Ja też się dusiłem
Sławek oznajmił to w niedzielę wieczorem, kiedy Barbara układała na kupkach wyprasowane koszule. Wszedł do sypialni, usiadł na brzegu łóżka i powiedział to, jakby informował o cieknącym kranie.
Basia, duszę się.
Nie podniosła głowy. Odłożyła jedną koszulę, sięgnęła po następną.
Od czego?
Od wszystkiego. Od tej rutyny. Od tego, że każdego dnia jest tak samo. Wstaję, jem, jadę do pracy, wracam, jem, idę spać. I tak w kółko.
Barbara starannie złożyła rękawy, poprawiła kołnierzyk. Miała pięćdziesiąt jeden lat, Sławek miał pięćdziesiąt trzy. Od dwudziestu sześciu lat mieszkali w tym mieszkaniu na ulicy Ogrodowej, wychowali syna Kubę, który od pięciu lat żył w innym mieście i dzwonił tylko na święta.
I co proponujesz? zapytała spokojnie.
Chcę odejść.
Teraz się zatrzymała. Nie dlatego, że się wystraszyła. Po prostu spojrzała na niego uważnie, jak patrzy się na kogoś, kto mówi coś od dawna przeczuwałego.
Odejdź dokąd?
Wynajmę mieszkanie. Będę sam. Odetchnę.
Dobrze powiedziała Basia i sięgnęła po kolejną koszulę.
Sławek wyraźnie liczył na inną reakcję. Pochylił się do przodu.
Nic nie powiesz?
Co mam powiedzieć? Jesteś dorosły, Sławek. Chcesz odejść to idź.
Nie będziesz robiła awantury?
Złożyła koszulę, położyła ją na stosie i w końcu spojrzała mu prosto w oczy.
Nie. Ale mam jeden warunek.
Jaki?
Nie dzwoń do mnie w sprawach domowych. Gdzie co leży, jak coś się obsługuje, gdzie schowałam to i tamto. Jeśli już odchodzisz, radź sobie sam.
Zamilkł.
To wszystko?
To wszystko.
Sławek nie wiedział, co z tym zrobić. Spodziewał się łez, wyrzutów, dramatycznych rozmów o latach, o synu, o tym, że tak się nie robi. W głowie już ćwiczył odpowiedzi. A ona stała i prasowała te koszule.
No dobrze powiedział w końcu. W takim razie spakuję rzeczy.
Pakuj.
Poszedł do garderoby. Długo stał, patrząc na półki. Potem zaczął wkładać do torby dżinsy, koszulki, skarpetki. Wziął maszynkę do golenia, ładowarkę od telefonu, książkę, której nie czytał od pół roku. Wyszedł do przedpokoju. Basia była wtedy już w kuchni, brzęczała czymś.
Idę rzucił w jej stronę.
Powodzenia odpowiedziała zza drzwi.
Drzwi zamknęły się. Sławek postał chwilę na klatce, nasłuchiwania. Nic. Żadnych kroków za drzwiami, żadnego ruchu. Cisza.
Nacisnął guzik windy.
***
Mieszkanie znalazł przez znajomego po dwóch dniach. Niewielka kawalerka w sąsiedniej dzielnicy Warszawy, na czwartym piętrze, okna na podwórko. Właściciel, starszy pan z wąsem, pokazał mieszkanie szybko, wziął z góry dwa miesiące czynszu i pojechał. Była tam rozkładana kanapa, stół, dwa krzesła, stary radziecki lodówka i kuchenka gazowa. Na oknie wisiały zasłony w kolorze brudnej musztardy.
Sławek postawił torbę, usiadł na kanapie i popatrzył na mieszkanie.
Cisza była absolutna. Nikt nie chodził w sąsiednim pokoju, nikt nie włączał telewizora, nikt nie wołał na kolację. Położył się na plecach, ręce pod głowę i pomyślał: no to mam. Wolność.
Pierwsze dwa dni były niemal przyjemne. Wstawał kiedy chciał, jadł co chciał, a raczej to, co sam sobie kupił po drodze ze sklepu, chodził po mieszkaniu w samych skarpetkach, nikomu się nie tłumacząc. Wieczorem dzwonił do starego kumpla Mirka, rozmawiali długo, Mirek śmiał się i mówił: dobrze, Sławek, dobrze, trzeba było już dawno.
Trzeciego dnia Sławek zobaczył, że skończyły mu się czyste skarpetki.
Spojrzał na pralkę, która stała w małej łazience. Mała, okrągła. Otworzył drzwiczki, zajrzał do środka. Potem zamknął, potem znowu otworzył. Proszek powinien gdzieś być, właściciel coś mówił o szafce pod zlewem. Znalazł tam nieduże opakowanie, przeczytał napis: Do kolorów i bieli. Na oko nasypał do przegródki, która wydawała mu się właściwa. Ustawił program, nacisnął przycisk.
Pralka zawarczała.
Po godzinie wyjął z niej skarpetki. Były wilgotne, niemal mokre, i jakby lekko różowe. Nie od razu zrozumiał dlaczego, w końcu przypomniał sobie, że dorzucił do prania nową czerwoną koszulkę.
Skarpetki powiesił na kaloryferze. Suszyły się do wieczora następnego dnia.
Czwartego dnia postanowił ugotować normalny obiad. Kupił w sklepie filet z kurczaka, ziemniaki i cebulę. W szafce znalazł patelnię z porysowaną powłoką. Postawił na gazie, wlał olej. Olej aż zasyczał, mięso wrzucił w całości zaraz przywarło. Ziemniaki obierał długo i nierówno, połowę zmarnował. Cebula wycisnęła mu łzy z oczu.
W efekcie na talerzu było coś brunatno-białego twarde z wierzchu, surowe w środku.
Zjadł połowę, resztę wyrzucił i zamówił jedzenie z pobliskiego bistro.
Po tygodniu policzył, ile wydał na jedzenie na dowóz. Wyszło niemal tyle, co z Basią na zakupy na cały miesiąc. Postanowił się ogarnąć. Kupił produkty, ugotował kaszę gryczaną. Wyszła mu znośna i to go trochę uspokoiło.
Ale ogólnie codzienność nachodziła na niego z każdej strony, powoli i nieubłaganie, jak fala.
***
Przełom przyszedł dziesiątego dnia.
Sławek brał prysznic i zauważył, że woda nie spływa. Spojrzał pod nogi: na podłodze rosła mętna kałuża. Zakręcił wodę, poczekał, nic nie schodziło. Dotknął stopą odpływu. Stała w nim woda.
Przypomniał sobie słowo syfon. Basia co jakiś czas mówiła: trzeba przeczyścić syfon, bo nie będzie schodzić. Zawsze przytakiwał i wychodził z łazienki.
Sławek kucnął, spojrzał pod wannę. Była rura, potem kolejna, jakieś białe plastikowe łączenie. Dotknął. Odkręciło się bardzo łatwo, wręcz za łatwo, i spod niego natychmiast wyrwał strumień zimny, ciemny.
Sławek zerwał się, poślizgnął, złapał za ręcznik, który od razu poleciał na mokrą podłogę. Próbował przykręcić łączenie, ale woda lała się dalej. Popłynęła na łazienkowy dywanik, który wchłonął wszystko w dziesięć sekund.
Wypadł do przedpokoju, zostawiając mokre ślady, chwycił telefon, gorączkowo zaczął szukać, jak zakręcić wodę. Przypomniał sobie, że właściciel mówił o zaworze pod zlewem w kuchni. Pobiegł, zakręcił woda ustała.
Wrócił do łazienki. Wyglądała jak po powodzi: mokry dywanik, mokre ręczniki, mokra podłoga. Z syfonu wciąż kapało.
Sławek usiadł w przedpokoju na podłodze w mokrych bokserkach i wpatrywał się w ścianę.
Pierwsza myśl zadzwonić do Basi. Nie myśl nawet, tylko odruch. Ona by mu powiedziała, co zrobić. Już wybierał jej numer, już prawie nacisnął na ekran, gdy przypomniał sobie jej głos: nie dzwoń do mnie w sprawach domowych.
Odłożył telefon.
W końcu zadzwonił. Nie do niej, tylko do Mirka.
Mirek, masz pojęcie, jak naprawić syfon?
Co? usłyszał w tle szum telewizora.
Syfon, pod wanną. Leje się.
Ja zawsze dzwonię po hydraulika. Mam numer, podam ci.
Hydraulik przyszedł na drugi dzień. Pokręcił, wymienił uszczelkę w piętnaście minut. Policzył za usługę tyle, że Sławek przez chwilę tylko patrzył na niego w milczeniu.
To normalna cena? spytał w końcu.
Normalna stwierdził hydraulik bez emocji i wyszedł.
Zamykając za nim drzwi, Sławek pomyślał, że Basia nigdy nie wzywała hydraulika do takich drobiazgów. Sama coś skręcała, dokupowała uszczelki w sklepie i po prostu ogarniała to, jak pogodę za oknem.
***
W tym czasie narodził się w nim pomysł, który wydał mu się słuszny.
Zadzwonił do Marleny, z którą dwadzieścia lat temu miał krótki romans, zanim poznał Basię. Marlena była po rozwodzie już z siedem lat, wiedział o tym od znajomych. Widywali się czasem na urodzinach wspólnych znajomych, rozmawiali o niczym, uśmiechali się.
Marlena, cześć. Sławek Majewski.
Sławek? zdziwiła się, ale życzliwie. Dawno temu było
Mieszkam teraz sam. Może wyskoczymy gdzieś na kolację?
Zamilkła na sekundę.
Sam od kogo?
Od żony.
Jesteście po rozwodzie?
Na razie w trakcie.
Rozumiem. Jej głos stał się ostrożniejszy. Możemy się spotkać, czemu nie.
Spotkali się w kawiarni w centrum. Marlena przyszła w eleganckim płaszczu, zadbana, z krótkimi włosami. Dobrze wyglądała. Zamówili po kieliszku wina, pogadali o znajomych, aż w końcu ona zapytała:
Co u ciebie? Czym się zajmujesz?
Pracuję dalej w firmie budowlanej, kieruję zaopatrzeniem.
Gdzie teraz mieszkasz?
Wynająłem kawalerkę. Na Leszczynowej.
Dobrze tam?
Chciał powiedzieć tak, ale wyszło mu:
W sumie ujdzie. Pralka słabo wiruje. Kuchenka też coś szwankuje.
Spojrzała na niego z wyrazem współczucia, nieco matczynego, nie romantycznego.
Rozumiem powiedziała.
Rozmowa już się dalej nie kleiła. Ona opowiadała o swojej córce, Sławek o Kubie. Wypili jeszcze po jednym kieliszku, ona powiedziała, że rano wcześnie wstaje, pożegnali się przy wejściu do lokalu.
Wrócił na Leszczynową. W lodówce pusto, sklepy już zamknięte, znalazł w szafce paczkę zupek błyskawicznych i zalał wrzątkiem z czajnika.
I więcej do Marleny nie zadzwonił. Ona też nie zadzwoniła.
***
Mniej więcej wtedy próbował zobaczyć się z chłopakami. Zadzwonił do Mirka, ten odparł, żeby w piątek po pracy, ale tylko do ósmej, bo żona ma wywiadówkę. Michał, drugi kolega, powiedział, że może przyjdzie, ale w sobotę jedzie do teściów, więc nie pije.
Spotkali się we trzech w niewielkim pubie blisko metra. Wypili po dwa piwa, pogadali o futbolu, o robocie. W końcu Mirek spytał:
I jak tam, na swoim?
W porządku odpowiedział Sławek.
Basia nie dzwoni?
Nie.
Mirek i Michał spojrzeli na siebie.
Całkiem nie dzwoni? dopytał Michał.
Całkiem.
Znów na siebie spojrzeli. Mirek pokręcił kuflem.
Wiesz, to dziwne. Moja by już trzy razy zadzwoniła.
Basia nie dzwoni powtórzył Sławek.
To albo dobry znak, albo zły zamyślił się Michał.
W jakim sensie zły?
Że jej dobrze bez ciebie.
Sławek dopił piwo. Nie chciał o tym myśleć. Choć i tak myślał o tym codziennie.
O wpół do ósmej Mirek zerknął na zegarek, wstał, ubrał się. Michał także. Uścisnęli mu rękę, poklepali po ramieniu i wyszli. Każdy do swojej żony, na wywiadówkę, do swoich rodziców.
Został sam przy stoliku, zamówił jeszcze jedno piwo i siedział do zamknięcia.
***
Tymczasem Basia przez pierwsze dni rzeczywiście odczuwała coś w rodzaju zagubienia, ale nie tak, jak się spodziewała. Nie pustkę po nim, a raczej niespodziewany nadmiar przestrzeni. Jakby ktoś przestawił meble i nie było wiadomo, czy to na lepsze.
Zadzwoniła do przyjaciółki Haliny drugiego dnia.
Odszedł powiedziała Basia.
Jak to? Gdzie?
Wynajął mieszkanie. Mówi, że się dusił.
Halina milczała chwilę, potem westchnęła:
Basiu, jak się trzymasz?
Szczerze? Dobrze. Sama się dziwię.
Płaczesz?
Nie. Dziwne, prawda?
Może dopiero przyjdzie?
Może. Zobaczymy.
Zaraz potem zadzwoniła Ewa, druga przyjaciółka, poznana w przychodni dwadzieścia pięć lat temu. Ewa była mniej delikatna.
Chwała Bogu powiedziała. Basiu, od lat ci mówiłam.
Co?
Że jesteś jak gosposia, tylko bez pieniędzy.
Ewa, bez przesady.
A kiedy ostatnio zrobiłaś coś tylko dla siebie?
Basia się zastanowiła.
W zeszłym roku obcięłam włosy.
No właśnie.
W następnym tygodniu Ewa zaprosiła ją na jogę. Najpierw Basia odmówiła, potem zadzwoniła i zgodziła się. Poszły do sali pod domem, Basia założyła stary dres, który leżał w szafie jeszcze z czasów liceum i odkryła, że zupełnie nie jest rozciągnięta.
Spokojnie powiedziała instruktorka, młoda dziewczyna z kucykiem każda tak zaczyna.
Po dwóch tygodniach umiała się już trochę zgiąć. Chodziła na jogę trzy razy w tygodniu. Później z Ewą zaglądały czasem do kawiarni, spędzały tam godzinę lub dwie, rozmawiając. Basia uświadomiła sobie, że dawno nie miała takiego czasu, by po prostu posiedzieć, porozmawiać, nie myśląc, że trzeba wracać, bo Sławek wróci z pracy i trzeba wstawić obiad.
Po wieczorach czytała książki. Przedtem książki leżały przy łóżku, zasypiała po dwudziestu stronach. Teraz potrafiła czytać godzinę, półtorej.
Pewnego dnia zadzwonił Kuba.
Mamo, tata mówi, że mieszka osobno.
Tak, to prawda.
I jak sobie radzicie?
Różnie powiedziała Basia. Ja, szczerze mówiąc, dobrze.
Kuba chwilę milczał.
Mamo, rozstaniecie się?
Na razie nie wiem. Nie myślałam o tym.
Nie jesteś smutna?
Jestem zaskoczona. Ale nie smutna.
Zamilkł, tak jak zawsze długo trawił informacje.
No dobra powiedział w końcu. Jakby coś, dzwoń.
Ty też dzwoń. Nie tylko na święta.
***
Tylko raz zdarzyło się, że Basia stanęła w kuchni i po prostu trwała w miejscu, patrząc przez okno.
Myła kubek, zwykły, poranny, i nagle którejś myśli dwadzieścia sześć lat. To dużo. Więcej niż połowa dorosłego życia. Było w tym wszystkim wszystko, także dobre. Pierwsze mieszkanie, sami je remontowali, dłonie całe w odciskach. Syn Kuba, z kolanami w jodynie. Wyjazd nad Bałtyk jakieś piętnaście lat temu, śmiali się wtedy przez trzy dni, nie pamiętała potem nawet z czego, ale śmiech pamiętała.
Tego już nie będzie, a raczej zostanie w przeszłości, jak zdjęcia w albumie.
Doczekała aż uczucie minie. Minęło po kilku minutach.
Potem odstawiła kubek na ociekacz i poszła pakować się na jogę.
***
Janek pojawił się przypadkiem.
To była sąsiadka z dołu, pani Wiesia, osiemdziesięcioletnia kobieta o świetnej pamięci i nawyku rozmów na klatce schodowej pół godziny. Poprosiła Basię o wymianę żarówki, bo syn miał przyjechać dopiero za tydzień, a w korytarzu ciemno. Basia wymieniła, wypiła przy okazji herbatę z panią Wiesią, i wtedy przyszedł jej syn ten drugi, niespodziewanie.
Miał na imię Janek, mieszkał w Warszawie, wpadł ot tak. Około czterdziestu ośmiu lat, broda, dobry płaszcz, zmęczone oczy człowieka, który dużo pracuje.
Mama znów wykorzystuje ludzi rzucił, widząc Basię z żarówką w ręce.
Basia sama zaproponowała odparła pani Wiesia z godnością.
Janek spojrzał na Basię.
Dziękuję. Sam bym przyjechał, ale nawet nie wiedziałem, że mama siedzi w ciemnościach.
Drobiazg odpowiedziała Basia.
Pogadali chwilę na progu. Okazało się, że on też pracuje w branży budowlanej, tylko w innej firmie. Ona wspomniała, że jest księgową. Pożegnali się, ona wróciła na górę.
Za trzy dni Janek zapukał do drzwi. Przyniósł matce zakupy, a przy okazji, jak powiedział, chciał przekazać Basi opakowanie czekoladek w podziękowaniu.
Nie trzeba było powiedziała Basia, lecz czekoladki przyjęła.
Nie będzie pani mieć nic przeciwko, jeśli wejdę na chwilę? zapytał. Chciałem zapytać o Sławka, mama mówi, że był kierownikiem zaopatrzenia, mam sprawę do dostawców.
Basia chwilę milczała.
Sławek mieszka teraz osobno. Ale mogę dać panu jego numer.
Rozumiem odparł Janek i trudno było powiedzieć, czy go to zaskoczyło. W takim razie nie przeszkadzam.
Odszedł. Za tydzień zadzwonił jeszcze raz, mówił, że już rozwiązał sprawę z dostawcą i zapytał, czy może pójdą wypić kawę, tak po sąsiedzku. Basia pomyślała i zgodziła się.
Poszli do kawiarni na sąsiedniej ulicy. Rozmawiali o pracy, o jego mamie, o tym, jak dzielnica się zmieniła przez ostatnie lata. Był miły, kulturalny, nigdy nie przerywał, czasem śmiał się sam z siebie zanim skończył zdanie.
Jest pani długo mężatką? padło pytanie, zupełnie zwyczajne, bez podtekstu.
Dwadzieścia sześć lat. A raczej byłam, bo teraz nie wiem.
Bywa powiedział, nie pytając więcej.
To Basia doceniła.
Spotkali się jeszcze raz, potem znów. Nigdzie nie poganiał, niczego nie proponował. Czasem dzwonił i pytał, jak się miewa. Basi ten brak zobowiązań bardzo odpowiadał. Po dwudziestu sześciu latach zobowiązań brak zobowiązań był jak otwarte okno w dusznym pokoju.
***
Sławek w tym czasie zaczął zauważać u siebie rzeczy, na które wcześniej nie zwracał uwagi.
Na przykład to, że nie umie czekać. Nigdy nie musiał jedzenie pojawiało się samo, czyste rzeczy były zawsze, jak coś się psuło, to się naprawiało. Teraz trzeba było czekać aż wyschnie pranie, aż zagotuje się woda, aż przyjdzie hydraulik. Albo aż przejdzie przeziębienie, które złapał w połowie drugiego tygodnia leżał sam w kawalerce, z gorączką trzydzieści osiem, spocony w nieświeżej pościeli, popijając ciepłą kranówkę.
Albo to, że nie umie jeść w ciszy. Przez dwadzieścia sześć lat zawsze ktoś siedział do stołu. Najpierw Kuba, potem już tylko Basia. Coś mówiła albo milczała ale to zawsze była obecność. Tutaj cisza była inna pusta. Zaczął do obiadu włączać telewizor.
Koło trzeciego tygodnia zadzwonił do syna.
Cześć Kuba.
Cześć, tato. Jak tam?
W porządku. Pracuję. Mieszkam teraz na Leszczynowej.
Wiem, mama mówiła.
A jak mama?
Kuba zamilkł na sekundę dłużej niż trzeba.
Dobrze. Mówi, że dobrze.
W jakim sensie dobrze?
No, dosłownie. Chodzi na jogę, spotyka się z koleżankami.
Sławek to przetrawił.
Nie tęskni?
Tato odezwał się Kuba ostrożnie. Zadzwoniłeś, żeby się dowiedzieć, czy mama tęskni?
Nie, po prostu pytam.
Wiesz, ona dobrze się czuje. Ty też. I dobrze.
Sławek rozłączył się i siedział na kanapie z uczuciem, którego nie potrafił nazwać. To nie była uraza. Raczej coś w rodzaju, kiedy wchodzisz do pokoju i nie pamiętasz po co.
***
Dwudziestego trzeciego dnia spotkał w windzie sąsiadkę z klatki, młodą kobietę pod trzydziestkę, widywał ją już wcześniej. Miała na imię Jagoda sama pierwsza się przedstawiła.
Nowy pan w bloku? spytała.
Tymczasowo powiedział.
A, rozstał się pan z żoną?
Zaskoczyła go szczerość.
Tak.
Bywa stwierdziła lekko. Jest pan z czwartego? Tam wcześniej mieszkał pan Henio, ten śpiewający nocami.
Nie, z czwartego, tam, gdzie te brzydkie, musztardowe zasłony.
A, u pana Zająca. On zawsze wynajmuje samotnym mężczyznom. Twierdzi, że z rodzinami same kłopoty.
Wyszli z windy. Jagoda mieszkała na pierwszym. Pracowała w klinice weterynaryjnej, miała kota i dużo kwiatów na parapecie.
Pomógł jej raz wnieść zakupy. Zaprosiła na herbatę. Miała w kuchni ciepło, pachniało cynamonem, rozmawiała mądrze, uważnie patrzyła w oczy. Ale Sławek przyłapał się na myśli: u niej jest czysto, a u mnie w zlewie stoi brudna patelnia.
Widywali się jeszcze parę razy, zawsze na klatce, przy skrzynkach. Nic się nie wydarzyło i nie mogło wydarzyć sam był jak niedokończona myśl, coś zaczęte i porzucone w połowie.
Kiedyś zapytała:
Na długo tu pan?
Nie wiem odpowiedział szczerze.
Wygląda pan na człowieka, który jeszcze nie wie, w którą stronę ruszyć.
Pewnie tak jest.
Niech pan tylko nie zostaje w tym stanie za długo. Ja po rozwodzie wisiałam w próżni dwa lata. Potem żałowałam.
Zapamiętał to.
***
Trigodnia później pojechał na bazarek i kupił kwiaty. Nie dlatego, że była okazja. Po prostu stał przy stoisku z dużymi, białymi chryzantemami. Basia zawsze je lubiła nigdy róże, zawsze chryzantemy, mówiła, że róże są zbyt obowiązujące.
Wziął spory bukiet, zapłacił pięćdziesiąt złotych i pojechał na Ogrodową.
W całym metrze ściskał kwiaty, ludzie patrzyli różnie: ktoś z uśmiechem, ktoś obojętnie. Myślał, co powie; jak ona otworzy drzwi; jak się ucieszy. W końcu dwadzieścia sześć lat razem.
Stanął, nacisnął dzwonek. Nowy, zauważył wcześniej był inny.
Za drzwiami usłyszał kroki, potem głosy: najpierw damski, jej, potem męski nie jego.
Oniemiał.
Drzwi uchyliły się na łańcuch, też nowy. W szczelinie pojawiła się Basia popatrzyła na niego, na kwiaty. Twarz spokojna.
Sławek.
Basiu, przyszedłem.
Widzę.
Mam podniósł bukiet.
Spojrzała na niego bez złości, łez czy natłoku emocji, których się spodziewał.
Sławek, nie otworzę.
Dlaczego?
Zmieniłam zamki.
Widzę. Ale dlaczego?
Za nią przemknął jakiś cień sylwetka mężczyzny. Sławek spojrzał.
Kto to?
Nie twoja sprawa powiedziała spokojnie, po prostu stwierdzając fakt.
Basiu, poczekaj. Ja ja wiele zrozumiałem.
Co?
Otworzył usta, zamknął. Znowu otworzył.
Było mi z tobą dobrze. Nie doceniałem tego. To wszystko była pomyłka.
Patrzyła na niego przez łańcuch.
Sławek odezwała się wreszcie miękko, bez złości. Ty zrozumiałeś, że ci było dobrze. Ale nie wiesz, dlaczego. Myślisz, że brakowało ci mnie. A brakowało ci tego, żeby ktoś prasował twoje koszule.
To niesprawiedliwe powiedział.
Może, ale to prawda.
Basiu, dwadzieścia sześć lat.
Wiem. Były. I dobre lata były. Ale nie chcę następnych dwudziestu sześciu.
Nie dasz mi szansy?
Spojrzała długo, potem powiedziała:
Wiesz, co najciekawsze? Ja też zaczęłam oddychać. Też się dusiłam. Po prostu o tym nie mówiłam.
Stał z chryzantemami w ręku.
Basiu.
Idź, Sławek. Zadzwoń do Kuby nie o mnie, po prostu porozmawiajcie.
Drzwi się zamknęły. Bez trzasku. Zamek kliknął.
Postał chwilę. Bukiet opadł mu w rękach, niemal do ziemi. Chryzantemy były świeże, mocne, one nie wiedziały, co się stało.
Na klatce było cicho. Za sąsiednimi drzwiami grał telewizor.
Odwrócił się i poszedł do windy.
***
Nacisnął guzik, winda przyjechała szybko. W lustrze zobaczył siebie: facet z kwiatami, w dobrym płaszczu, trochę pomięty, z miną człowieka, któremu właśnie coś się skończyło. Albo może zaczęło. A może obie te rzeczy naraz.
Wyszedł na ulicę. Było już ciemno, latarnie świeciły, przechodnie szli każdy w swoją stronę. Sławek ruszył w stronę metra, cały czas niosąc bukiet.
Nagle się zatrzymał.
Na ławce siedziała staruszka i karmiła gołębie. Gołębie tłoczyły się wokół nóg.
Podszedł i postawił bukiet obok ławki.
Proszę, jeśli pani chce powiedział.
Staruszka popatrzyła na niego, potem na kwiaty.
Ładne. Co, nie przyjęła?
Nie przyjęła.
Bywa skwitowała i wróciła do gołębi.
Sławek poszedł dalej. Ulica była zwyczajna; domy jak zawsze, życie szło swoim tempem. Gdzieś w tym mieście Basia zamknęła za nim drzwi i wróciła do swojego wieczoru, nowego życia, które, jak się wydawało, całkiem jej pasowało.
Gdzieś jechał do domu Kuba, do którego należało zadzwonić po prostu tak, bez powodu.
Gdzieś w kawalerce z musztardowymi zasłonkami stały brudne garnki.
Wyjął telefon.
***
Już w metrze długo patrzył w czarną szybę, za którą nic nie było, tylko jego rozmazane odbicie.
Dziwna sprawa myślał, bez żadnej konkretnej myśli. Po prostu dziwna.
Pociąg jechał naprzód. Stacje mijały jedna za drugą. W wagonie siedzieli różni ludzie: młodzi, starsi, zmęczeni, rześcy, z siatkami, z książkami, zapatrzeni w telefony. Nikogo nie obchodził on, jego chryzantemy zostawione na ławce, jego dwadzieścia sześć lat, jego zamknięte drzwi.
Wysiadł na swojej stacji i wszedł na powierzchnię.
Powietrze było zimne, czuć było pierwszy śnieg, który jeszcze nie padał, ale już wisiał w powietrzu.
Sławek zatrzymał się, podniósł głowę i popatrzył w niebo.
Niebo było zwyczajne, ciemne.
Potem poszedł do domu.
***
Tamtej nocy, około drugiej, nie spał i patrzył w sufit. Mieszkanie było takie jak przez ostatnich trzydzieści jeden dni zasłony nie przepuszczały światła latarń, lodówka cicho buczała. Wszystko jak zawsze ostatnio.
Przypomniał sobie jedną rzecz.
Osiem, może dziesięć lat wcześniej, byli z Basią u jej rodziców na działce. Wieczorem siedzieli na ganku, pili herbatę, było cicho, za płotem ciemniał las. Basia milczała, on też ale było to dobre milczenie, obecność, której nie trzeba było nazywać.
Wtedy pomyślał: tak, teraz jest dobrze.
I nic nie powiedział.
Po prostu pomyślał i zapomniał.
Leżał na tapczanie w wynajętej kawalerce i próbował przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz o tym myślał. Nie przypomniał sobie.
Za oknem padał coś w rodzaju pierwszego śniegu nieśmiałe, pojedyncze płatki. W mieszkaniu było cicho.
***
Rano wstał, wstawił wodę na herbatę i pomyślał, że trzeba kupić porządne kubki te w tym mieszkaniu miały odprysk na brzegu i niewygodnie się z nich piło.
Potem pomyślał, żeby zadzwonić do Kuby.
Potem pomyślał, że musi nadgonić sprawy w pracy, bo lada moment raport kwartalny.
Potem przypomniał sobie słowa Basi ona też zaczęła oddychać. Też się dusiła.
Nie wiedział o tym. A może wiedział, tylko nie uznawał za ważne. Zawsze była obok, robiła, co trzeba, a on nie pytał, czy chce, czy lubi. Uważał codzienność za klatkę, ale nie pomyślał, że dla niej była to ta sama klatka, tylko ona prasowała w niej jego koszule.
Czajnik zagwizdał.
Zalał herbatę do wyszczerbionego kubka, usiadł do stołu.
Za oknem padał prawdziwy śnieg, spokojny i biały, osiadał na parapecie i nie topniał.
Sławek wziął telefon, otworzył kontakty, znalazł: Kuba.
Odłożył telefon.
Potem znów wziął.
Kuba, cześć, tu tata. Tak po prostu dzwonię. Masz chwilę?
Mam odpowiedział Kuba, lekko zaskoczony. Cześć, tato.
Co słychać?
W porządku. Pracuję. U was już śnieg?
Właśnie zaczął padać.
U nas też.
Pomilczeli chwilę. Dobre, obecne milczenie.
Tato odezwał się Kuba. Jak się czujesz?
Sławek spojrzał przez okno. Za szybą sypał śnieg, gładki i biały, i w sumie nic nie było jasne.
Powoli się ogarniam odparł.
Ok powiedział Kuba. Jak coś, dzwoń.
Będę dzwonił rzekł Sławek. Ty też dzwoń. Nie tylko na święta.
Jasne odparł Kuba.
Pożegnali się. Sławek wypił ostatni łyk herbaty. Herbata była dobra.
Za oknem padał śnieg.
***
Mniej więcej w tym czasie, po drugiej stronie miasta, Basia też patrzyła przez okno. Miała pod ręką kawę, w pokoju było ciepło, cicho. Janek już wyszedł, nie nocował takie było ich ciche porozumienie: na razie spokojnie, po co się spieszyć.
Myślała o Sławku. Bez bólu, bez radości, po prostu jak o kimś, z kim przeżyło się długie lata. Stoi z kwiatami, duży, trochę niepewny, jak ktoś, kogo życie trochę nauczyło, ale jeszcze nie do końca.
Nie miała już żalu. Na początku była zła i to ją zaskoczyło, bo na zewnątrz była spokojna, a w środku była cicha, stara złość na to, co niewidzialne. Że nigdy nie pytał, czy jej dobrze. Że jemu przeszkadzała rutyna, którą ona tworzyła. Że jemu się nudziło, a ona nie miała czasu myśleć, czy się nudzi.
Złość przeszła. Zostało spokojne, mocne poczucie własnego życia.
Wzięła telefon i napisała do Haliny: joga jutro? Halina odpisała od razu: czekałam, aż napiszesz. Tak.
Basia uśmiechnęła się i odstawiła kubek.
Za oknem też padał śnieg.
***
Tego samego wieczoru Sławek zadzwonił do właściciela mieszkania i spytał, czy można przedłużyć najem o dwa miesiące.
Można odparł właściciel. Proszę zapłacić z góry.
Potem Sławek poszedł do sklepu AGD, kupił dwa normalne kubki. Potem pomyślał i dorzucił trzeci.
Po drodze zrobił zakupy: rosół, cebula, marchewka, ziemniaki. Przepis na zupę znalazł w telefonie prosty, cztery punkty. Punkt czwarty: posolić do smaku.
Stał nad garnkiem i zastanawiał się, co to znaczy do smaku. Wsypał sól, spróbował. Trochę przesolił, ale i tak zupa wyszła przyzwoita.
Zlał do talerza, usiadł w nowym kubku herbata, w talerzu zupa.
Było cicho.
W tej ciszy zupa smakowała.
***
Życie płynęło dalej, tak jak zawsze: bez zapowiedzi, bez wyjaśnień. Basia chodziła na jogę, czasem widywała się z Jankiem, który był człowiekiem spokojnym, nie narzucał się. Sławek mieszkał na Leszczynowej, gotował rosół, czasem dzwonił do Kuby, raz na tydzień spotykał się z Mirkiem i Michałem, którzy teraz też przychodzili solo, siadali nieśpiesznie.
Rozwodu nie załatwili. Nie dlatego, że mieli plan po prostu nie mieli siły do formalności.
Któregoś dnia spotkali się przypadkiem w sklepie, tym samym, na Ogrodowej, gdzie przez dwadzieścia sześć lat robili zakupy. Sławek stał przy lodówkach, z namaszczeniem czytał skład kefiru.
Basia podeszła z tyłu.
Sławek.
Odwrócił się. Popatrzyli na siebie. Wyglądał dobrze, trochę chudszy, spojrzenie miał jakby uważniejsze.
Cześć, Basiu.
Cześć. Dobrze wyglądasz.
Ty też.
Stali tak chwilę.
Kupić kefir? zapytała.
Tak. Właśnie wybieram.
Ten jest dobry wskazała konkretny.
Dzięki.
Wziął, ona wzięła swoje, poszli w różne strony.
Przy kasach stanęli w sąsiednich kolejkach, skasowali zakupy, wyszli niemal jednocześnie.
No to cześć powiedział.
Cześć powiedziała ona.
Ona poszła w prawo, on w lewo.


