Pustka życia Danuty
Śnieg już nie parzył gołych stóp Danuta przestała je czuć. Tylko wiatr smagał ją boleśnie po twarzy, rękach i szyi, przeszywał do żywego klatkę piersiową okrytą jedynie nocną koszulą. Siwe włosy, ciągnące za sobą płaty śniegu, były ciężkie jak lodowe sople. Zamieć gwizdała złowrogo, biła we wszystkie strony, a Danuta całkiem już zgubiła się na własnym podwórku. Przytuliła się do chłodnych desek płotu, założyła ręce na piersi i zaczęła łkać:
Lepiej już umrzeć! Zabierz mnie, Boże!.. Umrzeć
W tamtą noc na pewno by umarła z zimna, gdyby nie sąsiadka Halina, która wyszła do obory sprawdzić, czy krowa nie zaczyna się cielić. Zobaczyła uchylone drzwi u Danuty i światło przeciekające przez szparę.
Danusia! Ty tam w ciemnościach się kręcisz?
Ale Danuta stała zamroczona na rogu podwórka, schowana między drzewami i zamiecią, z zamkniętymi oczami powtarzała wciąż jedno: umrzeć, umrzeć!
Halina pobiegła przez swoje podwórko, wpadła przez furtkę do Danuty.
Danuta, gdzieś ty?! Danuta, kobieto, co ty wyprawiasz!.. Danusia!
Nawet gdyby chciała, nie mogła już odpowiedzieć. Runęła w dół, osunęła się po płocie, szepcząc coś pod nosem, opuściła rozczochrane, siwe włosy na kolana. Skuliła się, a po jej pobladłych, zapadniętych policzkach spływały łzy. Aż ktoś ją podniósł i próbował ciągnąć, lecz Danuta całkiem zesztywniała.
Tyś głupia, stara babo! Zaczekaj! Halina pobiegła po męża. W dwójkę wciągnęli Danutę do domu.
Od tej nocy Danuta już nie wstała. Rano przyszła młoda pielęgniarka z przychodni, i dziwiła się, że i w takim wieku, dziewięćdziesiąt jeden lat, nawet przeziębienia nie złapała, tylko stopy odmrożone. Pochyliła się nad twarzą Danuty i mówi:
Do szpitala by trzeba. Sprowadzić karetkę?
Stara kobieta spojrzała smutno na czarne włosy pielęgniarki, na jej różowe od zimna policzki i uparcie pokręciła głową.
Nigdzie nie pójdę. Tu będę leżeć. Nie zawracaj sobie mną głowy, dziecko. Niczego mi już nie trzeba. Idź z Bogiem.
Przeleżała tak dwa tygodnie. I po co, dlaczego tamtej nocy wyszła na podwórko, boso, w samej koszuli? Każdy uznałby to za starczą głupotę, a ona widziała w tym coś nieuchwytnego, jakby przeznaczenie. Dzień wcześniej, wieczorem, siedziała na łóżku w świetle słabej żarówki i pruła drutami robiony skarpet. Jej stare palce sprawnie wykonywały znajome ruchy. Myśli były inne, spojrzenie utkwione w jedno miejsce na ścianie. Uśmiechała się tak dziwnie jak do wspomnień.
Od dziecka nie spotkało ją w życiu nic dobrego. Praca, bieda, wieczny niedostatek, a jedynym światłem był krótki, ulotny błysk miłości.
Nazywał się Grzegorz.
Grzesiu Grzesieńku szeptała przez zaciśnięte wargi i jeszcze szerzej się uśmiechała.
Tamtego wieczoru miała wrażenie, czy może jej się śniło, że idzie przez pole, za ten lasek, gdzie kończył się majątek pani dziedziczki. Wpatrywała się w dal, osłaniając dłońmi oczy przed słońcem. Czekała na niego. Obiecał, że przyjdzie. W środku rosła nadzieja zmieszana ze strachem. I w tym rozmytym od słońca zbożu widziała postać mężczyzny. Biegła do niego szczęśliwa, wołając: Grzesiu! Grzesiu!
W takich marzeniach zasnęła. Obudziła się późno w nocy, nerwowo kręciła się po łóżku. Spojrzała przez okno a tam zamieć, od której drżały szyby. Odsunęła kołdrę, wyciągnęła ręce i po omacku ruszyła do drzwi.
Ja tylko na chwilę
Przeszła przez próg boso, nieprzytomna, patrząc niewidzącym wzrokiem w białą wichurę nad wsią. I jeszcze raz uniosła rękę, jakby prosiła:
Grzesiu!..
Mróz przeszył ją do szpiku, zdrętwiały jej wnętrzności. Gołymi stopami stąpała po lodowatych schodach i zeszła na ścieżkę. Patrzyła wciąż przed siebie, za płot, szukając go pośród zawiei.
Grzesiu! Tutaj jestem! Grzesiu!
Zbliżyła się do ogrodzenia, wyglądała przez nie, ruszała w jedną i drugą stronę I dopiero wtedy poczuła, że stopy jej całkiem odmarzły, jeszcze chwilka i nie ruszy nimi wcale. Spiesząc się, pobiegła wzdłuż płotu w stronę bramy, nie przestając się uśmiechać.
Szybciutko Jeszcze stamtąd spojrzę
Ale bramy już nie znalazła. Kręciła się po podwórzu. Straciła wszelkie punkty orientacyjne. Gdzie nie spojrzała to drzewo, to płot, to nogi aż po kolana w śniegu Tak zabłądziła. I w tym zagubieniu zobaczyli ją sąsiedzi.
Przychodziła do niej Halina, przynosiła jedzenie, gadała coś, rozpalała piec. Młoda pielęgniarka robiła opatrunki, smarowała śmierdzącą maścią stopy, kazała mierzyć temperaturę. Wszystko, co kazali, Danuta robiła, ale gdy zostawała sama, wpatrywała się w sufit pustym wzrokiem. Słuchała odgłosów z podwórza: szczekanie psów, skrzyp sań, śpiew powracających ze szkoły dzieci.
Najczęściej ogarniała ją drzemka. Budziła się już świt, albo przeciwnie, noc. W piecu trzaskały polana. Z dachu kapała niepewnie woda. Boże, kiedy to umrę? Umrzeć by myślała znów i znów.
Już od dzieciństwa nauczyła się jednej, przerażającej prawdy: jej los to stroma, gliniasta skarpa, porośnięta kolczastymi krzakami. Po niej można było tylko staczać się w dół, boleśnie odbijając się od korzeni i kamieni. Nikt nie poda ręki, nie zatrzyma upadku, nie pomoże wrócić do światła. Tak żyli wokół wszyscy, i nie oczekiwała niczego innego. Przywykła, że życie to powolne, nużące spadanie w dół, a jedyne, co zostało, to znosić cierpienie, zaciskając zęby, żeby nie krzyknąć.
Tamtego roku wiosna przyszła późno i była okrutna. Nie ciepłem, lecz szarymi wiatrami i ciągłym deszczem, które zamieniły wszystkie drogi w błoto. Śnieg zszedł dopiero w maju, odsłaniając zbutwiałą ziemię podobną do starego, znoszonego płaszcza. Brzozy długo nie puszczały liści, sady tkwiły gołe i czarne, jak po pożarze. Danuta, poprawiając na głowie mokry chustę, szła drogą spod studni. Wiadra rozhuśtane na drewnianym jarzmie, chlapały na jej spękane, zmarznięte stopy. Po drugiej stronie ulicy, pod chwiejącym się płotem, stali mężczyźni, skuleni pod drobnym deszczem. Nisko rozmawiali, zerkając na nią, ale Danuta przeszła obojętnie, nawet nie podnosząc wzroku. Od dawna była niewidzialna część szarego pejzażu tej wsi.
Danusia! krzyk babki Agaty, robotnicy, z którą służyły kiedyś u pani dziedziczki, przeciął wilgotne powietrze. Był to krzyk surowy, nieznoszący sprzeciwu. Leć do sklepu! Powiedz Kazikowi, by dał najlepszą bawełnę dla panienki, z kwiatkami! Nie czekaj! Dziś goście z miasta na obiad! I kwiatów narwij!
Danuta cicho odstawiła wiadra na schody, wycierała ręce w fartuch i ruszyła na skraj wsi. Miała dwadzieścia dwa lata, a wydawało się, że już cała młodość przebiegła obok niej, nie dotykając nawet ramieniem. Po śmierci rodziców dwunastoletnią Danutę zabrała do siebie zrzędliwa wdowa-dziedziczka, za kawałek chleba, do pomocy.
Była wtedy Danuta chudą, pobitą dziewczynką z wystraszonymi oczami, która bała się każdego hałasu, każdego spojrzenia. Urosła na wysoką, mocną, milczącą dziewczynę, z ciężkimi, spracowanymi rękami i przygasłym wzrokiem, bez połysku nadziei.
Pracowała od świtu do późnego wieczora. Aż w uszach szumiało, nogi bolały jak z ołowiu. Rąbała drewno w deszczu, doiła kozy w chłodnej oborze, lepiła glinę na piec, prała w przerębli do odrętwienia palców. Plewiła ogród w skwarze, gdzie czerwone porzeczki i maliny kusiły zapachem, ale nie wolno było zerwać ani jednej pani liczyła każdą, a za brak karciła pokrzywami. To nie dla ciebie, darmozjadko! mawiała. Danuta nauczyła się nie patrzeć w bok. Wyrywała chwasty złoszcząc się i gryzła usta, by nie płakać, by zyskać choć trochę pokoju od pani. Jej wychudzone plecy migały wśród zieleni ogrodu cały dzień, kuszone dorodnymi jagodami, których nie śmiała tknąć.
W soboty rozpalała wiejską łaźnię. Targała ciężkie bańki z rzeki, rozgrzewała piec do upału, aż szumiało w głowie. W parze szorowała szorstką szczotką nagie plecy pani, aż ciemniało przed oczami. Stara kobieta przekładała się, ustawiając raz jedno, raz drugie ramię, każąc szorować coraz mocniej. Danuta klękała, podnosiła się na palcach, pomagała się ubrać i prowadziła do domu. Pani pokrzykiwała, czasem szczypała w bok, czasem klepała po policzku i nazywała wołem pociągowym. Tak Danuta żyła. Innego życia nie znała i nawet nie marzyła. Otaczała ją niewidzialna ściana zmęczenia, obojętności i dawno pogrzebanej nadziei. Nie obchodziło jej ubranie, pogaduszki dziewcząt po pracy, czy zaloty chłopaków. Już nawet pani nie mogła bez niej funkcjonować.
Pewnego dnia, gdy Danuta stała na stołku i myła wysokie lustro, pani zapytała zamyślona:
Danuto, nie chcesz może wyjść za mąż?
Zeszła ze stołka, wycisnęła szmatkę, i bez emocji:
Jak pani chce.
A może starą panną zostaniesz?
Wszystko mi jedno.
No, no! pani uderzyła ją po ramieniu Stara panna i lepiej. A jak dzieci narobisz, tylko wrzawa i mordęga. Z takim zadkiem to z dziesięć! Ale ci się udało, nie jak mojej Polci.
Już chciała się przeżegnać, wspominając córkę, ale zawołał ją ktoś z pokoi i odłożyła rozważania.
Ta rozmowa nie poruszyła w Danucie żadnej struny. Jej dusza spała cicho, nie czuła nic dla siebie, choć instynkty dawno mogłyby się odezwać. Ale była ta ściana, oddzielająca ją od innych. I z tej strony było jej nawet dobrze. Mężczyźni przywykli do jej obojętnej urody i nie próbowali nawet czekać na żadne łaski. Stary stangret Jan mówił: Uroda Danuty nie dla ludzi, tylko do Boga ją przynależna. I pewnie tak by zostało, gdyby nie pewien przypadek, który pozwolił jej na chwilę zajrzeć za tę ścianę w świat ludzi.
Zdarzyło się to na początku czerwca, gdy wreszcie zrobiło się ciepło, łąki zielone. W majątku szykowano się na ważnych gości. Młoda panienka, blada i chorowita, miała przyjmować młodego panicza z Warszawy, który ponoć przyjeżdżał się oświadczyć. Danutę wysłano na łąkę po rumianki do salonu. Szła w dół po trawie, stąpając ostrożnie boso po rosie, gdy nagle na ścieżce zastąpił ją obcy chłopak. Miał modny bezrękawnik na wyszywanej koszuli, błyszczące buty, włosy przyczesane pomadą, zuchwałe spojrzenie. To był Grzegorz, stajenny z sąsiedniego majątku, przybyły z młodym paniczem. Stał rozkraczony, bezceremonialnie przyglądając się Danucie jak okazowi na targu.
Szczęść Boże, piękna uśmiechnął się leniwie, wodząc wzrokiem po jej silnych ramionach i wysokim biuście pod spraną bluzką.
Danuta nawet na niego nie spojrzała. Ominęła szeroko, chcąc przejść bokiem, ale zagrodził drogę.
Po co tu stoisz? spytała twardo, patrząc pod nogi.
Jak cię wołają?
Skoro wiesz, to ci wystarczy, a jak nie nie twoja sprawa! odpowiedziała i jak kamień przy drodze minęła go, nie patrząc.
Grzegorz się nie zraził. Coraz częściej jeździł do majątku z paniczem. Głos jego słychać było na podwórzu, spojrzenie czuła na sobie, bieląc ściany czy myjąc naczynia. Raz był przy studni, raz przy szopie, raz za gankiem. Rzucał do niej różne żarty, próbował zaczepiać, ale ona zawsze obojętnie go mijała. Pewnego popołudnia, gdy szła do chlewu po mąkę, wyskoczył zza drzwi i chwycił ją w pół, przyciskając do worków. Danuta nawet nie pisnęła. Odruchowo odepchnęła go z całych sił; poleciał na ścianę, uderzając się boleśnie. Danuta spojrzała tylko chłodno i powiedziała:
No zobacz, czym się naraziłeś
Poprawiła chustkę, otrzepała spódnicę i wyszła, zostawiając go samego. Grzegorz długo masował głowę patrząc za nią. W jego oczach zapaliło się wtedy coś innego niż chęć ciekawość i zadziwienie. Przywykł do pokornych dziewcząt, a ta silna i niema była z innego świata.
A Danuta? Nie była całkiem obojętna, ale nie wzbudzał jej dziewczęcej ciekawości. To, co się działo, było nowe, trudne do nazwania. Nawet o nim nie myślała. Był tylko iskrą przebudzenia jasnego i radosnego.
Danuta częściej się uśmiechała. Chciało się jej znów poczuć to dziwne uczucie w sercu, które niechcący w niej obudził. Zaczęła wstawać wcześniej, by patrzeć na mgławicę nad łąką, doić krowę, długo wpatrywać się w tryptyk porannego światła na polach. Miała ochotę paść się wśród traw, śmiać się z młodości i siły. Nie wiedziała, czego chce, po prostu żyć. Gdy orientowała się, że nie pracuje, od razu brała się do roboty. I tak minął miesiąc.
Zaloty Grzegorza nie przynosiły sukcesu, jeśli nie liczyć pocałunku wyciśniętego siłą w piwnicy, po którym dostał w twarz szeroką, ciężką dłonią. Ale jego upór nie poszedł na marne. Raz Danuta, widząc jak Grzegorz chce pomóc jej z wiadrami, uśmiechnęła się lekko. Innym razem złapał ją wzrokiem na długim, nieśmiałym spojrzeniu przez okno. To jeszcze nic nie znaczyło, lecz Grzegorz miał nadzieję. Ta historia, czy raczej jej cień, szybko się skończyła.
Pewnego dnia Grzegorz wstawił się za chłopcem oskarżonym o kradzież na polu dziedziczki. Pani kazała stajennemu go wychłostać. Danuta to widziała, zatrzęsła się na całym ciele, podbiegła, chcąc wziąć bat na siebie, ale stajenny ją odepchnął. Wtedy Danuta złapała polano, gotowa huknąć nim napastnika. Ludzie zastygli. Podszedł Grzesiek, wyrwał bat i zamachnął się w stronę stajennego.
Wynoś się stąd! Sam powiem pani wszystko! Wynocha!
Kobiety rzuciły się do malca; a ten, przekrzykując się, szlochał:
Mama mi wczoraj umarła Umarła!
Słowa te ugodziły Danutę jak żelazem. Ujrzała w chłopcu samą siebie. Zerwała guzik przy bluzce, aż urwał się krzyżyk, wbiegła do swojej izby, padła na łóżko. Rzucało nią szlochaniem. Palce wczepione w cienką pierzynę. Płakała z żalu do swojego życia, bezsilnej złości i tęsknoty do czegoś, czego nigdy nie miała.
Grzegorz ją znalazł. Wszedł cicho, usiadł obok, nie mówił nic zbędnego, po prostu objął drżące ramiona. Po raz pierwszy nie odsunęła się, a raczej wtuliła. Jeszcze łzy płynęły, ale lament się skończył. Słuchała bicia jego serca i nagle spytała szeptem:
A co tam jest, za lasem? Dalej?
Miasto odpowiedział zaskoczony. Duże, kamienice, sklepy, kościoły.
I co dalej?
Za nim inny. Kolej tam jeździ. A potem morze gdzieś daleko.
Milczała. Nigdy nie była nad morzem, rzekę się bała przepływać. Teraz zapragnęła to zobaczyć. Chciała uciec stąd, gdzie ją bili, gdzie pracowała na odciski, gdzie wyzywano ją od wołów pociągowych i nie używano nawet jej imienia. Chciała stać się człowiekiem. Odwróciła się do Grzegorza, ujęła jego twarz spękanymi dłońmi i pierwszy raz zapytała prosto w oczy:
Zabierzesz mnie? Weźmiesz za żonę?
Grzegorz się zmieszał. Był lekkomyślny, lubił przechwalać się przed dziewczynami, ale na poważny krok nie był gotów. Kręcił, patrzył w bok, mówił, że trzeba poczekać, zarobić. Ale Danuta już nie słuchała. Coś ją tchnęło, była nagle odważna, prawie szalona. Sama przytuliła go, sama pocałowała, mówiła, że nie ważne, co ludzie powiedzą chce być z nim, wyjechać stąd. Tego wieczoru zgubiła dziecięcy miedziany krzyżyk sznurek się przerwał. Nie szukała już. Widać tak być musiało, powiedziała cicho z dziwnym spokojem.
Grzegorz przyjeżdżał jeszcze dwa razy. Spotykali się po kryjomu w stodole, w piwnicy, za wsią w wiklinie. Danuta rozkwitła zaczęła chodzić z podniesioną głową, w oczach pojawił się blask, na policzkach rumieniec, uśmiechała się nieśmiało, jakby uczyła się życia na nowo.
A potem to się skończyło. Ślub panienki odbył się hucznie, a młody pan zabrał żonę do miasta. Grzegorz, rzecz jasna, wyjechał z nimi. Nawet jej nie uprzedził. Dowiedziała się od kucharki: Twój, Danusia, odjechał. I nie wróci.
Danuta czekała. Szła wieczorem na drogę, patrzyła w szarą kurzącą się wstęgę prowadzącą ku lasowi. Stała tam z założonymi rękami, aż szarzało i gwiazdy wychodziły. Przestała jeść, spać. Jej wychudła, piękna twarz stała się niemal przezroczysta, oczy zapadły się, ale płonęły gorączkowym blaskiem. Babka Agata klęła, przepędzała ją, a Danuta tylko uśmiechała się błogo. Była pewna: on wróci. Czuła to całą sobą.
Minęło lato, upalne i duszne, przyszła mokra, bure jesień. Danuta patrzyła na daleki horyzont, gdzie las stykał się z niebem. Wierzyła, że jeśli będzie czekać, Grzegorz wróci. O nim się nie dopytywała, nie rozumiała, gdy mówili, że już się nie zobaczą. Wierzyła, że nie pozwalają mu złe siły, lecz z pewnością kochał ją i tęsknił. Każdego dnia pracowała w szaleńczym tempie, starając się zdławić ból robotą. W wolnych chwilach siadała i patrzyła przez wszystko ku odległemu lasowi. Dni, miesiące i lata zlewały się w jedną szarą masę. Danuta czekała.
Pewnego październikowego dnia, gdy drzewa były już całkiem gołe, na krańcu pola, przy lesie, zobaczyła męską sylwetkę. Mimo wieku podskoczyło jej serce. Wydawało jej się, że to Grzegorz. Rzuciła łopatą, pobiegła, śmiesznie wymachując ramionami, wołając zedrganym głosem:
Zaczekaj! Zaczekaaaaaj!
Człowiek nawet nie spojrzał, musiał nie słyszeć. Danuta podbiegła do wezbranej po deszczach rzeczki, chodziła po brzegu. Bała się wody, nie umiała pływać, on był po drugiej stronie. Weszła na kłodę i długo, długo wypatrywała jego sylwetki. Aż przestał być widoczny w trawie, zlał się z lasem. Stała na palcach, wytężając wzrok, aż został po nim tylko bezkresny, zielony łan.
Zobaczyła ją sąsiadka, która okopywała maliny. Podeszła, pokręciła głową.
Czego siedzisz? Po co tak gnasz?
To był Grzegorz odpowiedziała cicho, nie odwracając się.
Jaki Grzegorz?
Stajenny z młodym panem do naszej panny kiedyś jeździł.
Z tamtego majątku? Ty głupia! Po co ci on?
Ja na niego czekam.
Na co tu czekać? sąsiadka westchnęła On dawno żonaty. Słyszałam, mieszka w Okuniewie, jak dawniej.
Nie kłam powiedziała Danuta cicho; w głosie jej zabrzmiało szaleństwo.
Skąd kłamię, babo? Przecież mąż mój tam był raz, mówił, że dzieci kupa, sam kaleka, przygnieciony przez wóz. Żona go utrzymuje, w biedzie żyją. A może już i nie żyje był bardzo chory. Dlaczego się śmiejesz?
Cha-cha-cha! śmiała się Danuta, siedząc na ziemi z rozchyloną spódnicą i rozwichrzonymi włosami. Śmiech jej był głośny, szorstki, niepodobny do ludzkiego.
Wariatka, jeszcze się śmieje! sąsiadka przeżegnała się szybko. Może już pod ziemią, a ty się cieszysz. Tfu!
Przystojny, młody jeszcze, zdrowy Danuta pokazała na swoją pierś; oczy jej gorzały szaleńczym światłem. A wiesz, kim ja jestem?
Kim?
Jego żoną. A dzieci nie mamy, nie zaszłam jeszcze.
Wariatka dawno już powinno być po wszystkim. Jemu do pięćdziesiątki baba szarpnęła ją za rękę. Chodź już.
Danuta śmiała się dalej, patrząc na nią zmąconym, nieprzytomnym wzrokiem.
Po co kłamałaś? Czemu, no?!
Biedna pomyślała sąsiadka, cofając się. Jak nic szalona, Chryste uchowaj! i znów przeżegnała się, odchodząc.
Od tego dnia wszyscy już jawnie uważali ją za osobę nierówną. Danuta nie płakała już ani nie czekała tak jak dawniej. Pracowała w milczeniu na swoim kawałku ziemi, jeszcze zacieklej niż kiedyś, jakby chciała wykopać ból. W wolnych chwilach siadała na progu i patrzyła na las, za którym, jak myślała, jest morze. W jej oczach zamarła pustka tak głęboka, że każdy się żegnał i odchodził bokiem.
Nim całkiem się zestarzała, nawet w środku lata, w południe, gdy pachniały piwonie i lipy, Danuta zakładała czystą, wypłukaną bluzkę, rozczesywała długie siwiejące włosy, wychodziła na łąkę i długo patrzyła w dal, tam gdzie niebieska linia lasu stykała się z niebem. Stała tak prosto, już niepiękna, ale w jej postawie było coś starego i cierpliwego, jakby zakorzeniła się w tej ziemi na wieki. Jeśli ktoś z litości pytał, na kogo czeka, odpowiadała cicho:
Na szczęście swoje. Tam jest, za lasem. Grzesiu dziś miał przyjechać.
Ot, biedaczka mówiono.
Tylko wiatr szumiał w szczytach drzew, tylko rzeka płynęła swoim powolnym, niekończącym się nurtem, a gdzieś bardzo daleko, za lasami, za miastami, szumiało nieznajome jej morze, o którym nie dowiedziała się nic więcej, poza jego cichym, tęsknym imieniem.
Zaskrzypiały drzwi. To Halina weszła rozpalić piec. Danuta obróciła na nią puste, wyblakłe oczy.
I jak nogi, Danusia? spytała Halina.
Stara kobieta coś niewyraźnie mruknęła. Halina nachyliła się.
Słucham?
… już lepiej by umrzeć Nie, on już nie wróci. Już zostało tylko umrzećHalina westchnęła, przyklękła przy łóżku i cicho pogładziła Danutę po ręce. Przez chwilę trwały tak w ciszy Halina czyściła parapet z resztek śniegu, Danuta patrzyła gdzieś w głąb siebie, coraz dalej i dalej.
Nocą Halina została czujnie w sąsiedniej izbie. Z kuchni słychać było tylko zgrzyt płomieni. Danuta spała niespokojnie, coś mamrotała przez sen. Nad ranem pokój wypełniło rozproszone, szare światło. Ogarnęło ją ciepło dawno nieznane.
Delikatny zapach rumianków uniósł się w powietrzu. Przed łóżkiem, pośród rozmytego światła, stanęła postać młodego mężczyzny. Twarz jasna, ręce otwarte. Danuta rozpoznała Grzegorza młodego i wesołego, takiego, jakim go zapamiętała pod brzozami tamtej wczesnej wiosny. Uśmiechał się łagodnie.
Już czas, Danusiu powiedział miękko. Czekałem.
Zupełnie bez lęku podniosła się, wolna od bólu, lekka jak obłok. Porzuciła stare ciało jak zniszczoną sukienkę i ruszyła za nim przez próg domu, przez rozległe podwórze, błotnistą ścieżkę dalej, ku światłu. Zostawiła za sobą wszystko: szorstki warkot pieca, ciemne rogi izby, głos Haliny, która już nie usłyszy jej odpowiedzi.
Szedł z nią Grzegorz, prowadził przez śniegi, przez wysokie trawy i czerwone, wonne porzeczki. Minęli cichy, wiejski dom, który zdążał już do wiosny. Potem była łąka; słońce wpadało w łany zboża, motyle trzepotały w gałęziach. Tam, za ścianą brzozowego lasu, czekało morze wielkie, nieznane; cudownie błękitne. Po raz pierwszy spojrzała na nie bez lęku i zrozumiała: tam właśnie, po drugiej stronie tęsknoty, zaczyna się dom.
A kiedy na wsi obudził się nowy dzień, sąsiedzi znaleźli Danutę śpiącą spokojnie z pogodnym uśmiechem na twarzy. Taką ją zapamiętali: lekką, cichą, jakby przez chwilę była szczęśliwa. A ludzie mówili: Odeszła nareszcie, znalazła swoje morze. Niech jej będzie lekko po tej stronie wreszcie swoje szczęście dogoniła.
I nikt już więcej nie widział kobiety stojącej o poranku na łące, czekającej na swojego Grzesia za dalekim, błękitnym lasem.


