Druga teściowa
Kobieta w fartuchu sprzątaczki delikatnie zajrzała do gabinetu właściciela kliniki chirurgii estetycznej „Eklipsa”. Miała na imię Bogusia i mówiła prawie szeptem, bo szefostwo znane było z cienkiej skóry na punkcie dyscypliny.
Podsłuchałam, że mają tu wolny etat młodszego masażysty.
Tymoteusz Grochowski spojrzał na nią spod brwi, z miną jakby ktoś nalał mu żuru do butów. Niedawno dostał telefon, że negocjacje z inwestorem poszły się paść, a głowa pękała mu jak rozgotowana parówka.
I co, pani z mopem chce robić klientom masaż? rzucił jadowicie.
Nie, ale skończyłam kursy online. I napisałam CV… zaplątała się Bogusia, wyciągając wygnieciony życiorys.
W tym momencie do gabinetu wpadł zastępca Grochowskiego, Lew Rybczyński. Tymoteusz, masując skronie, ryknął:
Lewku, co to za porządki? Sprzątaczka mi tu lata po gabinecie, jakby była u siebie? Wypchnij ją stąd. Wyobraziła sobie, że masażystka z niej! Wyprowadź i powiedz, żeby głupot więcej nie opowiadała!
Nie czekając na reakcję, zacisnął pięść na jej życiorysie, podarł go, i rzucił pod stopy Bogusi.
Bogusia, zaciskając usta, uklękła i zaczęła zbierać strzępy. Do oczu cisnęły jej się łzy. Rybczyński bez sentymentu złapał ją pod ramię, przeprowadził przez korytarz obok pacjentów i personelu, i upchnął w pomieszczeniu gospodarczym.
Usiadła na kancie wiekowej szafy na piasek z czasów Gierka i puściły jej wszystkie hamulce.
Pracowała w Eklipsie krótko. O sprzątaniu nie marzyła. Tu po prostu płacili więcej niż gdzie indziej, a pan Tymoteusz miał ponoć opinię poważnego człowieka, dorobił się sam, klinikę postawił od zera.
I nie była to bajka. Grochowski wychował się w domu dziecka, rodziców nie znał. Całe życie szukał, ale nic nie znalazł. Najpierw został chirurgiem, potem specjalistą od medycyny estetycznej. Przyjeżdżały do niego nawet znane warszawianki. Raz w roku podnosił ceny i nie żałował sobie niczego.
Bogusia więc uznała, że musi spróbować, skoro akurat był nabór.
Marzyła o pracy masażystki. Sama zgłębiała podręczniki, kończyła kursy, gdzie tylko mogła. Ale bez oficjalnego dyplomu pozostał jej mop. Ciężko odkładała na szkołę, lecz mąż zwiał z kasą, zostawiając ją z małą córeczką na suchym chlebie.
Później wyszło, że Zbyszek miał wyrok za drobne machlojki i w ogóle był typowym krętaczem. Rozwód ciągnął się jak flaki z olejem, na rozprawie nigdy się nie zjawił. Dla Julci Bogusia znosiła wszystko i wtedy właśnie zaczęły się jej perypetie.
Z dzieckiem nikt nie chciał jej zatrudnić. Mieszkały we trzy Bogusia, Julka i mama, pani Wiesława w starej kawalerce. Często ledwie starczało na jedzenie, czasem żyły z babcinej emerytury. Ale Wiesława była optymistką z twardą ręką: dawna gimnastyczka, siłaczka, patrzyła życiu prosto w oczy. Przejęła wnuczkę na siebie, a Bogusia mogła szukać czegokolwiek.
Potem, by zbliżyć się do marzenia, skończyła tanie kursy masażu. To właśnie ten certyfikat znalazł się na podartej kartce.
Wytarła łzy, wróciła do mycia podłóg. Wszyscy się gapili i szeptali, ale matka w domu przywitała ją dobrą nowiną: Julka wygrała konkurs rysunkowy w przedszkolu. Rzeczywiście, dziewczynka miała talent: Bogusia starała się kupować jej porządne kredki i farbki, żeby rozwijała skrzydła w ognisku plastycznym.
Wiadro do sprzątania ciążyło coraz bardziej. Z pomocą przyszedł pan Florian woźny, jedyny, który nie patrzył na Bogusię z góry. Był już w wieku, do Grochowskiego miał stosunek filozoficzny: trochę się z niego podśmiewał, bo dobrze wiedział, jak sam pan Tymoteusz zaczynał.
Pan Florian nigdy jej nie gnoił. Przynosił domowe drożdżówki, pocieszał, tłumaczył, że życie się jeszcze odmieni. To jemu zawdzięczała odwagę, by pójść z tym swoim żałosnym CV do szefa.
Na widok woźnego znowu wybuchnęła płaczem.
Bogusia, nie rycz poklepał ją po ramieniu Florian. Jeszcze się wszystko odmieni.
Po co się pchałam, tylko się zbłaźniłam.
Grochowski dziś nie ten sam. Spróbuj jeszcze raz za kilka dni poradził ostrożnie.
Powiedzieli, żebym lepiej nie próbowała. Nieważne. Naiwnie wierzyłam, że można się z dołu odbić. Myślałam, że Grochowski to normalny facet A to tylko zadufek, co się dyplomem puszy.
Woźny wzruszył ramionami. Bogusia odstawiła sprzęt do schowka i poszła do domu, rozmyślając, że znowu ledwo dociągną do końca miesiąca. Julka prosiła o jakąś wymarzoną zabawkę, a skąd ją wziąć nie wiadomo.
W domu też nie było lepiej. Pani Wiesława siedziała smutna, ewidentnie zapłakana. U Bogusi zabiło serce mama przecież była twardą kobietą, nie płakała bez powodu.
Mamo, co się stało?
Nic, córciu, daj spokój
Mów prawdę nalegała Bogusia.
I wtedy mama wybuchła.
Byłam na kontrolnych badaniach z teatru. Wszystkich wysłali, nawet garderobę. I okazało się coś znaleźli. Potrzebna operacja, inaczej rok, góra dwa. Kolejki gigantyczne. Prywatnie nas nie stać, poza tym trzeba się leczyć w Warszawie, a nie u nas. Badania, podróże, cuda na kiju No, córcia, widać mój czas minął.
Mamo, nie mów tak Bogusia aż wstała z podłogi coś wymyślimy!
Ty i twoja pensja sprzątaczki plus moja emerytura? uśmiechnęła się przez łzy Wiesława. Jasne, córeczko. Ale jak to mawiają: z kawałka szmaty spodni nie uszyjesz.
Całą noc Bogusia przewracała się z boku na bok, kombinując wyjścia awaryjne. Rano postanowiła: trzeba spróbować drugi raz pogadać z Grochowskim, choćby na własne ryzyko.
Ale tym razem nawet nie wpuszczono jej do kliniki. Zwolniona „z powodu redukcji etatów”. Dostaje trzy pensje minimalne do ręki i „do widzenia”.
Na pożegnanie pan Florian zmusił Bogusię, żeby zapisała sobie jego numer. Wpisywała cyfry, jakby to były martwe literki, bo i tak nie wiedziała, co dalej. Miesiąc jako-tako wytrzymają, a potem?
Bogusia poddać się nie zamierzała. Mamie powiedziała o zwolnieniu żartem, jakby sama zrezygnowała. Zaczęła przeglądać ogłoszenia. Bez papierów wszędzie płacili śmieciowe stawki. Trafiła wreszcie na ofertę: potrzebna opiekunka dla starszej pani. Wymagania niewygórowane: gotowanie, sprzątanie, pomoc domowa; medyczne wykształcenie niewymagane.
Westchnęła nie większy wstyd niż mycie podłóg. Zostawiła CV. Telefon zwrotny po godzinie: agencja pracy, a pracodawczynią miała być samotna, bogata starsza pani.
Proszono przynieść książeczkę zdrowia i świadectwo pracy. Nie minęło wiele, a już siedziała naprzeciw pani Tamary z HR-ów.
Uprzedzam bez złudzeń oświadczyła Tamara z lodowatym spokojem. Klientka wymagająca. Będzie pani dziesiątą opiekunką. Nikt długo nie wytrzymuje.
Słyszałam to już wzruszyła ramionami Bogusia.
Nazwisko pewnie pani obiło się o uszy. Emanuela Michalska vel „Morańska” pseudonim. Zmieniała nazwiska, prawdziwe ukrywa. Była gwiazda naszego teatru operowego, dama z charakterkiem, choć nie skąpa. Podobno niejeden bogaty sponsor obdarował ją hojnie.
Dla mnie szczerze wszystko jedno mruknęła Bogusia. Nie mam wyjścia.
Jeśli ma pani dzieci, proszę pamiętać Michalska nie znosi dzieci i zwierząt. Porusza się z chodzikiem, czasem woli wózek. Próbny okres trzy miesiące. Pani przetrwa, umowa na rok i podwójna pensja.
Bogusia kiwnęła głową. Nawet podstawa była lepsza niż jej wcześniejsze zarobki razem wzięte. W takim razie idzie va banque.
Praca zaczynała się nazajutrz. Punkt siódma.
Wieczorem Bogusia wklepała nazwisko Michalskiej do internetu. Wyskoczyło kilka archiwalnych plakatów i zdjęć z kolosalną panią o kruczoczarnych włosach i sękatym wzroku. Jednak starość przychodziła z zaskoczenia.
Drzwi otworzył ochroniarz. Okazało się, że Michalska mieszka w przedwojennym pałacyku w centrum miasta. Bogusia czuła się jak Kopciuszek w galerii antyków.
A co, rozglądasz się, co by tu ukraść? odezwał się piskliwy głos z holu.
Na środek wjechał luksusowy elektryczny wózek. Na nim siedziała siwiutka, drobna kobiecina, przypominająca wyciągniętego ze schroniska pisklaka. Smagła, przeszywającym spojrzeniem.
Dzień dobry, pani Emanuelo szepnęła Bogusia.
Głośniej! Nie mam czasu na cicho mówienie. Ręce na wierzch. I nie zapomnij o ochraniaczach na podłogę. Ja mam ekskluzywny parkiet tam w wiaderku ochraniacze. Zakładaj i idziemy. Głodna już jestem.
Bogusia wciągnęła na nogi niebieskie kapcie bardziej przypominały czapki chirurgiczne niż cokolwiek do butów i podreptała za szefową.
Uczesz mnie. Ale ostrożnie! warczała Michalska. Nie te szczotki, dziewczyno Zdejmij siatkę. Potem perukę rozczesz.
Przepraszam, nie zrozumiałam dokładnie zająknęła się Bogusia.
Znów idiota z fabryki nieudaczników I z czego cię wyprodukowali? Parz herbatę. Zaraz!
W kuchni parzyła herbatę w napięciu. Michalska oglądała napój pod światło, jakby szukała sygnałów zatrucia. W końcu skrzywiła się i chlusnęła gorącą herbatą prosto w twarz Bogusi.
Sama winnaś, szturchnęłaś mnie pod łokieć.
Bogusia głęboko zaczerpnęła powietrza.
Gdzie mogę się ochłonąć?
Dla personelu łazienka na parterze przy drzwiach rzuciła suche instrukcje Michalska, bacznie się przyglądając. I co, ani nie odszczekniesz?
Po co? wzruszyła ramionami Bogusia. Jestem ciekawa, ile jeszcze numerów pani zna.
Ha. Idź. Weź ręcznik i przebrać się możesz w pokoju gościnnym.
Tak też zrobiła. Do wieczora Michalska bawiła się, sprawdzając wytrzymałość nowej opiekunki: szukała dziury w całym, szykowała pułapki. Bogusia domyśliła się, że to test i zacięcie postanowiła wytrzymać. Fantazji szefowej pewnie na długo nie starczy.
Do wieczora Michalska naprawdę omdlała. Przed snem Bogusia zrobiła jej delikatny masaż. Gdy upewniła się, że szefowa zasnęła, posprzątała i wróciła, żegnana zdziwionym ochroniarzem.
Nazajutrz powitał ją pracownik z nocnej zmiany.
Co jej zrobiłaś, że spała jak niemowlę? zapytał ze śmiechem.
Nic szczególnego wzruszyła ramionami. Może się zmęczyła.
Tego dnia Michalska od rana grzmiała, że Bogusia ubiera się bezgustownie i przez to faceta nie znajdzie, bo się nie maluje. Bogusia kiwnęła głową, szykując rzeczy do porannej toalety. Z peruką już poszło sprawniej.
Potem Michalska zamówiła wizytę manicurzystki, kazała się przebrać w szlafrok w japońskie wzory i zawiozła się do „buduaru”.
Szybko się okazało, dla kogo te ceregiele.
Po obiedzie zawitał zadbany pan z siwą czupryną i sprężystym krokiem. Michalska przedstawiła go jako wieloletniego druha Oswalda i kazała podać kawę.
Bogusia parzyła napój w ekspresie tak ostrożnie, jakby operowała na otwartym sercu. Udało się kawę przyjęli bez wpadek, szefowa była jakby milsza.
Po wizycie nagle zapytała:
Co ty mi robiłaś przed snem?
Masaż odpowiedziała cicho Bogusia.
To ty specjalistka?
Sama się uczyłam.
No, to rób jeszcze mruknęła łaskawie właścicielka.
I tak minął kolejny dzień. Michalska zasnęła, a opiekunka wróciła do swojej kawalerki.
Trzy miesiące minęły jak z bicza strzelił. Bogusia miała jeden wolny dzień tygodniowo, więc Julkę widywała rzadko, ale teraz mama mogła dać sobie spokój z teatrem: Wiesława słabła, a w pracy coraz częściej musiała dźwigać kostiumy.
Relacja z Michalską polepszała się. Była coraz bardziej ciekawa osobowości Bogusi, sprawdzała jej charakter, cierpliwość. Aż nagle spytała:
Jak twoi znoszą taki tryb życia?
Mam tylko mamę i córkę odparła Bogusia, zgodnie ze wskazówkami Tamary. Nie mam wyboru.
Ile lat ma dziecko? Co robi w wolnym czasie?
Koło sześciu. Rysuje ładnie.
Przyprowadź ją, zobaczę, co za ptaszek kiwnęła szefowa.
I tak Julka zaczęła bywać w pracy mamy. Zwykle siedziała w kącie z kredkami. Pewnego dnia narysowała tak świetny portret Michalskiej, że ta kazała oprawić go i powiesić na ścianie.
Powoli cała trójka zaczynała czuć się ze sobą swobodnie. Michalska cierpiała na chorobę stawów, na którą operacje nie pomagały. Kiedy męczył ją ból, Bogusia godzinami masowała staruszkę, a czasem naprawdę widziała ulgę. Raz poprosiła, żeby zostały z Julką na noc dostały gościnny pokój.
Leżąc przy Julce, Bogusia marzyła, że jest tu na stałe dom miał starą duszę, pachniał przeszłością.
Nazajutrz Michalskiej wyraźnie się polepszyło. Z Julką zjadły w stołowym śniadanie, a Bogusi kazała posprzątać gabinet.
Przeglądając bibeloty, Bogusia natknęła się na pożółkły album. Po pracy zaniosła go Michalskiej.
Możemy obejrzeć?
Ach, były czasy westchnęła pani Emanuela. Dawno nie otwierałam.
Przysiadły całą trójką przy okrągłym stole. Najpierw zdjęcia z dzieciństwa Emmy. Nagle Julka zapiszczała:
To babcia! Mamy takie zdjęcie!
Bogusia spojrzała i nie uwierzyła własnym oczom. Na fotografii naprawdę była młoda Wiesława.
Skąd u pani takie zdjęcie? Znała pani moją mamę?
Michalska zmrużyła oczy.
Ty jesteś córką Wiesi? wycedziła po chwili. No patrz, stara jestem. Myślałam, że kogoś mi przypominasz
Czemu mama jest na zdjęciu? nie mogła się powstrzymać Bogusia.
Phi! Podstawówka, jeden podwórek, jedna ławka. Razem ćwiczyłyśmy gimnastykę, ale twoja matka miała lepsze warunki. Ja nie chciałam być tłem. Kiedy wyrosłyśmy, wpadłyśmy w ten sam zawrót głowy jej trener Irek bardzo mi się podobał. Ostatecznie został ze mną. Wiesia straciła dla niego posadę w kadrze tak się przejęła.
Nie wiedziałam o tym szepnęła Bogusia.
A nazwisko wtedy też miała pani inne?
Oczywiście! Ja byłam Rybicka, po ojcu. A Irek miał śliczne: „Małecki”. Poślubiłam go na trzy miesiące, potem rozwód, ale nazwisko sobie zostawiłam.
Od tej pory Bogusia miała tylko jeden cel: pojednać dawne przyjaciółki. Okazja przyszła szybciej, niż myślała.
Michalska znów poprosiła, żeby przenocować z Julką. Tym razem rano Julka szła na wycieczkę z przedszkolem trzeba było poprosić babcię Wiesławę, by ją odebrała.
Weszła w swoim wysłużonym płaszczu. Michalska już leżała, ale mimo wszystko wyjechała do holu.
Kogo niesie? Nie spodziewałam się nikogo syknęła.
Witaj, Emanuelo odparła lodowato Wiesława. Nie powiem, że się cieszę.
Wzajemnie mruknęła Michalska. Widzę, życie cię nie rozpieszczało.
Nikogo nie oszczędziło odpowiedziała Wiesława. Przynajmniej mam córkę i wnuczkę. A ty masz tylko opiekunki na zamianę. Pomogły kolejne śluby?
O proszę, nawet nie masz się czym pochwalić, – zadrwiła Michalska. Myślisz, że nie wiem, że nadal na panieńskie nazwisko żyjesz?
Wiesława nagle ciepło się uśmiechnęła.
Emanuelo Zawsze byłam z ciebie dumna. Nigdy ci nie szkodziłam. No, może raz. Pięć lat temu dostałaś anonimowy telefon?
Michalska zbladła.
Wtedy, kiedy ten młodzieniaszek, aktor, cię podrywał dodała spokojnie Wiesława. Już szykowałaś testament na jego rzecz. Usłyszałam, jak się przechwala kolegom, że cię wpakuję do domu opieki i zrobi sobie święte życie z nową dziewczyną. Zadzwoniłam i ostrzegłam cię anonimowo.
To wtedy to byłaś ty? wykrztusiła Michalska.
Nie potrafiłam cię nienawidzić westchnęła Wiesława. W końcu uratowałam ci życie.
Michalska pokiwała głową.
Dziś wiem, że byłaś mi przyjaciółką. Detektyw wszystko sprawdził.
Dobra, my idziemy. Julka już ziewa.
Wiesiu, poczekaj. Jak żyjecie teraz?
W ciasnej kawalerce na Pradze po zamianie mieszkań, ale dajemy radę.
No to już zdecydowane. Od jutra mieszkacie tu. Pokoi za dużo. Dla Julki urządzę prawdziwy pokoik dziecięcy. I nie protestujcie. W starym wieku nie wiadomo, ile czasu zostało.
Wiesława przysiadła bez sił.
Osiem miesięcy szepnęła.
O czym mówisz? Rak?
Serce. Ale na operację nas nie stać machnęła ręką starsza kobieta. Zdrowia się nie kupi. A pieniędzy już nie zbiorę.
Koniec gadania. Przeprowadzacie się. Wnuczka z córką dostaną własne miejsce. Zobaczymy, co da się zrobić Machalska była stanowcza. A na Starcie odstawimy cię do najlepszej kliniki. Kasa już na koncie.
Wiesława, łamiącym się głosem:
Po co ci taki wydatek
A co, mam leżeć na tych pieniądzach do trumny? prychnęła Michalska. Za dwa tygodnie masz operację.
I rzeczywiście, dwa tygodnie później Wiesława trafiła na kardiologię do najlepszego szpitala. Chirurgiem był młody, dobrze rokujący doktor Walenty Szymański syn znanego profesora z Warszawy, który poszedł własną ścieżką. Był serdeczny i czuły. W którymś momencie rzekł Bogusi:
Rzadko widuję takie rodzinne więzi. Jesteście wyjątkowi. Taki dom to skarb.
Bogusia, rumieniąc się:
Mam tylko córkę. Ale najcudowniejsza na świecie.
Nie wątpię uśmiechnął się Walenty. Ja miałem pecha po studiach żona twierdziła, że rzucam karierę. Musiałem się wynieść do prowincji na wynajem. Miłość się rozmyła.
Może jeszcze spotka pan swoją kobietę szepnęła Bogusia.
Może już spotkałem odwrócił się do okna Walenty.
I sama Bogusia zauważyła, że doktor podoba jej się coraz bardziej: nie był typem modela jak Zbyszek, ale miał w sobie siłę i szlachetność.
Rehabilitacja Wiesławy trwała tydzień. Michalska dawała radę, obstawiała dom i Julkę, która nazywała już ją „babusią”.
Z każdym dniem Bogusia coraz lepiej czuła się pod tym dachem. Aż wieczorem Michalska rzekła:
Czas, żebyś przestała być moją opiekunką.
Inna pani potrzebna? wystraszyła się Bogusia.
Ależ nie. Chcę, żebyś została profesjonalną masażystką. Robisz cuda. Opłacę ci naukę na konkretnych kursach z dyplomem fizjoterapeuty.
Bogusia zgodziła się bez namysłu. Michalska została dobrą wróżką patronką rodziny.
Na kursie uczył pan Szymon nobliwy, z charyzmą. Wyłowił talent Bogusi. Przy wręczeniu dyplomu zapytał:
Znasz salon VaniLi? Mój.
Słyszałam, wszyscy chcą się do was dostać aż się ucieszyła Bogusia.
Potrzebuję kogoś do ciężkiej pracy: rehabilitacja po operacjach, masaże. Mam z tobą dobre przeczucie.
Bogusia aż się popłakała ze wzruszenia. Jeszcze kawałek kursów pan Szymon sam opłacił, „bo komu, jak nie tobie”.
Szybko posypały się kolejne osiągnięcia. Zapełniała swój grafik, resztę czasu poświęcała domowi, dochodzącej do siebie mamie, Julce, a także coraz częstszym spotkaniom z Walentym.
Wieczorami Julka wyciągała rodziców na spacery, teatr, a Walenty coraz częściej zaglądał do Michalskiej.
Wiesława wróciła do pracy na pół etatu, ale Michalska coraz rzadziej ruszała się z łóżka. Ból był silniejszy, masaż zaklinał tylko na moment.
Walenty zaczął polecać Bogusię swoim pacjentom na rehabilitację po operacjach. Z każdym dniem coraz bardziej zbliżali się do siebie.
Aż jednego dnia, pijąc herbatę w salonie, Michalska rzuciła z błyskiem w oku:
Walenty, nawet nie próbuj podpaść moim dziewczynom. Drugi raz cię nie ostrzegę.
Cała rodzina wybuchnęła śmiechem.
Tak to już bywa: czasem trzeba przeżyć po drodze kilka trzęsień ziemi, zanim drugi raz los da ci prawdziwą, własną rodzinę. Bo przecież teściową można mieć nie tylko raz!


