Jak to możliwe, że znaczenie ma to, kto opiekował się babcią? Przecież zgodnie z prawem, mieszkanie powinno przejść na mnie! krzyczy na mnie moja własna matka.
Moja mama grozi mi, że poda mnie do sądu. Powód? Mieszkanie po mojej babci nie trafiło do niej ani nawet do mnie tylko do mojej córki. Mama uważa, że to największa niesprawiedliwość na świecie. Według niej mieszkanie powinno należeć wyłącznie do niej. Ale babcia widziała to zupełnie inaczej. Być może dlatego, że wraz z mężem mieszkaliśmy u niej i opiekowaliśmy się nią przez ostatnich pięć lat.
Moja mama Danuta Nowakowska zawsze była skoncentrowana głównie na sobie. Jej potrzeby stawiała wyżej niż wszystkich wokół. Była trzykrotnie zamężna, miała jednak tylko dwie córki: mnie i moją młodszą siostrę. Ja z siostrą, Zuzanną, jesteśmy sobie bardzo bliskie, natomiast z matką nasze relacje nigdy nie były najłatwiejsze.
Nie pamiętam właściwie własnego ojca Waldemara. Mama rozwiodła się z nim, kiedy miałam dwa lata. Do szóstego roku życia mieszkałam z mamą u babci, pani Świętosławy. Wtedy wydawało mi się, że babcia jest ostra i wymagająca, ale z czasem zrozumiałam, że robiła to z troski. Pragnęła, by jej córka stanęła na nogi.
Po jakimś czasie mama wyszła ponownie za mąż za pana Jerzego. Wtedy zamieszkałyśmy z nim, a krótko po tym przyszła na świat Zuzia. Po siedmiu latach małżeństwo się rozpadło. Ojczym wyjechał do pracy do Niemiec i pozwolił nam przez pewien czas mieszkać w swoim mieszkaniu na Pradze. Trzy lata później mama po raz trzeci wzięła ślub z panem Janem i przeprowadziliśmy się do Piaseczna.
Jan nigdy nie był zachwycony tym, że Danuta ma dwie córki. Nie był wobec nas niemiły, ale kompletnie nas ignorował. Mama też przestała się nami interesować, skupiając całą swoją uwagę na nowym mężu. Była o niego wiecznie zazdrosna, kłótnie i trzaskanie talerzami stało się u nas na porządku dziennym.
W zasadzie raz na miesiąc mama pakowała walizki, obierając za cel wyprowadzkę. Zawsze Jan ją zatrzymywał. Ja i Zuzia przestałyśmy zwracać na te awantury uwagę. W końcu to ja zajęłam się młodszą siostrą. Dobrze, że miałyśmy babcie bardzo nam pomagały i w opiece, i z zakupami. Potem wyprowadziłam się do akademika, a Zuzia została u babci na Woli. Ojciec dbał o nią mama kontaktowała się z nami tylko przy okazji świąt.
Zaakceptowałam, że mama jest, jaka jest. Przestałam oczekiwać od niej troski czy wsparcia. Zuzia jednak bardzo to przeżywała, szczególnie po tym, gdy mama nie pojawiła się na jej studniówce.
Dorosłyśmy. Zuzanna wyszła za mąż za Grzegorza i wyjechali do Poznania. Ja byłam od dawna z Pawłem, ale na ślub się nie spieszyliśmy. Wynajmowaliśmy kawalerkę na Ochocie, dzieci nie mieliśmy. Za to często odwiedzałam babcię Świętosławę. Byłyśmy ze sobą bardzo zżyte zawsze jednak starałam się nie być uciążliwa.
Gdy babcia zachorowała i trafiła do szpitala, lekarz powiedział mi wprost, że potrzebuje stałej opieki. Od tamtego dnia byłam u niej codziennie: robiłam zakupy, gotowałam, sprzątałam, po prostu rozmawiałam. Pilnowałam też, by regularnie brała leki. Paweł zawsze mi pomagał naprawiał, co trzeba, porządkował. Po pół roku babcia zaproponowała, byśmy się do niej wprowadzili dzięki temu moglibyśmy odkładać pieniądze na własne mieszkanie zamiast wydawać złotówki na wynajem.
Nie namyślaliśmy się długo i zamieszkaliśmy razem. Babcia polubiła Pawła, a mnie traktowała już jak własną córkę. Po pół roku zaszłam w ciążę. Zdecydowaliśmy się zostać rodzicami. Babcia była zachwycona, że doczeka się prawnuczki. Nasze wesele było skromne kilka najbliższych osób, kawa w kawiarni Złota Róża na Saskiej Kępie. Moja mama oczywiście się nie pojawiła. Nawet nie zadzwoniła.
Gdy moja córeczka Maja miała dwa miesiące, babcia upadła i złamała biodro. Był to dla mnie niezwykle trudny okres. Zajmowałam się babcią leżącą w łóżku i noworodkiem. Bardzo wtedy liczyłam na pomoc mamy, zadzwoniłam z prośbą odpowiedziała wymijająco, że nie czuje się najlepiej i odezwie się później. Nigdy słowa nie dotrzymała.
Po kolejnych sześciu miesiącach babcię dopadł wylew. Był to najgorszy czas w moim życiu. Opieka nad sparaliżowaną babcią i malutkim dzieckiem była ponad moje siły. Gdyby nie Paweł, nie dałabym sobie rady. Na szczęście, po pewnym czasie babcia zaczęła mówić, jeść, a nawet chodzić. Przeżyła jeszcze dwa i pół roku, ciesząc się Mają oglądając, jak jej prawnuczka stawia pierwsze kroki. Odeszła cicho, we śnie. Dla nas była jak drugi dom bardzo za nią tęsknimy.
Mama pojawiła się wyłącznie na pogrzebie. Po miesiącu przyjechała z propozycją, byśmy się wyprowadzili, bo mieszkanie należy się jej. Była pewna, że dostanie testament po babci. Nawet nie wiedziała, że po narodzinach Mai babcia przepisała lokal notarialnie na nią. I dlatego matka nie dostała nic.
Danuta była wściekła. Domagała się oddania mieszkania, grożąc pozwem.
Patrzcie tylko, jakie podstępstwo! Oszukałaś własną babcię, odebrałaś jej mieszkanie, a teraz się w nim panoszysz! Nie ujdzie ci to na sucho! To nie ważne, kto przy niej był to mi się należy!
Ale jestem spokojna. Poradziłam się prawnika i notariusza testament i akt własności są nie do podważenia. Zostaniemy tu, gdzie dała nam babcia dom. Jeśli kolejne dziecko okaże się dziewczynką, nazwiemy je jej imieniem Świętosława. Dzięki temu historia i serce naszej rodziny będą trwać dalej.
Patrząc na życie mojej mamy, wiem jedno: szczęście nie bierze się z tego, co mamy, lecz z tego, jak troszczymy się o innych. Miłość i wsparcie zawsze wracają, a egoizm zostawia pustkę nawet w największym mieszkaniu.



