Własne miejsce

Swoje miejsce

Mamo, co ty robisz?! Wiktoria była na granicy łez, patrząc, jak jej mama wywala z szafy wszystkie jej niewyszukane skarby. Czerwona sukienka w groszki, ukochana przez Wiktorię, została rzuca na podłogę, gdzie od razu zainteresował się nią jej młodszy brat. Pawełek złapał za pasek i włożył go do buzi. Zostaw, Pawełek! Oddaj!

Znalazła się sentymentalna! Natalia dorzuciła do sterty Leny dżinsy i huknęła drzwiami szafy. Wynocha stąd!

Dokąd mam niby iść, mamo? W dodatku wieczorem? Zastanów się, co ty robisz!

Robię, co chcę! To mój dom, a dla ciebie tu miejsca nie ma!

A ja? Przecież to też mój dom!

Skądże znowu! Nic tu nie masz swojego! prychnęła Natalia, biorąc na ręce syna i wycierając mu nos rąbkiem sukienki Wiktorii. I przestań mi truć głowę! Ledwo co zaczęłam układać sobie życie na nowo, a ty się wtryniasz i wszystko niszczysz! Nie będzie tak!

Ale co ja ci psuję, mamo?! Co?!

To może nie ty świecisz oczami przed Wojtkiem? Hę?

Mamo! wrzasnęła Wiktoria tak, że Pawełek aż podskoczył i się rozpłakał. Czy ty siebie słyszysz?!

Doskonale siebie słyszę! Koniec rozmowy! Za pięć minut cię tu nie widzę!

Natalia kopnęła drzwi i wyszła z pokoju, a Wiktoria wstała jak sparaliżowana, próbując pojąć, co się właśnie wydarzyło. Chyba została wyrzucona z domu… Myśli latały po głowie jak stado wściekłych wróbli. Nic nie mogła uporządkować. Za drzwiami rozległ się płacz Pawełka, więc Wiktoria odruchowo ruszyła w tamtą stronę. To zawsze ona go uspokajała, zabawiała, robiła wszystko, żeby po domu nie rozlegały się wrzaski jej nowy ojczym nie znosił dziecięcych łez i całej dziecięcości w ogóle. Wiktoria, która wychowała się w zupełnie innych realiach w domu pełnym czułości i wsparcia nie mogła pojąć, jak jej mama mogła tak się zmienić. Gdy Pawełek płakał, oddawała go córce i szła do męża.

Zajmij się. Jesteś już duża, to pomożesz oznajmiała tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Wczoraj była ukochaną córeczką, a dziś stała się wrogiem publicznym numer jeden jak mawiała teraz matka. Ostatnie dwa lata przeleciały tak szybko, że Wiktoria ledwo nadążała za tymi zmianami.

Najpierw odszedł jej tata po zawale. Zupełnie bez sensu i niesprawiedliwie; wystarczyło, by ktokolwiek przy przystanku autobusowym uznał, że warto zareagować. A ojciec wciąż młody, zadbany, niepasujący do wizerunku kogoś, komu należy się opieka przeleżał ponad godzinę na chodniku. Ludzie spieszyli się dokądś… Nikogo nie obchodził „pijak” śpiący pod wiatą w listopadzie. Kiedy jakaś pani w końcu poruszyła jego ramię, było już po wszystkim.

Doskonale pamiętała, jak jej mama zareagowała na tę tragedię. Osłupiała bez słowa, bez łez. Tylko zamknęła się w swoim pokoju i zapomniała o córce. W domu nie było żadnych krewnych, a znajomi rodziców to tylko imieninowi goście, którzy potem zapadali się pod ziemię. Rodzice Wiktorii dumni byli z tego, że są „sami sobie sterem, żeglarzem, okrętem”. I Wiktoria też swego czasu uważała, że im nikogo nie trzeba nie lubiła gości, bo po co?

Dopiero gdy poszła do podstawówki, przekonała się, że można inaczej. Trafiła do ławki z ruchliwą, czarnowłosą Zuzanną, której warkocze były tak grube, że dziewczyna chodziła z podniesioną głową co wzbudzało zazdrość Wiktorii (sama miała dość swoje jasne loczki, przez które od razu ochrzcili ją „dmuchawcem”). Dopiero po dwóch dniach odważyła się dotknąć czupryny Zuzi, która właśnie wyrzucała przez ramię spięte kokardą bogactwo, buntując się, że obcinam, choćby mama się wściekła!. Wiktoria, nie myśląc, pogładziła lśniące sploty i wyszeptała:
Zwariowałaś? Jakie to piękne!

Tak zaczęła się jej przyjaźń z Zuzią. Zuzia była czwartą z kolei córką w rozległej rodzinie Baranowskich. Gdy Wiktoria pierwszy raz weszła do ich chałupki na uboczu, z dobudówkami, stojącej na trzech działkach oniemiała. Długo próbowała połapać się, kto jest kim, ale poległa. Dom był wesoły, zawsze ktoś coś gotował. Matka Zuzi karmiła wszystkich, kto tylko przekroczył próg (siadaj, do talerza!) i nie przepuszczała okazji, żeby podeślać ciasto lub kompot z agrestu. Bracia i siostry Zuzi pomagali jak mogli (starszy brat wyjaśniał matmę błyskawicznie, siostra uczyła lepić pierogi), nawet najmłodsze dziewczynki mąciły ciasto śmigłami rąk, jakby się z tym urodziły.

Wtedy Wiktoria pojęła, że rodzina i przyjaciele bywają całkiem fajni. Choć, jak się potem przekona, można też z czasem stać się dla siebie obcym. Ale na razie świat Zuzi fascynował ją bo prezentów w tej rodzinie było bez liku i nie tylko na urodziny! Raz babcia, raz ciocia świętowała i zawsze dzieci dostawały coś słodkiego, skarpetki albo spinki.

Po co ci prezent, skoro to nie twoje święto? dopytywała Wiktoria. A Zuzia wzruszała ramionami:
A nie można tak po prostu kogoś uszczęśliwić bez okazji? Zaczekaj na Boże Narodzenie, to się przekonasz!

Mama Wiktorii była wybitnie niezadowolona z tej znajomości Zuzię tolerowała, ale o odwiedzinach u Baranowskich nie było mowy. Na szczęście, mama pracowała do późna, więc Wiktoria wracała po szkole na szybki obiad i znikała u Zuzi, gdzie na starej kuchni pyrkały kompoty, a w wielkiej kuchni każdy miał swoją historię. Tam ją po prostu kochali.

To właśnie rodzina Zuzi przyszła z pomocą, kiedy w domu Wiktorii wydarzyła się tragedia. Starsi bracia Zuzi zjawili się z kopertą, załatwili formalności i nawet mama Wiktorii, choć kręciła nosem, wykonywała polecenia, jakby była na autopilocie. Zuza tuliła Wiktorię i sama ryczała do ciasta drożdżowego, aż zabrakło miejsca w lodówce na te babki i bułeczki.

Następnego dnia, przez długi czas, bracia Zuzi byli zawsze pod ręką. Pomagali załatwiać sprawy, trzymali rękę na pulsie, chronili. Natalia ignorowała ich obecność, ale Wiktoria to zapamiętała.

Na jej pytanie, Zuza tylko powiedziała:
No bo nie jesteś nam obca. I nie macie mężczyzn, ktoś musiał pomóc.

Pół roku później Zuzię wydano za mąż. Wiktoria, w szoku, pytała:
Swojego rozumu nie masz? Po co ci ślub? Przecież chciałaś być lekarką!

Będę, będę. Ojciec wszystko z teściem ustalił.

Ale jaki sens się spieszyć? Tak go kochasz?

Zuzia spojrzała na nią zdziwiona:
Na razie to tak… bardziej ciekawostka. Miłość ponoć przyjdzie. Tak się u nas przyjęło. Rodzice wybierają, a my robimy swoje.

I nie boisz się, że się nie uda?

Przecież rodzice nie chcą dla mnie źle…

Wiktoria nie umiała tego pojąć, ale nie miała już kogo dopytać; Zuzia wyjechała z mężem do Warszawy, bo tam już czekało na nich mieszkanie.

W tym czasie w domu Wiktorii na scenę wszedł ów pechowy Wojtek, a mama zaczęła jej dogryzać i traktować jak piąte koło u wozu. Wiktoria nie chciała mówić Zuzi, że ojczym kręci się po kuchni szczególnie wtedy, gdy dziewczyna jest sama w domu, mama nie tyle wychowywała drugiego syna, co raczej go podrzucała córce a ta nocami usypiała Pawełka zamiast spać i zaliczyła już dwa omdlenia na praktykach w szkole pielęgniarskiej.

Nie skończywszy jeszcze szkoły, Wiktoria zatrudniła się w szpitalu nocne dyżury stały się jej zbawieniem, bo w domu prawie się nie pokazywała. Gdy odwiozła Zuzię na nowe życie, w domu doszło do takiej awantury, jakiej świat nie widział. Matka już nie chciała słuchać. Dla Natalii liczyła się tylko ona sama. A kiedy sąsiadka z dołu, gładząc Pawełka po policzku, rzuciła:
No, no, Natalia, dzieci to ci się udały i Pawełek, i Wiktoria! Ale uroda, nie powiem! Szkoda, że tata nie doczekał, by zobaczyć, jak się córka wypiękniała. I wiesz, dobrze by było, żeby sobie w końcu jakiego chłopaka znalazła, bo tylko praca, nauka i tak w kółko… Dziewczynie trzeba własnego życia!

Coś wtedy w Natalce pękło i wypędziła Wiktorię z domu. Dziewczyna gorączkowo pakowała rzeczy do torby, próbując ogarnąć, gdzie się podzieje. Jej miejsce? Gdzie ono właściwie jest? Mogłaby zadzwonić do Zuzi, ale po pierwsze Zuzia jest w ciąży, po drugie, robi doktorat. A ona? Nawet własnej matce nie umie wytłumaczyć, o co tu chodzi.

Wiktoria ostatni raz rozejrzała się po pokoju, zgarnęła z biurka fotografię taty i wsunęła ją do torby. Nie uroniła łez może to i dobrze, w końcu czuła się tu od dawna obca. Niech mama sobie układa życie.

W kuchni telewizor brzęczał, mama coś gotowała, tłukąc garnkami. Wiktoria już miała wejść, żeby pożegnać się, ale zawróciła. Co by mogła powiedzieć mamie? Wszystko już padło, a przełknąć to, co ją spotkało, nie miała siły.

Na dworze panowała już późna jesień chłód szczypał, choć miasto uparcie tkwiło we wrześniowych kurtkach. Wiktoria jako zmarzluch od tygodnia śmigała w grubym szaliku (prezent od Zuzi na ostatnie wspólne święta), więc przynajmniej nie musiała wracać się po ciuchy matki oglądać już nie chciała. Gdzieś pod żebrami harcowała uraza, ale nie czas teraz na rozczulanie się nad sobą; trzeba działać.

Przystanek był pusty, tylko jakiś spóźniony przechodzień i duży kundel. Wiktoria postawiła torbę na ławce i schowała zmarznięte ręce w kieszeniach.

Nagle obok zatrzymał się samochód. Przełknęła ślinę, serce waliło jak młot.

Wiktoria?

O, Arsen!

Mało się nie rozpłakała z ulgi to był starszy brat Zuzi, ten od algebry, ten, który pomógł przy pogrzebie ojca.

Co ty tu robisz? Tak późno? Do szpitala?

W sumie… można powiedzieć, że tak Muszę tam iść…

Oj, kombinujesz dziewczyno… Co się dzieje? Czemu masz ze sobą cały swój dobytek?

Spojrzenie Arsena sprawiło, że Wiktoria wywaliła wszystko z siebie o mamie, o Wojtku, że nie ma się gdzie podziać.

Dobra, jedziemy! Arsen był oszczędny w słowach. Wiktoria wsiadła, myśląc, że podwiezie ją pod szpital.

Jechali przez nocne miasto w milczeniu. Było bezpiecznie, cicho. Wiktoria chłonęła tę ciszę, bo czuła, że jej spokój już tyle nie potrwa. Siedziała bez ruchu.

Arsen, my jedziemy nie tędy, co miało być!

Nocować w szpitalu będziesz? Przecież po jednej nocy co dalej?

Nie wiem.

A ja wiem. Jedziemy tam, gdzie trzeba.

Pod blokiem w spokojnej dzielnicy, przy ogrodzeniu z kutego żelaza, Arsen zaparkował. Ochrona nawet nie mrugnęła. Wiktorii w głowie kłębiło się sto pytań.

Weszli na trzecie piętro. Arsen zadzwonił do drzwi mieszkania. Po długiej chwili otworzyła im… największa kobieta, jaką w życiu Wiktoria widziała.

Babciu!

Arsenku! Czemu nie dzwoniłeś?!

Wiktoria zrozumiała, że to tylko iluzja wysoki wzrost i luźna sukienka dawały wrażenie, że pani jest dwa razy większa, niż była.

A to kto? nachyliła się. Dziecko, ja cię znam, jesteś przyjaciółką Zuzi! Widziałam cię na weselu! Wejdź, co się będziesz krępować, nie wstydź mnie!

Gdy tylko Wiktoria przekroczyła próg, otuliło ją domowe ciepło i zapach wanilii. Hol był wyłożony marmurem, z sufitu zwisał wielki żyrandol pełen kryształków. Arsen szepnął coś babci do ucha, kiwnęła głową. Po chwili już jej nie było.

A co ty tak stoisz, okno zaraz otworzę, a ty mi tu przewieje! Rozbieraj się i chodź do kuchni! Kawa na ciebie czeka! Opowiesz mi, czemu taka śliczna dziewczyna tuła się po świecie. Nie masz domu? Nie masz matki?

Chyba już nie mam Wiktoria ze zmęczenia osunęła się na miękki puf i wybuchła płaczem.

Pani wyciągnęła ją na nogi i przytuliła mocno, jakby znała ją od zawsze.

Moje ty dziecko! I tak być nie może! Jeszcze nie raz los cię zaskoczy, ale wszystko się ułoży, zobaczysz! Wiem, co mówię. Wiele w życiu przeszłam i drugiemu nie życzę I nie dam, żeby ci się przydarzyło! Chodź, dam ci prawdziwej kawy, to zapomnisz o smutkach, choćby na chwilę. Czasem trzeba przerwy żeby znów oddychać i myśleć, rozumiesz?

Wiktoria siedziała potem w wielkiej, pięknej kuchni, sączyła kawę tak gorzką, że łzy bledły przy niej. Ale nie mogła przestać pić. Słuchała.

Wołaj na mnie Sonia. Tak na mnie mówili, jak byłam w twoim wieku. Mieszkałam daleko stąd nasze miejsce, dom rodzinny, gdzie zostali moi przodkowie, gdzie leżą groby… Dawno tam nie byłam i raczej już nie będzie mi dane. To mój ból, lecz nie najgorszy.

A który ból najgorszy? Wiktoria zapytała szeptem.

Sonia usiadła i napięcie na jej twarzy stężało niczym węgiel.
Najgorszy jest ten, gdy twoich rodziców nie ma gdzie pochować, bo zaginęli bez śladu. Ja nie mogłam pochować swoich. Ani mojej starszej siostry.

Dlaczego?

Słyszałaś kiedyś o pogromie? Pewnie nie… I obyś nigdy nie musiała wiedzieć. Kiedyś do naszej wioski przychodziły obce bandy, paliły, rabowały… Mama schowała nas wtedy w spiżarni, ojciec zaparł drzwi kredensem i sam został po drugiej stronie… Kredens babci, ciężki jak sumienie, a on przesunął go jednym ruchem… Widzisz, co znaczy rodzicielska miłość? Pamiętaj o tym, gdy będziesz miała własne dzieci. Przeżyjesz jeszcze niejedno, ale gniew zostaw spal go. To cię wykańcza. Po takiej krzywdzie człowiek długo się podnosi, ale tylko miłość i opieka innych pozwalają przetrwać.

Miała pani wsparcie?

Dzieci dwie siostry, brat i dalsza rodzina. Zresztą, przyjęłam ich dzieci jak własne. I tak, żyję… Tak już jest żeby przeżyć, trzeba się wspierać. Dobra energia innych jest w tobie. Rozumiesz?

Chyba tak…

To teraz ja oddam ci trochę swojej siły. Twoje miejsce jest tu, dopóki nie przyjdzie ktoś, komu je przekażę. Nie becz i tak cię czeka kurs na najlepszą gospodynię! Będę cię uczyć, żeby mi wstydu nie narobiła!

Sonia zachichotała, widząc przerażenie w oczach Wiktorii.

Słowa Soni nie były słowami rzucanymi na wiatr. Po dwóch latach Wiktoria gotowała już lepiej, niż Zuzia. Gdy ta wpadła z wizytą, zajadała się mięsnymi pasztecikami i zerkała na dawną przyjaciółkę:

Co tam słychać?

Chyba dobrze. Dzięki babci Soni. Bez niej…

Oj, dziecko, nie przesadzaj, bo mnie zaraz do nieba zabiorą z dumy! Sonia śmiała się, pilnując kawy.

Lena śmiała się z nią, a Zuzia mówiła:
Wychowałaś z niej siebie!

Jeszcze nie do końca… Sonia poważniała.

Kiedy Zuzia dopytała, Wiktoria westchnęła:
Mama jest bardzo chora. Zostało jej niewiele czasu. Leżała w moim szpitalu wiedziałam wszystko.

I nie widziałaś się z nią?

Nie umiem się zmusić Wciąż pamiętam, jak mnie zostawiła…

Nie wygłupiaj się, Wika! Potem będzie za późno na żale, a winnych nie będzie komu szukać! Myślisz o sobie, a co z Pawełkiem? Komu łatwiej było, gdy nikt się tobą nie przejmował? No właśnie!

Ostatecznie Wiktoria się przemogła. Pogodziła się z matką, choć dopiero dwa dni przed jej śmiercią. W tym czasie biegała po urzędach, żeby odzyskać prawo do opieki nad bratem, a żal schowała głęboko. Patrząc teraz w oczy matki, widziała nie złość z dawnych dni, ale ból, który nie miał już nic wspólnego z chorobą. Wspomniała za to małą siebie i młodą mamę w czerwonej sukience, która karmiła ją czereśniami wielkimi, żółtymi i słodkimi jak dzieciństwo.

I słowa same się pojawiły, łagodząc duszę:
Wybaczam ci, mamo

Naprawdę trzeba odpuszczać żale, wyrzucać je, bo trzymają cię przy ziemi jak najgorszy smog nie pozwolą zobaczyć, że wokół jest jeszcze piękno. Musisz to zrobić dla siebie, nie dla tych, których wybaczasz.

Tydzień później Pawełek mocno chwyci siostrę za rękę i wejdzie do mieszkania.
To już na zawsze w domu?

Tak, Pawełku. Już jesteśmy w domu. Tutaj jest nasze miejsce, rozumiesz?

I chłopiec pokiwa głową tak poważnie, że Wiktoria zrozumie właśnie teraz wszystko jest na swoim miejscu, jak powinno.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

16 − 9 =

Własne miejsce