Upatrzył sobie cudzą żonę: Opowieść o wiejskim artyście, słabej miłości i tajemniczym nabywcy – czyl…

Zauroczył się cudzą żoną

Gdy zamieszkaliśmy razem, Dudkowski okazał się człowiekiem miękkiego charakteru i pozbawionym woli.

Wszystkie jego dni zależały od tego, w jakim humorze się obudził. Czasami, choć rzadko, budził się rześki i pogodny, żartował przez cały dzień i śmiał się głośno.

Jednak przez większość życia pogrążony był w ciężkich rozmyślaniach, pił dużo kawy i chodził po domu posępny jak chmura jak to bywa u ludzi z artystyczną duszą. A do takich bez wątpienia się zaliczał: Wiktor Dudkowski uczył w wiejskiej szkole plastyki, zajęć technicznych, a bywało także muzyki, kiedy nauczycielka brała zwolnienie.

W sztuce upatrywał sensu życia. Skoro nie udawało mu się rozwinąć skrzydeł w szkole, ucierpiał dom Wiktor urządził sobie pracownię, zajmując największy i najjaśniejszy pokój, który, szczerze mówiąc, Stanisława upatrzyła już pod pokój dziecinny dla przyszłego potomka.

Ale dom należał do Wiktora, więc Stanisława nie protestowała.

Dudkowski zapełnił pomieszczenie sztalugami, zarzucił to wszystko tubkami farb, gliną i malował: to krajobrazy, to dziwaczne rzeźby, tworzył jak w transie…

Potrafił do późnej nocy malować martwą naturę albo całe weekendy rzeźbić niezrozumiałe postacie.

Swoich dzieł nie sprzedawał, wszystko zostawało w domu, przez co ściany pokoi były pokryte niekończącą się galerią, która, powiedziawszy szczerze, wcale nie trafiała w gust Stanisławy. Szafy i półki uginały się od glinianych bałwanków i figurek.

Gdyby to chociaż były prawdziwie piękne rzeczy ale nie.

Nieliczni znajomi artyści i rzeźbiarze, z którymi Wiktor niegdyś studiował, odwiedzali go od czasu do czasu, lecz rzucali tylko ukradkowe spojrzenia, milczeli i ciężko wzdychali, oglądając obrazy i figurki.

Nikt nie powiedział nic dobrego.

Tylko Leon Gierasimowicz Piechota, najstarszy z całej gromady, po wychyleniu butelki wódki jałowcowej, zawołał:

Na Boga, co to za bezsensowny maźgaj! Cóż to jest?! Nie widziałem tu żadnego wartościowego dzieła! Oprócz, ma się rozumieć, pięknej gospodyni.

Wiktor ciężko zniósł krytykę, krzyczał, tupał nogami i kazał żonie wyrzucić niewdzięcznego gościa za bramę.

Wynocha stąd! wrzeszczał, Nie masz pojęcia o sztuce! A teraz rozumiem! Zazdrościsz, bo nie umiesz już utrzymać pędzla w drżących z przepicia dłoniach! Widzisz lepszość i dlatego wszystko deprecjonujesz!

…Leon Piechota zbiegł po schodach, niemal się potknął, podbiegł do furtki. Stanisława dogoniła go i przeprosiła za zachowanie męża:

Proszę, nie bierz Pan do siebie jego słów. Nie powinnam była dopuścić do krytyki, przepraszam…

Nie tłumacz się za niego, moje dziecko Leon pokiwał głową, Wszystko w porządku, wezwę dorożkę i pojadę do domu. Szkoda mi tylko ciebie. Dom piękny, ale te potworności Wiktora wszystko psują! I te koszmarne figurki! Powinny być schowane przed światem, a on się tym chwali! Wiesz, u artystów jest tak, że twory są odbiciem duszy. A dusza Wiktora jest pusta, jak wszystkie jego płótna.

Ucałował dłoń Stanisławy na pożegnanie i odszedł z niegościnnym domem.

Wiktor długo nie mógł się uspokoić miesiącami niszczył własne rzeźby, rwał obrazy i szalał.

***

Jednak Stanisława nigdy nie przeciwstawiła się mężowi.

Myślała, że przyjdzie czas, urodzą się dzieci, a ukochany porzuci swe hobby.

I przerobi pracownię na pokój dziecięcy, póki co niech sobie maluje.

Wkrótce po ślubie, Wiktor starał się być przykładnym mężem, przynosił do domu świeże jabłka i całą wypłatę, dbał o żonę.

Ale rychło się to skończyło. Dla żony wyraźnie wystygł, z wypłatą przestał się dzielić, wszystko spadło na barki Stanisławy. Ogród, kurnik i schorowana teściowa też były na jej głowie.

Wiadomość o ciąży żony przyjął z entuzjazmem. Nie minął jednak tydzień, jak Stanisława zachorowała i straciła dziecko.

Po tej wieści Wiktor robił się w oczach nerwowy, płaczliwy, nawrzeszczał na żonę i zamknął się w domu.

Stan jej po powrocie ze szpitala trudno opisać. Była jak cień. Poruszała się powoli, ledwie trzymając się na nogach.

Nie czekało na nią nawet nikogo w domu, ale najgorsze dopiero miało nadejść: Wiktor zamknął się w domu i nie wpuszczał jej.

Otwórz Witek!

Nie otworzę, dobiegał z za drzwi płaczliwy głos. Po co wróciłaś? Powinnaś była urodzić moje dziecko. Zawiodłaś mnie! Przez ciebie matka dostała ataku serca i trafiła do szpitala!

Po co ja się z tobą żeniłem, sprowadziłaś nieszczęście na dom! Odejdź, nie chcę z tobą żyć.

W oczach Stanisławy pociemniało, usiadła na ganku.

Witek… Mnie też jest źle, ja też cierpię, otwórz!

Nie reagował, więc Stanisława siedziała do zmroku.

Wreszcie drzwi skrzypnęły wszedł Wiktor, schudnięty z żalu,

chciał zamknąć dom na zamek, ale nie mógł go znaleźć.

Bo nigdy nie wiedział, gdzie co leży, zwykle pytał o wszystko żonę.

Po chwili ruszył do furtki nie patrząc na nią.

Gdy zniknął za zakrętem, Stanisława otwarła drzwi i padła na łóżko bez sił.

Czekała na niego całą noc. Rano pojawiła się sąsiadka z tragiczną wieścią: teściowa Stanisławy zmarła po zawale.

To podłamało Wiktora, rzucił pracę, położył się do łóżka i wyznał żonie:

Nigdy cię nie kochałem. Tylko dla matki cię poślubiłem, chciała wnuków. Zrujnowałaś nasze życie. Nigdy ci tego nie wybaczę.

Słowa bolały, ale Stanisława zdecydowała nie opuści męża.

Czas mijał, nic się nie poprawiało. Dudkowski nie chciał wychodzić z łóżka, pił tylko wodę i niemal nic nie jadł.

Wrzód żołądka dał o sobie znać.

Zanikł apetyt, wpadł w apatię, w końcu już nie wstawał z łóżka, narzekając, że opadł z sił przez brak jedzenia i witamin.

A potem okazało się, że złożył pozew o rozwód. Dudkowscy zostali rozwiedzeni.

Stanisława wypłakała dużo łez.

Próbowała go przytulić, pocałować, ale Dudkowski odpychał ją i szeptał, że jak tylko wyzdrowieje, wyrzuci ją z domu. Ze to ona zrujnowała mu życie.

***

Stanisława nie mogła odejść po prostu nie miała dokąd.

Matka, która z radością wydała ją wcześnie za mąż, zaraz po ślubie córki zajęła się własnym losem i wyjechała do jakiegoś wdowca, mieszkającego hen, aż nad Bałtykiem.

Tam jej się wszystko ułożyło, wyszła za mąż i wróciła tylko na chwilę, by sprzedać dom.

Dostawszy niewielką sumę, wyjechała do nowego męża, bez żalu zostawiając własną córkę bez dachu nad głową.

I tak dziewczyna została w pułapce.

***

Pewnego dnia w domu skończyło się wszystko. Stanisława zeskrobała ostatnie kasze z kredensu, ugotowała ostatnie jajko znalezione pod kurą-niośką i zaczęła karmić Wiktora rzadszą manną i przetartym żółtkiem.

Taki był los. Mogłaby dziś karmić maleństwo własną piersią, gdyby tylko nie dźwigała sama wiader z wodą i opału. Ale trzeba było dogadzać byłemu mężowi, który nic sobie z niej nie robił.

Pójdę na targ, zjechała dziś karuzela i stragany z sąsiedniej wioski. Spróbuję sprzedać kurę albo wymienić na coś do jedzenia.

Wiktor, wpatrzony szklistym wzrokiem w sufit, zapytał:

Czemu ją sprzedawać? Ugotuj rosół. Mam dość tych kasz, chciałbym napić się normalnego rosołu.

Stanisława zaczęła miętosić rąbek swojego letniego sukienki. Była to jej jedyna kreacja w niej kończyła szkołę, wychodziła za mąż, teraz zakładała na największy upał, bo nic innego nie miała.

Wiesz przecież, nie mogę… Wolę ją wymienić albo sprzedać. Zresztą do sąsiadów oddawałam już wcześniejsze, ale Pestka za bardzo się do mnie przywiązała. Inna sytuacja.

Pestka prychnął z pogardą Wiktor, każdej kurze dajesz imię? Jakaś ty naiwna… Czego można się po tobie spodziewać…

Stanisława ugryzła się w wargę i spuściła wzrok.

Na jarmark chcesz iść? trochę się ożywił, Zabierz dwie moje figurki i obrazki. Może ktoś kupi.

Stanisława odwróciła wzrok, próbując się wykręcić:

Ależ… są dla ciebie za cenne…

Powiedziałem, weź! rozkazał z rozkapryszeniem.

Zerknęła w lustro, chwyciła dwie gliniane ptaszki-świstawki na wzór bolesławieckiej ceramiki i dużą świnkę-skarbonkę, którą mąż podziwiał od lat.

Wybiegła za próg, mając nadzieję, że Witek nie wyjdzie za nią z kolejnymi obrazkami.

Bo jeśli figurki można komuś pokazać, to obrazy… Tego Stanisława po prostu się wstydziła.

***

Upalny dzień. Mimo cienkiej sukienki Stanisława cała oblewała się potem. Twarz jej lśniła, a grzywka przyklejała do czoła.

Tego dnia były dożynki.

Stanisława dawno już nie była wśród ludzi, więc z zaciekawieniem patrzyła na rozbawionych, ubranych świątecznie sąsiadów, krzątających się przy jarzących się kolorami straganach.

Było co podziwiać: miód różnych odmian, barwne chusty, a dalej łakocie dla dzieci. Na grillu skwierczały kiełbasy, wśród zapachów grała muzyka, śmiech rozlegał się w powietrzu.

Przystanęła przy lada. Mocniej przytuliła torbę z kurą i pogłaskała ją, nie chcąc się żegnać z kochaną nioską.

Kilka lat temu kupiła kurczaki, z których wyrosły kury i koguty. Jedna podupadła na łapkę, musiała ją leczyć w domu. Pestka była ciekawska i śmieszna, podążała za gospodynią nawet na jednej nodze.

Z czasem stała się jej ulubieńcem. Za każdym razem, kiedy Stanisława pojawiała się w kurniku, Pestka z pośpiechem zbiegała jej naprzeciw.

I teraz, kura niecierpliwie wychylała się z torby, skubiąc jej dłoń.

***

Stara handlarka spojrzała na Stanisławę:

Piękna pani, weź bransoletkę, ozdobę mam. Stal, srebro, złotko…

Dziękuję, ale chcę sprzedać kurę, nioskę. Dobre duże jaja zniesie, uprzejmie powiedziała Stanisława.

Kura… A co ja z nią zrobię…

Wtedy młody mężczyzna przy straganie ożywił się i spytał:

Mogę zobaczyć tę kurę?

Proszę.

Stanisława delikatnie podała mu nioskę. (Nie znała go).

Ile za nią chcesz? Tak tanio, gdzie haczyk?

Poczuła na sobie uważne spojrzenie, aż jej poczerwieniały policzki.

Trochę kuleje, ale poza tym to mocna, zdrowa sztuka.

Dobrze, kupię ją. A co to jeszcze masz?

Wskazał na figurki.

A to… Gliniane wyroby. Świstawki i skarbonka.

Mężczyzna obejrzał świnkę i uśmiechnął się pokrzywiona:

Ręcznie robione, widzę.

Tak. Sprzedam tanio, bardzo potrzebujemy pieniędzy.

Wezmę wszystko. Lubię unikatowe rzeczy.

Handlarka z biżuterią mruknęła:

Po co ci to, Denisku? W zabawki się będziesz bawił? Idź do brata na grilla, pomóż!

Stanisława, biorąc pieniądze, przestraszyła się:

To grill? To nie sprzedam ci Pestki!

Chciała zabrać kurę, ale Denis zręcznie się wymknął.

Oddaję pieniądze! wołała ze łzami, Pestka nie może iść na rożen! Ona nie jest z mięsnej rasy!

Wiem. Nie zamierzam jej grillować. Dla mamy, ona chowa kury.

Na pewno?

Pewnie! uśmiechnął się łagodnie. Możesz wpadać odwiedzać swoją Pestkę. Nawet nie wiedziałem, że kury mają imiona.

***

Gdy Stanisława wracała, zatrzymał się przy niej samochód, wysiadł Denis.

Proszę pani… czy dostanę więcej tych figurek? Chętnie kupiłbym, na prezenty się przydają.

Stanisława zmrużyła oczy w słońcu i uśmiechnęła się:

O, w domu całe półki się uginają od takich wyrobów!

***

Dudkowski, leżący w łóżku, usłyszał głosy i jęknął.

Kto tam, Stasia? Przynieś mi wody, pić chcę.

Gość rozejrzał się po obrazach na ścianie.

Niesamowite, mruknął. To państwa dzieło? spytał żonę, która podawała szklankę wody.

Moje! podniósł się Dudkowski. Ja nie maluję! Malują dzieci kredą na chodniku, ja tworzę!

Oparwszy się na łokciu, Wiktor śledził gościa wzrokiem.

Co pana obchodzą moje obrazy?

Spodobały mi się. Kupię jeden. A te rzeźby, pańskie?

Moje! krzyknął Wiktor, odtrącając Stanisławę z wodą. Wszystko tu moje!

Wstał, rozprostowując sztywne nogi, podszedł do gościa.

Ciekawe etiudy powiedział gość zerkając na Stanisławę.

A gdy Wiktor roztrząsał przed nim kolejne obrazy, Denis kątem oka śledził dziewczynę, zauważając rumieniec i nieśmiałość.

Epilog

Stanisława była zaskoczona cudownym ozdrowieniem byłego męża.

Okazało się, że Dudkowski wcale nie był aż tak chory!

Gdy tylko zjawił się ktoś, kto zainteresował się jego pracą, natychmiast mu przeszły wszystkie dolegliwości.

Tajemniczy gość, który codziennie zaglądał do domu Dudkowskich, kupował to obraz, to figurkę.

Gdy zabrakło obrazów, przyszła kolej na figurki.

Dudkowski widząc, że dzieła schodzą jak świeże bułki, rzucił się do pracowni.

Nie pojmował jednak, że gościa nie przyciągały dzieła, lecz żona to znaczy była żona.

Denis, każdorazowo opuszczając dom z obrazem, długo rozmawiał ze Stanisławą na ganku.

Między młodymi zakiełkowała sympatia.

Niedaleko było do uczuć.

…W końcu historia skończyła się tak, że Denis zabrał z domu Dudkowskiego to, po co naprawdę przyszedł jego byłą żonę.

To właśnie dla niej pojawiał się dzień w dzień.

Wracając z podróży do rodzinnego miasteczka, Denis wrzucał kupione płótna do pieca, gliniane potworki upychał w worek, jeszcze nie zdecydowawszy, co z nimi zrobić.

Ciągle wracał w myślach do twarzy Stanisławy.

Zwrócił na nią uwagę już wtedy, gdy zobaczył ją na jarmarku w zwiewnej sukience z torbą na ramieniu.

Od pierwszego wejrzenia wiedział, że to jego przeznaczenie.

Szybko się dowiedział, że dziewczyna źle się czuje u boku dziwaka, który myśli, że jest artystą.

Źle jej było, ale nie miała dokąd iść.

Właśnie dlatego przyjeżdżał codziennie i skupował te dzieła, tylko by ją zobaczyć. W końcu ona wszystko zrozumiała.

***

Dudkowski nie spodziewał się takiego obrotu spraw.

Denis, który masowo wykupywał jego twory, przestał się pojawiać, gdy zabrał Stanisławę.

Wiktor słyszał, że młodzi się pobrali. Czuł gorzką zazdrość, że tak go wykiwano.

Bo prawda znaleźć dobrą żonę nie jest łatwo, a Stanisława była naprawdę wyjątkowa.

Nie od razu dotarło do niego, co tak naprawdę utracił.

Gdzie znaleźć tak troskliwą, wyrozumiałą kobietę? Przecież to ona nie tylko wszystko znosiła, ale i współczuła mu oraz dbała o niego jak matka. A przy tym była tak piękna!

A głupi, stracił ten skarb.

Już chciał popaść w rozpacz, ale… teraz nie miał już nikogo, kto by go nakarmił jajkami, podał szklankę wody, ogarnął dom i podwórko…

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

18 − 7 =

Upatrzył sobie cudzą żonę: Opowieść o wiejskim artyście, słabej miłości i tajemniczym nabywcy – czyl…