Dzisiaj wieczorem znowu rozmyślałam nad naszą rodzinną sprawą, która od jakiegoś czasu nie daje mi spokoju. Sprawa zaczęła się, gdy ciocia mojego męża zostawiła mu w spadku niewielkie mieszkanie w centrum Warszawy. Nie jest duże, ale lokalizacja ma swoje plusy, szczególnie dla młodej osoby zaczynającej dorosłe życie.
Obecnie mieszkamy razem z mężem w przestronnym mieszkaniu na Mokotowie mamy trzy sypialnie, więc każde z dzieci ma swój kąt. Najstarsza córka, Jagoda, ma już dziewiętnaście lat, studiuje na Uniwersytecie Warszawskim. Starszy syn, Oskar, chodzi do siódmej klasy, a najmłodszy, Staś, dopiero zaczyna naukę w przedszkolu.
Od kilku dni coraz częściej dochodzi między mną a mężem do spięć dotyczących tego odziedziczonego mieszkania. Zaproponowałam, żeby pozwolić Jagodzie tam zamieszkać, przecież dorosła dziewczyna w naszym kraju zazwyczaj zyskuje trochę samodzielności, zwłaszcza kiedy zaczyna studia i myśli o przyszłości. Może za kilka lat ułoży sobie życie, założy rodzinę, a własne lokum bardzo by jej się przydało.
Tomek, mój mąż, uważa jednak, że byłoby to zupełnie niesprawiedliwe wobec chłopców. Twierdzi, że lepiej sprzedać mieszkanie, a uzyskane pieniądze jakieś trzysta tysięcy złotych podzielić po równo między dzieci. Argumentuje, że to najbardziej uczciwe rozwiązanie. Ja jednak czuję, że to bardzo naiwna idea, bo żadne z nich nie kupi za tę kwotę swojego mieszkania w Warszawie; wystarczyłoby co najwyżej na używany samochód albo podróż i rozpadłoby się to w ciągu kilku lat.
Przecież lepiej, żeby chociaż jedno dziecko miało zabezpieczone miejsce do życia, a w przyszłości postaramy się pomyśleć także o synach. Jagoda mogłaby dostać szansę, chłopcy są jeszcze mali, nie rozumieją całego zamieszania i mamy czas, by zadbać o ich perspektywy.
Tomek martwi się jednak, że jeśli tylko Jagoda dostanie mieszkanie, to relacje między rodzeństwem się popsują i zrodzi się niechęć. Rozumiem jego obawy, ale widzę, że nasze dzieci i tak są bardzo związane wspólnie spędzają czas, śmieją się i wspierają się nawzajem. Wierzę, że wychowaliśmy ich na rozsądnych ludzi.
Na razie nie podzieliliśmy się tymi rozterkami z Jagodą trzeba wpierw wszystko przemyśleć. Mieszkanie po cioci wymaga gruntownego remontu, jest stare i dawno nieodnawiane, a obecnie nie mamy wystarczających środków, żeby je odnowić. Trochę mnie to martwi, bo żyjemy raczej skromnie, a ceny materiałów są coraz wyższe.
Zastanawiam się, czy powinnam dalej upierać się przy swoim rozwiązaniu, czy może przyjąć propozycję Tomka. Może istnieje jeszcze inne wyjście z tej sytuacji, które przeoczyliśmy? Chciałabym, żeby nasze dzieci były szczęśliwe i miały dobre relacje, niezależnie od podjętej decyzji. Zawsze powtarzam sobie polskie przysłowie: Lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu, więc może warto dać szansę właśnie Jagodzie? Czas pokaże, kto z nas miał rację.



