły trzeci raz w tygodniu, otworzyła na progu stała kobieta, którą poznała bezbłędnie.

Nadzieja. Koleżanka Uli jeszcze z tamtych dawnych czasów, kiedy Wioletta boleśnie przeżyła przykrą historię. Wtedy Nadzieja niesłusznie ją obwiniała o plotki, zrobiła awanturę przy wszystkich. Od tej pory unikały się wzajemnie.

O, hejka niepewnie powiedziała Nadzieja, poprawiając fryzurę. Ja… Ula mówiła, że dziś u ciebie spotkanie, można trochę wcześniej, pomóc…

Wioletta stała w progu, czując jak stary wstyd podnosi się z dołu żołądka ku gardłu. Miała na końcu języka: Ula się pomyliła, nikogo nie czekam. Ale odsunęła się.

Wchodź powiedziała. Napijesz się herbaty?

W kuchennej ścierce ścisnęła dłoń jak linę.

***

Pierwszy jej protest był śmieszny, niemal dziecinny.

Chcesz wszystkim popsuć święto? Kup złe herbatniki pomyślała.

Zwykle kupowała chrupiące obwarzanki ze starej piekarni za rogiem delikatnie słodkie, pachnące mlekiem. Tym razem przeszła obok i wzięła paczkę najtańszych, rozpadających się przy dotyku.

Niech widzą, że u Wioletty nie jest jak w hotelu z uporem powtarzała, wykładając je na półmisek.

Impreza oczywiście wypadła świetnie. Koleżanki Uli zagryzały marne ciasteczka dobrymi nowościami. Jedna przyniosła ser, druga oliwki, a Ula swoje pomidory pod pierzynką.

W pewnym momencie Marta, ze śmiechem, powiesiła na gałce drzwi swoje wielkie plastikowe korale, zapominając zabrać. Rano Wioletta zobaczyła je wiszące na tle białych drzwi. Już miała je schować na znalezione, gdy rozległ się dzwonek.

Wioletta! wparowała Ula bez zaproszenia. A o! zauważyła korale i zaśmiała się. U ciebie nawet na klamkach święto!

Wioletta już chciała zaprzeczać to nie święto, to bałagan. Ale w głosie Uli było tyle szczerego zachwytu, że wzruszyła ramionami:

Święto…

Święto nie chciało odejść…

***

Wyjątkowy był ten wieczór panieński Uli, nazwany wieczorem wróżb.

Dziś, dziewczyny, patrzymy w przyszłość ogłosiła w grupowym czacie, gdzie podejrzanie dodała i Wiolettę. Wioletka, jesteś naszą wróżką. U ciebie nawet czajnik szepcze.

Wioletta popatrzyła na swój stary, osadzony czajnikiem. Wróżka, no proszę…

Jedna z gości Basia przyszła z zestawem atrybutów: talią Tarota, dużą świecą i małym lusterkiem w zdobionej ramce.

To nie zwykłe spotkanie oznajmiła. To seans spirytystyczny.

Wioletta nerwowo zachichotała.

Z jakimi duchami, Basia? Najwyżej duch rosołu po kątach lata.

No nie rosołu! parsknęła Ula. Wioletka, wyluzuj, to zabawa.

Zgasiły światło, zapaliły świeczki. Pokój zamigotał złoto. Bonifacy, zazwyczaj przyklapnięty pod kaloryferem, siedział na parapecie z nastroszonym ogonem.

Basia rozłożyła karty, ustawiła lusterko tak, by odbijało się w nim czyjeś twarze.

Teraz zadawajcie pytania wszechświatowi szepnęła.

Wioletta na brzegu kanapy czuła się jak piąte koło u wozu na własnej imprezie. Patrzyła, jak płomień świecy tańczy po twarzach dziewczyn. I myślała, że wszystkie te pytania o miłość, kasę, wyjazdy dziwnie nigdy jej nie dotyczyły.

W pewnej chwili, niemal na znak, zaczęło migać światło. Najpierw jedna lampa, potem druga. Nagle trzask i zgasło wszystko.

Aj! ktoś krzyknął.

To znak! wyszeptała Basia, a dziewczyny zapiszczały entuzjastycznie.

Wioletta automatycznie chwyciła telefon, by włączyć latarkę, i wtedy coś ciemnego przebiegło jej pod nogami. Bonifacy, wystraszony hałasem i błyskami, z dzikim miaukiem pognał przez korytarz i zniknął w szafie sypialni, zatrzaskując drzwi.

No na pewno znak zachrypła Wioletta. Ducha nie ma gdzie pomieścić.
Światło wróciło po kilku minutach. Okazało się, że w klatce ktoś odpalił spawarkę i wysadziło korki. Ale Bonifacy nie wracał do ludzi jeszcze dobę Wioletta słyszała tylko chrobot i żałosne miauu… gdzieś z głębokości półek.

Kiedy dzień później kot wypełznął, obrażony i zakurzony, Wioletta głaszcząc stwierdziła:

No to Bonifacy, chowamy się razem?

Kot milcząc powędrował do kuchni, gdzie jeszcze leżały cekiny.

***

Nie od razu się zdecydowała.

Na początku tylko siedziała przy stole, patrząc się na ekran telefonu, gdzie puste pole nowej wiadomości mrugało kursorem niczym drażliwy nerw.

Palce napisały: Ula, następnym razem świętujcie u siebie. Zaraz skasowała.

Próbowała różnych wersji:

Ula, nie dam już rady…

Ula, proszę bez imprez u mnie przez jakiś czas

Ula, naprawdę mam dość gości.

Wszystko wydawało się za miękkie lub za ostre. W głowie brzmiały Wioletka, zrozum, Przecież jesteś taka dobra, Tobie to nie trudne.

Głęboko nabrała powietrza, odłożyła telefon i poszła do lustra. Żarówka drgała, rzucając cienie. Wzięła szczotkę, ale zamiast się wyczesać, spojrzała w lustro i powiedziała:

Ula, następnym razem świętuj u siebie.

Głos załamał się jak zła struna. Skrzywiła się.

Bez tłumaczeń przypomniał jej głos Kasi w głowie. Masz prawo.

Wyprostowała się, rozstawiła ramiona jak przed występem.

Ula powtórzyła. Cieszę się ze wspólnych spotkań. Ale mam już dość imprez u siebie. Następnym razem świętuj u siebie.

Znów głos się załamał.

Żadnych ale skarciła się. Nie jestem rzecznikiem usprawiedliwień.

Usiadła z telefonem, wystukała powoli:

Ula, naprawdę jestem zmęczona. Następnym razem zróbmy spotkanie u ciebie, dobrze? Potrzebuję przerwy od gości.

Palec zawisł nad wyślij. Coś ścisnęło ją w środku strach, że straci, zrani. I usłyszy: No, zaczęło się! Wiedziałam, że jesteś nudna.

Wysłała i odsunęła telefon.

A teraz pogadać trzeba szepnęła. W cztery oczy.

Przed lustrem kilka razy ćwiczyła tę rozmowę.

Ula, to mój dom, trudno mi, gdy ciągle ktoś…

Ula, kocham cię, ale nie muszę być sceną dla wszystkich…

Ula, ustalmy granice.

Za każdym razem na słowie granice głos stawał się cienki, w gardle rosła gula. Widziała w odbiciu nie groźną gospodynię, lecz kobietę, która dopiero się uczy mówić nie obce słowo, kotłujące się między zębami.

Gdzieś między trzecią a piątą próbą w jej oczach pojawiła się jednak nowa nuta nie złość, nie zmęczenie, tylko upór. Cichy, ale nieustępliwy.

Dobrze rzekła do poranka odbitego w lustrze. Idę. Zamiast do siebie do niej.

***

Do Uli poszła celowo bez zapowiedzi.

Skoro ona może wpadać do mnie z ciastem i dziewczynami bez pytania, czy jestem w domu, pomyślała Wioletta, to ja też raz mogę po prostu przyjść. Nie jako gospodyni święta, lecz gość. Świadek.

Dom Uli w starej kamienicy wysokie sufity, odpadająca farba na klatce, skrzynki z gazetami. Dawniej kochała stare domy za ducha historii. Teraz ten duch pachniał wilgocią i papierosami.

Bez windy. Wioletta szła powoli po szerokich schodach, przyglądając się starte stopnie. Na trzecim piętrze poczuła mieszankę taniego odświeżacza i zastałego rosołu.

Drzwi Uli były rozpoznawalne, na nich nierówno przypięty wianuszek z liści laurowych i drewniana tabliczka Tu mieszka cud. Kiedyś wydawało się to miłe. Teraz… trochę dziecinne, trochę smutne.

Zapukała. Nic. Zadzwoniła. Długa, przeciągła trąbka. Po paru minutach za drzwiami szuranie, kroki, chrapliwy głos:

Kto tam?

To ja Wioletta.

Zamek się długo kręcił, drzwi jakby się wzbraniały. Wreszcie otworzyły się.

Ula wyglądała zza drzwi jak zza tarczy. Na niej rozciągnięty dres i tylko jedna wełniana skarpeta drugą trzymała w ręce. Włosy w niechlujnym koku, oczy podkrążone.

Wioletka? autentyczne zdziwienie. Bez zapowiedzi?

Ty zawsze dzwonisz przed wejściem do mnie? spokojnie zapytała.

Ula zamrugała, ale odsunęła się wpuszczając ją.

Klatka schodowa kluje… nie tapetą, nie meblami, ale… pustką. Tą, którą czuje się w skórze.

Brak tu powitania żadnej wycieraczki, żadnej półki na buty. Miotła oparta o ścianę, tuż obok zdezelowanych butów, adidasów, jednej szpilki. Na podłodze plama po czymś rozlanym.

Wioletta przeszła dalej i serce jej ścisnęło.

W pokoju kanapa, kiedyś zielona, miejscami przetarta na szaro. Na niej sterta ubrań sukienki, dżinsy, T-shirty. Wszystko w nieładzie.

Na podłodze puste butelki po winie, puszki po energetykach, urwany tygodnik. Otwarty laptop na taborecie, obok popielniczka zapełniona na brzegi.

Pod stołem dwie filiżanki. Jedna wywrócona, jej zawartość zastygła w brunatny krąg na linoleum. Druga równoważyła się na krawędzi dywanu. Z filmu kawy wystawał paproch popiołu.

Pijana filiżanka kawy, pomyślała, przypominając, jak Kasia tak nazywała takie kubki kawa zapomniana, bo porządek przegrał z czymś ważniejszym.

Na parapecie nie ma kwiatów, jak u Wioletty. Za to pusty kubek po jogurcie, worek po chipsach i wyschnięta cytryna.

W środku Wioletty coś się przewróciło.

To nie był po prostu bałagan. To była… rozsypana po kątach samotność.

***

Nie patrz tak rzuciła Ula, łapiąc jej spojrzenie. Jeszcze nie ogarnęłam po… no… po wszystkim.

Po czym? spokojnie spytała.

Po mamie, po pracy, po… machnęła ręką w stronę pustych flaszek. Po życiu, ogólnie.

Ula weszła do kuchni. Wioletta rozejrzała się. Kawiarnia naprawdę była schowkiem. Jeden stół, krzesło, stary lodówka z zdzieranymi magnesami. Zlew zasypany talerzami z resztkami. Patelnie z niedosmażonymi ziemniakami, szara skorupa. W rogu worek na śmieci, pełny.

Chciałam dzwonić rzuciła Ula przez ramię, nastawiając czajnik, niewyraźnie brudny. Ale coś… wzruszyła ramionami.

Wioletta trzymała torbę przy piersi. Przypominały jej się obrazki z własnej kuchni serweta, torty, cekiny, śmiech. I ten drugi świat, gdzie śmiech zostaje na imprezach, a w domu brud i cisza.

Dotarło do niej, że dla Uli jej mieszkanie to nie wygodna baza spotkań. To jedyny azyl, by schować się przed własnym schowkiem kuchennym.

Przyszłaś… po co? spytała w końcu Ula. Z kontrolą?

Po coś odpowiedziała. Ale kontrola… to część tego.

***

Ja… Ula osunęła się na stołek, jakby nogi jej się ugięły. Myślałam, że się jeszcze złościsz.

W jej oczach był połysk nie radości, tylko powstrzymywanych łez.

Złoszczę się powiedziała Wioletta. Bardzo. Mam dość tych spotkań u mnie. Wczoraj to już przegięcie.
Postawiła torbę na stole, nie odsuwając puszek i paczek.

Ale też… poczuła, że głos drży i wysiliła się nad nim. Chciałam zrozumieć.

Ula nieporadnie przetarła twarz, rozmazując tusz.

Co zrozumieć? zachrypiała.

Czemu u ciebie… Wioletta zatoczyła dłonią po wnętrzu. Tak to wygląda. I czemu wszystkie jak w domu są u mnie.

Ula roześmiała się krótko, żałośnie.

Bo u ciebie… prawdziwy dom powiedziała. A u mnie… dekoracja z marketu.

Głęboko wciągnęła powietrze i słowa popłynęły jak z pękniętego naczynia.

Ja tu się nie czuję jak w domu, Wioletta. Od kiedy nie ma mamy, odkąd dzieliliśmy i kłóciliśmy się. Tu… nie moje ściany. Żyję jak lokator. Są rzeczy, nie ma domu. Rozumiesz?

Wioletta w sercu coś poczuła. Przypomniała sobie pierwsze miesiące po śmierci mamy, kiedy własne mieszkanie wydawało się obce, póki nie przestawiła mebli i nie zawiesiła nowych firanek.

A u ciebie… kontynuowała Ula, wpatrując się w jeden punkt. Gdy wpadam… jakby wszystko na swoim miejscu. Pled leży równo, kubki lśnią, kot śpi na parapecie. Przechadzasz się po swojej kuchni i wiesz, co gdzie leży. Ty… spojrzała na nią ty jakbyś wiedziała, jak trzymać życie na smyczy.

Zachłysnęła się oddechem.

U ciebie… nie czuję strachu. I nie jestem sama.

Wioletta poczuła w sobie coś miękkiego, gorącego litość, współczucie, zrozumienie.

Ja… Ula nerwowo się roześmiała myślałam, że lubisz, jak się u ciebie coś dzieje… Bo tak świetnie wszystko organizujesz.
Ścisnęła dłonie.

Naprawdę myślałam, że ci dobrze, gdy dom tętni życiem. Że nie jesteś sama. Nie widziałam tego… spojrzała na kubki na podłodze. Może nie chciałam widzieć. Biegłam do ciebie jak do jedynego miejsca, gdzie jeszcze było przed mamą.

Wioletta przełknęła ślinę.

A przez to ty… powiedziała cicho nie zauważyłaś, że mój dom staje się przedłużeniem twojego chaosu?

Ula zakryła twarz dłońmi.

Boię się być sama, Wioletta. Naprawdę się boję. Wieczorami, gdy tu siedzę, w głowie słyszę mamę. Jej głos, presję, znów coś źle robisz. Włączam muzykę, przyciągam ludzi, biegnę do ciebie, bo… zająknęła się bo u ciebie pierwszy raz od wieków czuję… dom.

Wioletta usiadła naprzeciw. Słowa, które mówiła przed lustrem, straciły ostrość. Została tylko treść.

Ula powiedziała miękko, ale stanowczo. Przykro mi, że tak się czujesz. I jest mi ciepło, że mój dom dla ciebie czymś jest. Ale…

Oparła dłonie o stół, by nie drżały.

Nie mogę być jedyną poduszką dla twoich ucieczek.
Ula spuściła wzrok. Wioletta cicho westchnęła.

Spróbujmy inaczej powiedziała.

***

To znaczy jak? zapytała Ula, wytchnąwszy w chusteczkę.

Na przykład rozejrzała się Wioletta nie wszystkie święta u Wioletty.

Rzuciła spojrzenie na kubek z kawą, załadowaną kanapę, śmieciowy worek w rogu.

Zacznijmy od tego dodała że dom to nie tylko miejsce na zabawy. To miejsce, w którym nie jest ci wstyd przed sobą.

Ula uśmiechnęła się przez łzy.

Sobie się wstydzę od dawna szepnęła.

To właśnie tu musimy coś zmienić podniosła się Wioletta. Bo jeśli dalej wszystkich ciągniesz do mnie, tu będzie tak zawsze… A mnie… ciężko.

Oparła się o krzesło i spojrzała kuzynce w oczy.

Zróbmy tak powiedziała. Spotkania na zmianę. Raz u mnie, raz u ciebie. Ale… kameralnie. Nie tłumy. I nie co tydzień, tylko raz w miesiącu.

Ty serio chcesz tu takich gości? Ula gestem wskazała mieszkanie.

Serio chcę przestać robić z własnego mieszkania jedyne miejsce święta odpowiedziała. A z twojego uczynić takie miejsce.
Spojrzała na Ulę nieco łagodniej.

A przede wszystkim… zacznijmy od małego. Nie od ludzi. Od nas.

Ula zmarszczyła brwi.

Co masz na myśli?

Wioletta zakasała rękawy.

To, że teraz wywalamy ten worek, myjemy kubki, przecieramy stół i… smażymy naleśniki. Dla nas dwóch. Bez dziewczyn, bez cekinów, bez duchów. Po prostu… ty i ja.

Naleśniki? Ula parsknęła, lecz w oczach błysnął ten dawny ogień. Ja lepsze racuszki umiem.

Mogą być racuszki przytaknęła Wioletta.

***

Zaczęły.

Na początku niezręcznie. Wioletta wyjęła czysty worek, wyniosła śmieci do drzwi. Ula, zawstydzona, zbierała kubki z podłogi. Wioletta puściła wodę, znalazła gąbkę.

Mnie też nie urodzili na czystym dywanie dodała. Mama mnie uczyła. Potem życie. Ty… miałaś inny sposób na przetrwanie.

Ula milczała, myjąc uparcie kubki.

W kuchni zapachniało smażonym. Ula, biorąc się do roboty, stała się jak ta dziewczyna z podwórka, co organizowała pokazy mody. Zamiast strojów pęknięte ściany i niedopieczone ziemniaki.

Kiedy już siedziały przy stole, pochłaniając gorące racuszki z dżemem, zadzwonił dzwonek.

Jeszcze kto? Ula bezceremonialnie podskoczyła.

Wioletta zerknęła przez wizjer i uśmiechnęła się.

Swoi oznajmiła.

Na progu stała Kasia z plecakiem i torbą w ręku.

Przyszłam na zapach przeprosiła. Pisałam ci, mamo, nie odpisałaś. Wpadłam.

Ula poprawiła włosy.

Wchodź powiedziała Wioletta. Mamy tu generalną próbę nowego trybu.

Kasia rozejrzała się po mieszkaniu, stole, Uli, mamie. W oczach cień zdziwienia, potem aprobaty.

O! rzuciła. Ciocia Ula też teraz ma cekiny.

Jakie cekiny? nie zrozumiała Ula.

Spójrz na żyrandol zachichotała Kasia.

Spojrzały w górę. Do lampy przykleiła się srebrna gwiazdka, pewnie przeniesiona na ubraniu Uli.

Wioletta się roześmiała.

No proszę powiedziała. Teraz cekiny u obu. Nie tylko u mnie.

Oby tylko… za zgodą obu stron dodała Kasia i mrugnęła do mamy.

Wioletta poczuła, jak rozpiera się coś ważnego. Nadal gniewała się na Ulę, nadal bała się nowych paniańskich. Ale teraz miała wybór. Ula też.

Siedziały we trzy, jadły racuszki z jednej patelni i śmiały się, gdy mąka spadła Uli na policzek.

I w tym śmiechu nie było poczucia, że ktoś korzysta z cudzego domu bez zgody. To było pierwsze małe, ale prawdziwe święto. Bez królowych bufetu, bez najlepszej gospodyni. Po prostu Wioletta, Ula i Kasia.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

19 − czternaście =

Rodzinne świętowanie – wstęp bez granic