Też się dusiłam
Niedzielny wieczór. Stałam przy desce do prasowania i układałam sterty wyprasowanych koszul Pawła, gdy on wszedł do sypialni, usiadł na brzegu łóżka i powiedział to tonem, jakby informował o cieknącym kranie.
Zuza, duszę się.
Nie spojrzałam na niego, tylko odłożyłam jedną koszulę, sięgnęłam po następną.
Od czego?
Od tego wszystkiego. Od rutyny. Każdy dzień taki sam. Pobudka, śniadanie, praca, powrót, kolacja, sen. I tak na okrągło.
Z uwagą złożyłam rękawy, poprawiłam kołnierzyk. Miałam pięćdziesiąt jeden lat, Paweł pięćdziesiąt trzy. Od dwudziestu sześciu lat mieszkaliśmy w tym samym mieszkaniu przy ulicy Lipowej w Warszawie, wychowaliśmy syna Tomka, który od pięciu lat mieszkał w Krakowie i dzwonił do nas tylko świątecznie.
I co proponujesz? spytałam spokojnie.
Chciałbym odejść.
Zatrzymałam się wtedy, ale nie ze strachu. Raczej patrzyłam na Pawła jak na kogoś, kto w końcu wypowiada coś, co wisiało w powietrzu od dawna.
Dokąd?
Wyniosę się do wynajętej kawalerki. Chcę pobyć sam, odetchnąć.
Dobrze powiedziałam, biorąc następną koszulę.
Paweł chyba liczył na inną reakcję. Pochylił się.
Nie powiesz nic?
Co tu mówić? Jesteś dorosły, Paweł. Jeśli chcesz idź.
Nie będziesz robić scen?
Odłożyłam koszulę, spojrzałam mu prosto w oczy.
Nie. Ale mam jeden warunek.
Jaki?
Nie dzwoń do mnie w sprawach domowych. Jak się obsługuje pralkę, gdzie leży ta rzecz ani dlaczego grzejnik nie grzeje. Jeśli odchodzisz, radź sobie sam.
Pomyślał chwilę.
To wszystko?
Tak.
Nie bardzo wiedział, co z tym zrobić. Spodziewał się płaczu, pretensji, szarpania za rękaw miał przecież już w głowie gotowe odpowiedzi. Tymczasem ja nadal prasowałam.
No dobrze rzucił w końcu. Idę się spakować.
Pakuj się.
Wyszedł do garderoby. Przez chwilę stał zapatrzony w półki, potem powoli zaczął pakować dżinsy, T-shirty, skarpetki, maszynkę do golenia, ładowarkę i książkę, której od pół roku nie otworzył. Wyszedł do przedpokoju. Ja byłam już w kuchni, krzątałam się przy garnkach.
Wychodzę rzucił w stronę kuchni.
Powodzenia odpowiedziałam z drugiego końca mieszkania.
Drzwi zamknęły się za nim. Stał na klatce schodowej przez chwilę, czekał na coś, nie wiedział dokładnie na co. Cisza.
Nacisnął przycisk windy.
***
Kawalerkę znalazł przez kolegę w dwa dni. Czwarte piętro, Praga Północ, okna wychodzące na podwórko. Właściciel starszy pan z wąsem pokazał mu mieszkanie, zgarnął czynsz za dwa miesiące z góry: dwa i pół tysiąca złotych i zniknął. W mieszkaniu była rozkładana kanapa, stół, dwa krzesła, lodówka z czasów PRL-u i gazowa kuchenka. W oknach wisiały zasłony zżółkłe od czasu.
Paweł postawił torbę, usiadł na kanapie i rozejrzał się.
Cisza była bezwzględna. Nikt nie chodził za ścianą, nikt nie zawołał na kolację ani nie włączał telewizora. Położył się na plecach, ręce pod głową, i pomyślał: to jest to. Wolność.
Pierwsze dwa dni były prawie dobre. Wstawał o której chciał, jadł co chciał, to znaczy to, co kupił w osiedlowym; chodził cały dzień w samych skarpetkach i nie musiał się tłumaczyć nikomu. Wieczorem dzwonił do starego kumpla Darka, długo gadali, Darek śmiał się i gratulował odwagi.
Trzeciego dnia skończyły mu się czyste skarpety.
Spojrzał z niepewnością na pralkę w łazience. Mała, okrągła, sprawiała wrażenie bardziej zabawki niż sprzętu. Otworzył drzwiczki, zajrzał. Zamknął. Otworzył znowu. Proszek powinien być w szafce pod umywalką coś właściciel wspominał. Znalazł paczkę Do białego i kolorowego, nasypał na oko. Wrzucił skarpetki razem z nową czerwoną koszulką. Włączył.
Maszyna łomotała.
Po godzinie otworzył pralkę. Skarpety były wilgotne i lekko różowe. Zorientował się dlaczego po chwili.
Skarpety zawiesił na kaloryferze. Schły do kolejnego wieczora.
Czwartego dnia stwierdził, że trzeba wreszcie ugotować coś porządnego. Z marketu przyniósł pierś z kurczaka, ziemniaki, cebulę, na chybił trafił wyciągnął ze skrytki teflonową patelnię. Na gazie tłuszcz zaczął się dymić, wrzucił całą pierś przykleiła się. Ziemniaki obierał pół godziny, zmarnował połowę na łupiny. Cebula uroniła łzę.
Na talerzu wyszło coś brązowo-białego, twarde z wierzchu, surowe w środku.
Zjadł połowę, resztę wyrzucił i zamówił jedzenie przez internet.
Po tygodniu policzył, ile wydał na jedzenie na wynos. Wyszło prawie tyle, ile wydawaliśmy z Zuzą na miesięczne zakupy. Postanowił się ogarnąć. Kupił kaszę gryczaną wyszła mu całkiem dobrze. To dodało otuchy.
Ale codzienność zaczynała się do niego dobijać powolutku, jak przypływ.
***
Przełom przyszedł dziesiątego dnia.
Brał prysznic. Po podłodze rozlewała się brudna woda, z odpływu nie schodziło już nic. Zajrzał pod wannę: rura, połączenie z plastiku. Słyszał kiedyś, jak Zuza mruczała: znowu trzeba przeczyścić syfon, bo się zalewa. Zawsze przytakiwał i znikał.
Ukląkł, pociągnął za syfon. Poszło łatwo, aż za bardzo od razu chlusnęła struga zimnej, cuchnącej wody. Paweł zerwał się, poślizgnął, złapał ręcznik spadł na podłogę i przemókł do cna. Próbował zakręcić, nic nie dawało. Uciekał po kałuży zostawiając mokre ślady, aż dorwał się do smartfona, rozpaczliwie wpisywał jak zakręcić wodę w bloku. Przypomniał sobie, że właściciel wspominał o zaworze pod zlewem w kuchni. Zakręcił. Woda w końcu przestała lać się po kafelkach.
Wracając do łazienki zobaczył pobojowisko: wszystko mokre, ręczniki, dywanik, ściany.
Siadł na korytarzu, w samych majtkach, opierając się o ścianę.
Pierwszy odruch: zadzwonić do Zuzy, ona na pewno by wiedziała, co zrobić. Już wyciągał telefon… Wtedy usłyszał jej głos w głowie: Nie dzwoń w domowych sprawach.
Odłożył smartfona.
Zadzwonił w końcu do Darka.
Darek, umiesz naprawiać syfony?
Co takiego? Ja zawsze wzywam hydraulika. Daj, mam numer do fachmana.
Hydraulik przyszedł następnego dnia, ogarnął syfon w kwadrans, wymienił gumkę, skasował tyle, że Paweł stał chwilę bez słowa.
To normalnie tyle kosztuje? spytał niepewnie.
Normalnie mruknął hydraulik i wyszedł.
Długo patrzył na zamknięte drzwi. Zuza nigdy nie dzwoniła po hydraulika. Zawsze coś naprawiała czy kupowała uszczelkę i już. Jak, kiedy nie miał pojęcia.
***
W głowie pojawił się pomysł, który wydawał się słuszny.
Zadzwonił do Marty, z którą przed wiekami, jeszcze zanim poznał Zuzę, coś było. Marta była po rozwodzie już od siedmiu lat, czasem gadali przy okazji jakichś imienin.
Cześć, Marta, tu Paweł Wojnicz.
Paweł? O rany, ile lat.
Mieszkam teraz sam. Może byśmy wyskoczyli gdzieś na kolację?
Chwila ciszy.
Mieszkasz sam od kogo?
Od żony.
Rozwodzicie się?
No… w trakcie.
Rozumiem powiedziała ostrożniej. Spotkajmy się, czemu nie.
W kawiarni w centrum Marta pojawiła się w ładnym płaszczu i krótkich włosach. Zauważył, że świetnie wygląda. Wzięli lampkę wina, pogadali o dawnych znajomych, potem ona:
Co u ciebie? Co robisz?
Wciąż w hurtowni budowlanej, kierownik działu zaopatrzenia.
Teraz gdzie mieszkasz?
Na wynajmie, na Pradze.
I jak tam?
Chciał powiedzieć: dobrze, ale wyszło:
Pralka źle odwirowuje, kuchenka się psuje…
Marta patrzyła na niego z wyrazem, który długo rozgryzał. Potem zrozumiał współczucie. Nie flirt raczej litość nad kimś, komu nie idzie.
Rozumiem powiedziała po chwili.
Rozmowa kulała potem coraz bardziej. Ona opowiadała o córce, on o Tomku. Pochwalił się chłopakiem, ona swoją Magdą, która już ma własną rodzinę. Po drugim kieliszku powiedziała, że rano musi wstać, pożegnali się pod drzwiami kawiarni.
Wrócił do pustego mieszkania. W lodówce nic, w sklepach pusto. Znalazł makaron instant i zalał wrzątkiem.
Marta już nie zadzwoniła. On też nie zadzwonił.
***
Jakoś w tym samym czasie próbował spotkać się z kolegami. Zadzwonił do Darka, ten: W piątek do ósmej, potem zebranie w szkole u dzieciaka. Do Marka: Możemy, ale podrzuć mnie potem do domu, nie piję, jedziemy z żoną do teściów.
Spotkali się w barze przy metrze. Wzięli po piwie, pogadali o piłce, o pracy.
Jak ci na wolności? spytał Darek.
Normalnie rzucił Paweł.
Zuza nie dzwoni?
Nie.
Darek z Markiem wymienili spojrzenia.
Ani razu? dopytał Marek.
W ogóle.
Znowu wymiana spojrzeń.
U mnie to by dzwoniła trzy razy dziennie stwierdził Darek.
To albo dobrze, albo źle zauważył Marek.
To znaczy?
Może jej tam dobrze bez ciebie.
Paweł dopił piwo. Wcale nie chciał o tym myśleć. A przecież myślał co dzień.
Przed ósmą Darek spojrzał na zegarek muszę lecieć. Marek też się zbierał. Każdy ruszył do swojej żony, dzieci, rodzin.
Paweł został sam w barze, zamówił kolejne piwo i siedział do zamknięcia.
***
Zuza przez pierwsze dni rzeczywiście czuła coś dziwnego, ale nie smutek czy pustkę, tylko nagły nadmiar przestrzeni jakby przemeblowano pokój i nie wiadomo, czy jest dobrze, czy źle.
Na drugi dzień zadzwoniła do Zofii.
Paweł się wyprowadził powiedziała.
Na długo? Gdzie?
Wynajął mieszkanie. Powiedział, że się dusi.
Zofia pomilczała chwilę.
I jak się czujesz?
Dobrze. Sama jestem zdziwiona.
Płaczesz?
Nie. Dziwne, co?
Może jeszcze przyjdzie ten moment.
Może. Zobaczymy.
Później zadzwoniła jeszcze Iwona, poznana kiedyś w kolejce w przychodni i od tego czasu najlepsza przyjaciółka.
W końcu! powiedziała Iwona zamiast dzień dobry. Zuza, od dziesięciu lat ci o tym mówiłam.
O czym?
Że jesteś jak gosposia, tylko nikt ci nie płaci.
No, proszę cię.
Kiedy ostatnio zrobiłaś coś dla siebie?
Zuza myślała. Trudno było sobie przypomnieć.
W zeszłym roku podcięłam włosy.
No właśnie.
Tydzień później Iwona zaprosiła ją na jogę. Zuza najpierw się wzbraniała, potem się zgodziła. Poszły do sali za rogiem, Zuza nałożyła stary dres, który leżał w szafie od wieków. Okazało się, że jest zupełnie nieelastyczna.
Spokojnie uśmiechnęła się instruktorka. Wszyscy tak zaczynają.
Po dwóch tygodniach zginała się już trochę lepiej. Zajęcia trzy razy w tygodniu, potem z Iwoną siedziały w kawiarni, gadały godzinę, dwie. Zuza nie pamiętała, kiedy tak po prostu siedziała bez myśli, że zaraz Paweł wróci i trzeba robić obiad.
Wieczorami zaczęła czytać książki. Wcześniej czytała na raty, po dwadzieścia stron przed snem; teraz poświęcała godzinę, półtorej. Bez pośpiechu.
Kiedyś zadzwonił Tomek.
Mamo, tata mówi, że mieszka osobno.
Tak, to prawda.
I co dalej?
Różnie. Ale ja… szczerze dobrze.
Tomek zamilkł.
Rozwiedziecie się?
Jeszcze o tym nie myślałam.
Czyli nie jesteś smutna?
Raczej zaskoczona. Ale nie smutna.
On zawsze wolno trawił nowe rzeczy. Taki był od dziecka.
Dobrze, mamo. Gdybyś czegoś potrzebowała, dzwoń.
Ty też dzwoń. Nie tylko na święta.
***
Był moment, gdy Zuza na kilka minut stanęła bez ruchu pośrodku kuchni, zapatrzona przez okno.
Myła kubek, zwykły, poranny, i nagle pomyślała: dwadzieścia sześć lat. To przecież pół życia. Przyszło wspomnienie: pierwsze mieszkanie, remont, obdarte ręce, Tomek z zielonymi kolanami. Wyjazd nad morze piętnaście lat temu, kiedy śmiali się trzy dni z rzędu, chociaż potem nie pamiętała z czego, za to śmiech został w pamięci.
Tego już nie będzie. Zostanie w przeszłości, jak zdjęcia w albumie.
Przeczekała ten moment. Odeszło po kilku minutach.
Odstawiła kubek, zaczęła się szykować na jogę.
***
Eugeniusz pojawił się niespodziewanie.
To był syn sąsiadki z dołu, pani Haliny, osiemdziesięcioletniej, pamięci dorosłej, z gadatliwością i energią. Poprosiła Zuzę o wymianę żarówki na korytarzu. Zuza wymieniła żarówkę, wypiła herbatę, gdy akurat wpadł Eugen, syn Haliny, choć miał przyjechać za tydzień.
Nazywał się Eugeniusz, mieszkał pod Warszawą, wpadł bez zapowiedzi. Około czterdziestki, z brodą, w dobrej kurtce, pod oczami zmęczenie.
Mamo, znowu kogoś wykorzystujesz zobaczywszy Zuzę z żarówką zaśmiał się.
Zuza sama chciała stwierdziła Halina dumnie.
Eugeniusz zwrócił się do mnie:
Dziękuję pani. Ja bym przyjechał, ale nie skojarzyłem, że mama w ciemnościach siedzi.
Nic wielkiego powiedziałam.
Rozmawialiśmy dziesięć minut. On też pracował w branży budowlanej. Wspomniałam, że jestem księgową. Pożegnał się, ja wróciłam do siebie.
Trzy dni później zapukał sam. Przyniósł matce zakupy, przy okazji podziękował mi czekoladkami.
Nie trzeba protestowałam. Ale dziękuję.
Nie przeszkadza pani, jeśli chwilę posiedzę? Chciałem zapytać o Pawła, słyszałem, że ogarniał zaopatrzenie mam pytanie odnośnie dostawców.
Trochę się zawahałam.
Paweł mieszka osobno. Mogę dać jego numer.
Rozumiem stwierdził, bez emocji. W takim razie nie będę pani dłużej absorbował.
Za tydzień zadzwonił, powiedział, że sprawę rozwiązał sam, zaproponował kawę. Jako sąsiedzi. Zgodziłam się.
Wybraliśmy się do kawiarni za rogiem. Rozmawialiśmy o pracy, o jego matce, zmianach na Pradze. Był rozmowny, słuchał uważnie, czasem śmiał się z własnych żartów, zanim skończył mówić.
Długo była pani zamężna? padło w pewnym momencie, tak niby od niechcenia.
Dwadzieścia sześć lat. Albo raczej byłam. Teraz to się jeszcze klaruje.
Bywa powiedział bez dociekań.
To doceniłam.
Spotkaliśmy się jeszcze dwa, trzy razy. Nic nie przyspieszał, nie naciskał, dzwonił czasem, pytał, co słychać. Lubiłam tę lekkość. Po tylu latach zobowiązań wolność była jak otwarte okno w dusznym mieszkaniu.
***
Paweł powoli uświadamiał sobie rzeczy, których wcześniej nie zauważał.
Na przykład, że nie potrafi czekać. Zawsze wszystko działo się wokół samo: jedzenie, czyste rzeczy, drobne naprawy. Teraz musiał czekać, aż pranie wyschnie, aż zagotuje się woda, aż hydraulik się pojawi. Albo aż przejdzie przeziębienie, które dopadło go w połowie drugiego tygodnia, więc leżał sam, z gorączką, przesiąknięty potem, pił apap letnią wodą z kranu.
Albo że nie umie jeść w ciszy. Przez dwadzieścia sześć lat przy stole zawsze ktoś był. Najpierw Tomek, potem tylko Zuza, ale jej milczenie też było jakieś obecne.
Włączył więc telewizor na czas posiłków. Trochę pomogło.
Trzeciego tygodnia zadzwonił do Tomka.
Cześć, synu.
Cześć, tato. Jak tam?
Dobrze. Mieszkam na Pradze. Pracuję.
Wiem, mama mówiła.
A jak mama?
Tomek zawiesił głos odrobinę za długo.
Dobrze. Mówi, że jej dobrze.
W sensie…?
No, naprawdę dobrze. Chodzi na jogę, widuje się ze znajomymi.
Paweł musiał to przetrawić.
Nie tęskni?
Tato, dzwonisz, żeby spytać, czy mama za tobą tęskni?
Nie, tak po prostu pytam.
Z mamą wszystko w porządku. Z tobą też dobrze. To dobrze.
Paweł odłożył telefon i przez dłuższą chwilę siedział, nie mogąc nazwać uczucia. To nie była uraza. Raczej zagubienie, jak wtedy, gdy wchodzisz do pokoju i nie wiesz, po co.
***
Dwudziestego trzeciego dnia spotkał sąsiadkę w windzie, młodą kobietę koło trzydziestki pięciu. Sami przedstawiła się jako Ola.
Nowy pan w bloku? spytała.
Tymczasowo odpowiedział.
Rozszedł się pan z żoną?
Zaskoczyła go jej bezpośredniość.
Tak.
Zdarza się powiedziała bez emocji. Z którego pan mieszkania? Tam, gdzie Mikołaj zawsze śpiewał wieczorami?
Nie, z czwartego, te z żółtymi zasłonami.
Uuu, u Daniluka. On zawsze wynajmuje samotnym chłopom. Mówi, że rodziny to kłopoty.
Ona mieszkała na pierwszym. Pracowała jako weterynarz, miała kota i zioła na parapecie.
Raz pomógł jej z zakupami. Dała mu herbatę na podziękowanie. U niej było czysto, pachniało cynamonem. Mimo wszystko Paweł złapał się na myśli: ona ma wszystko na błysk, a u mnie w zlewie naczynia z wczoraj…
Kilka razy jeszcze wymienili słowa przy skrzynkach pocztowych. Nic się nie wydarzyło i nie miało prawa się wydarzyć sam czuł się jak przerywana myśl.
Ona zapytała raz:
Zostanie pan tu długo?
Nie wiem odpowiedział szczerze.
Wygląda pan, jak ktoś, kto jeszcze nie wie, gdzie chce iść.
To możliwe.
Sama tak wisiałam dwa lata po rozwodzie. Zmarnowany czas.
Paweł zapamiętał te słowa.
***
Trzydziestego pierwszego dnia pojechał na bazar i kupił kwiaty. Nie dlatego, że była okazja po prostu patrzył na białe chryzantemy, których Zuza zawsze lubiła. Mówiła, że róże za bardzo zobowiązują.
Wrócił na Lipową.
Przez całą podróż w metrze trzymał w ręku bukiet, ludzie patrzyli różnie z uśmiechem, albo zupełnie bez emocji. Myślał, co powie, jak się wytłumaczy. Wyobrażał sobie, jak otwiera drzwi, zdziwiona, może uradowana, wszak dwadzieścia sześć lat razem…
Podszedł do drzwi, wcisnął dzwonek nowy, kiedyś był inny.
Za drzwiami słychać było kroki. Potem głosy kobiecy, jej, i drugi, męski, nie jego.
Zamarł.
Drzwi uchyliły się na łańcuszku nowym. W szczelinie pojawiła się twarz Zuzy. Spojrzała na niego, potem na kwiaty. Była spokojna.
Paweł.
Zuza, przyjechałem.
Widzę.
Mam… uniósł bukiet.
Ona ani nie zapłakała, ani nie uniosła głosu. Bez tej mieszanki emocji, którą przewidywał.
Paweł, nie otworzę.
Czemu? nie wiedział, co jeszcze powiedzieć.
Zmieniłam zamki.
Widziałem. Ale dlaczego?
Za nią przesunął się męski cień. Paweł spojrzał tam.
Kto to?
To nie twoja sprawa stwierdziła spokojnie.
Zuza, poczekaj, ja… dużo zrozumiałem.
Co dokładnie?
Otworzył usta, zamknął, zawahał się.
Było mi dobrze z tobą. Nie doceniałem. To wszystko była pomyłka…
Spojrzała przez chwilę przez łańcuszek.
Paweł powiedziała cicho. Wiesz, co jest najważniejsze? Zrozumiałeś, że było ci dobrze. Ale nie wiesz, dlaczego ci było dobrze. Myślisz, że brak ci mnie. A brak ci tego, że ktoś prasował ci koszule.
To nie fair powiedział.
Może nie. Ale to prawda.
Dwadzieścia sześć lat…
Tak, wiem. Były dobre lata. Ale ja nie chcę jeszcze raz dwudziestu sześciu.
Dasz mi szansę?
Patrzyła długo.
Wiesz, co najdziwniejsze? Ja też zaczęłam oddychać. Też się dusiłam. Po prostu nie mówiłam.
Stał z bukietem chryzantem.
Zuza…
Idź, Paweł. Zadzwoń do Tomka, pogadaj z synem. O mnie nie mówcie, po prostu rozmawiajcie.
Zamknęła drzwi. Cicho, bez trzasku. Zamek kliknął.
Stał chwilę. Bukiet opadł mu w ręce. Chryzantemy były świeże i mocne, nie rozumiały sytuacji.
Na klatce było cicho. Z mieszkania obok dobiegał tylko telewizor.
Odwrócił się i poszedł do windy.
***
Nacisnął przycisk, winda przyjechała od razu. W lustrze zobaczył siebie facet z kwiatami, w niezłym płaszczu, trochę zmarnowany, wyraz twarzy człowieka, któremu właśnie coś się skończyło. Albo zaczęło. Albo jedno i drugie.
Wyszedł na ulicę. Było ciemno, latarnie świeciły, mijali go przechodnie. Ruszył w stronę metra, nadal trzymając bukiet.
Przy ławce zobaczył starszą panią, karmiącą gołębie. Gołębie tłoczyły się u jej nóg.
Podszedł i postawił chryzantemy przy ławce.
Proszę, może pani weźmie.
Spojrzała raz na niego, raz na kwiaty.
Ładne kwiaty. Co, nie przyjęli?
Nie.
Bywa odparła i wróciła do gołębi.
Ruszył dalej. Ulica była zwyczajna. Domy stały jak zwykle. Życie płynęło dalej. Zuza zamknęła za nim drzwi i wróciła do swojego wieczoru, do nowego życia, które wyglądało na to bardzo jej odpowiadało.
Tomek wracał gdzieś wieczorem do siebie. Czekał na telefon taki po prostu, bez okazji.
W mieszkaniu na Pradze stały brudne naczynia.
Wyjął telefon.
***
W metrze długo patrzył na swoje odbicie w ciemnym oknie, niewyraźne, zniekształcone.
Dziwna sprawa, myślał bez konkretów. Po prostu dziwna i tyle.
Pociąg sunął przez kolejne stacje. Ludzie wokół młodzi, starsi, zmęczeni, pogodzeni, z torbami, z książkami, z oczami wlepionymi w telefony. Nikogo nie obchodziły jego chryzantemy, jego lata, jego zamknięte drzwi.
Wysiadł na swojej stacji i wyszedł na powierzchnię.
Pachniało pierwszym śniegiem, choć ten dopiero miał spaść.
Zatrzymał się, popatrzył w niebo.
Czarne, zwyczajne.
Poszedł do domu.
***
Tej nocy, koło drugiej, nie spał. Patrzył w sufit. Zasłony, lodówka pomrukiwała. Wszystko było jak przez ostatni miesiąc.
Nagle przypomniał sobie coś sprzed lat, może ośmiu, może dziesięciu siedzieli z Zuzą na werandzie na działce jej rodziców, pili herbatę, było cicho, tłumiony zapach lasu za płotem. Milczeli, ale to było dobre milczenie, spokojne, żywe tak, że nie trzeba nic mówić.
Myślał wtedy: właśnie teraz jest dobrze.
Ale nie powiedział nic.
Po prostu pomyślał i zapomniał.
Leżał teraz na kanapie na wynajmie i próbował sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz czuł to samo. Nie przypomniał sobie.
Za oknem zaczął padać pierwszy śnieg tego roku rzadki, nieśmiały.
W mieszkaniu było cicho.
***
Rano wstał, wstawił czajnik i pomyślał, że trzeba kupić normalne kubki. Te tutaj wszystkie wyszczerbione, z nich się nie da pić.
Potem że trzeba zadzwonić do Tomka.
Potem że goni go robota, niedługo kwartalny raport, a jest w tyle.
Potem o tym, co powiedziała Zuza. Ona też zaczęła oddychać. Też się dusiła.
Nigdy o tym nie pomyślał. Albo nie chciał myśleć, bo Zuzka zawsze była, robiła co trzeba, nie pytał, czy chce, czy jej się podoba. Była częścią tej codzienności, którą uważał za więzienie, nie zastanawiając się, że dla niej może to było dokładnie to samo.
Czajnik zawrzał.
Zaparzył herbatę w wyszczerbionym kubku i usiadł do stołu.
Za oknem śnieg padał już gęsto, biały i równy, osiadał na parapecie i nie topniał.
Paweł wziął telefon, wybrał: Tomek.
Odłożył.
Po chwili znowu wziął.
Tomek, cześć, to tata. Dzwonię bez powodu. Masz czas?
Mam, tata, cześć, właśnie nic nie robię.
Jak tam?
W porządku. Pracuję. U was śnieg?
Zaczął właśnie padać.
U nas też.
Zapadła cisza dobra, żywa.
Tata odezwał się Tomek. Jak się trzymasz?
Paweł popatrzył w okno, za którym leciał śnieg.
Uczę się żyć powiedział.
Jakby co, dzwoń.
Będę, ty też dzwoń. Nie tylko na święta.
Umowa odparł Tomek.
Pożegnali się. Paweł dopił herbatę.
Śnieg padał.
***
W tym samym czasie, gdzieś w innym kącie Warszawy, Zuza też patrzyła przez okno. Poranna kawa, ciepło, cisza. Eugeniusz już wyszedł nie zostawał na noc, tak się jakoś przyjęło: nie śpieszyli się.
Myślała o Pawle. Ani z bólem, ani z radością; po prostu: człowiek, z którym przeżyło się kawał życia. Wyobraziła go sobie pod drzwiami z kwiatami, zagubionego, trochę zmienionego przez życie, ale chyba jeszcze nie do końca nauczonego.
Nie była już zła. Gniew już minął. A przecież na początku była zła zaskoczyło ją to, bo na zewnątrz była spokojna. W środku wściekła się cicho i długo. Że nigdy nie zapytał, jak ona się czuje; że nudziła go rutyna, którą ja własnymi rękami stwarzałam; że jemu było nudno, a ja nie miałam czasu się nudzić.
Potem złość minęła. Zostało coś spokojniejszego, twardszego.
Wzięła telefon: Jutro joga? Czekam na potwierdzenie! napisała do Zofii. Pewnie, czekałam na Twój SMS! odpowiedź przyszła od razu.
Uśmiechnęła się. Odstawiła kubek.
Za oknem znów padał śnieg.
***
Paweł tego samego wieczoru zadzwonił do właściciela: czy mógłby przedłużyć najem o jeszcze dwa miesiące?
Może pan, byle z góry.
Kupił nowe kubki trzy, dwa zwyczajne, trzeci trochę większy. Potem jeszcze ruszył po zakupy: bulion, ziemniaki, marchew, cebula. Przepis na zupę znalazł w internecie; czwarty krok: doprawić do smaku. Stał przy garnku i zastanawiał się, co to znaczy. Dosolił za bardzo, ale i tak wyszło znośnie.
Zjadł z głębokiego talerza.
Było cicho. W tej ciszy nawet zupa smakowała całkiem dobrze.
***
Życie toczyło się dalej, jak to w Polsce bywa bez ostrzeżeń, bez wyjaśnień. Zuza chodziła na jogę, czasem widywała się z Eugeniuszem, który nie przyspieszał spraw. Paweł mieszkał na Pradze, gotował, czasem dzwonił do Tomka, raz w tygodniu spotykał się z Darkiem czy Markiem.
Nie złożyli pozwu o rozwód. Nie dlatego, że świadomie, po prostu oboje byli na razie zmęczeni działaniem.
Pewnego razu spotkali się przypadkiem w osiedlowym sklepie tym samym, do którego chodzili od lat. Paweł stał przy lodówce z kefirem i czytał etykiety jakby to była literatura piękna.
Podeszłam od tyłu:
Paweł.
Odwrócił się. Spojrzeliśmy na siebie. Trochę schudł, oczy miał jakby baczniejsze.
Cześć, Zuza.
Cześć. Dobrze wyglądasz.
Ty też.
Przez chwilę cisza.
Który kefir bierzesz? spytałam.
Ten chyba. Polecisz jakiś?
Spróbuj ten z Koła, zawsze był dobry.
Wziął, kiwnął głową. Ja kupiłam swoje i poszłam w stronę kas.
Spotkaliśmy się jeszcze raz przy wyjściu.
No… Na razie powiedział.
Na razie odpowiedziałam.
Skręcił w lewo, ja w prawo.


