Upatrzył sobie cudzą żonę: Opowieść o słabym mężu-artystce, niefortunnej miłości i sile cichej kobie…

Za dawnych czasów, w jednej z podlubelskich wiosek, mieszkał sobie Adam Dudkowski człowiek słabego charakteru i jeszcze słabszej woli.

Każdy jego dzień był zależny od humoru, z jakim się budził. Niekiedy zdarzało się, że Adam wstał rześki, żartował cały dzień i gawędził ze wszystkimi. Ale przeważnie pogrążał się w ponurych rozmyślaniach popijał kawę na umór i snuł się po domu ciężki jak chmura burzowa, co ponoć jest typowe dla ludzi sztuki. Adam bowiem uczył plastyki i techniki w miejscowej szkole podstawowej, a czasami pod nieobecność pani od muzyki, prowadził też i te lekcje.

Sztuka ciągnęła go jak magnes. Że w szkole nie mógł rozwinąć skrzydeł, dom zaraz musiał na tym ucierpieć Adam urządził sobie pracownię w największym i najbardziej słonecznym pokoju, który zresztą Jagoda, jego żona, upatrzyła na pokój dziecięcy.

Ale dom był Adama, więc Jagoda ustąpiła.

Adam zagracił całą pracownię sztalugami, pędzlami i rozrzuconymi tubkami farb, poustawiał na ławie gliniane bryły i zabrał się do pracy. Bywało, że całymi wieczorami malował martwe natury lub przez cały weekend lepił niepojęte figurki.

Owe arcydzieła nie trafiały na sprzedaż wszystko zostawało w domu. Ściany wypełniały barwne obrazy, których Jagnie zupełnie nie odpowiadały, a szafki i półki uginały się pod ciężarem glinianych figurek.

Może nie byłoby w tym nic złego, gdyby chociaż były ładne. Ale nie były.

Nieliczni artyści i dawni znajomi Adama przyjaciele jeszcze z czasów studiów, którzy bywali tu czasem na proszonym obiedzie spuszczali wzrok widząc jego prace i z trudem powstrzymywali westchnienie.

Nikt nie pochwalił.

Tylko pan Leon Gerwazy Piechota, najstarszy z grona, po opróżnieniu litrowej butelki domowej żubrówki, wygłosił na całe gardło:

Boże święty, co za bezsensowna papranina! Co to w ogóle jest?! W tym domu nie widzę nic wartego uwagi, oprócz gospodyni, oczywiście!

Adam ciężko przeżył tę krytykę krzyczał, tupał nogami, a na koniec kazał żonie wyrzucić grubiańskiego gościa za bramę.

Won stąd! wrzeszczał. To ty nie masz pojęcia o sztuce, nie ja! Wcale się nie znasz, a krytykujesz, bo zazdrościsz! Aż żal, że nie umiesz utrzymać pędzla w drżących łapach po wódce! Tylko dlatego próbujesz zdeptać wszystko wokół siebie!

Pan Leon stoczył się ze schodów, mało co nie obijając się o furtkę. Jagoda dopadła go jeszcze przed wyjazdem:

Proszę się nie gniewać. Nie powinnam była narazić pana na te słowa, mogłam uprzedzić męża

Nie tłumacz się, dziecko odparł szybko Leon. Znam Adama nie od dziś. Litość mnie bierze nad tobą. Dom piękny, ale te jego paskudne obrazy wszystko psują! I te gliniane potworki Trzeba to mieć pochowane, a on się z tym obnosi! Zresztą, kto tworzy, ten duszę odsłania. Ale Adam ma w sobie pustkę, głęboką jak jego płótna.

Pocałował Jagnę w rękę i opuścił nieprzyjazny dom.

Adam przez wiele tygodni nie mógł dojść do siebie nocami roztrzaskiwał figury, szarpał płótna i wrzeszczał, aż się uspokoił.

***

Mimo wszystko, Jagoda nigdy nie sprzeciwiała się mężowi. Myślała, że przyjdzie czas, gdy pojawią się dzieci i mąż zapomni o swoich dziwnych pasjach. Wtedy dawny pokój przeobrazi się w dziecięcy, a na razie niech sobie maluje.

Z początku Adam odgrywał rolę dobrego męża przynosił świeże jabłka i całą wypłatę, troszczył się o żonę. Ale już wkrótce wszystko to przestało mieć miejsce. Oziębił się wobec Jagody, pieniądze zatrzymywał dla siebie, a cała troska o dom, ogródek, kury i teściową spadła na nią.

Wieść o zbliżającym się dziecku przyjął Adam entuzjastycznie, ale radość była przedwczesna jeszcze tydzień nie minął, gdy Jagoda trafiła do szpitala i poroniła.

Wiadomość osłupiła Adama stał się płaczliwy, roztrzęsiony, nakrzyczał na młodą żonę i zamknął się w domu.

Stan Jagody po powrocie był ciężki blada, cicha, jak cień przekroczyła próg rodzinny.

Nikt na nią nie czekał, a najgorsze miało dopiero nadejść Adam zasunął zasuwę i nie chciał jej wpuścić.

Otwórz, Adamie!

Nie otworzę, odkrzyczał Adam za drzwiami. Po co tu przyszłaś? Miałaś donosić moje dziecko, a nie podołałaś nawet temu! Przez ciebie moja matka trafiła do szpitala z zawałem!

Po co ja się z tobą żeniłem tylko nieszczęście przyniosłaś! Ruszaj w drogę! Już nie chcę cię tu widzieć.

Jagodzie zakręciło się w głowie, opadła na schodki.

Adam… Ja też cierpię, otwórz chociaż drzwi

Ale Adam nie zwracał uwagi na łzy, więc Jagoda siedziała na ganku aż po zmierzch.

W końcu drzwi skrzypnęły i wyszedł Adam wychudzony, z poszarzałą twarzą. Zastukał zamkiem, którego nie mógł znaleźć. Bo zawsze pytał, gdzie żona co schowała. Przez chwilę stał w zamyśleniu, wreszcie skierował się ku furtce, nie patrząc na żonę.

Kiedy znikł, Jagoda weszła do domu i osunęła się na łóżko. Całą noc czekała na męża. Rano sąsiadka przyniosła wiadomość: teściowa nie przeżyła zawału i odeszła.

Adam załamał się zupełnie, rzucił pracę i przyznał żonie:

Nigdy cię nie kochałem. Ożeniłem się, bo matka chciała wnuka. A ty zniszczyłaś mi życie, nigdy ci nie wybaczę.

Słowa bolały, lecz Jagoda postanowiła męża nie zostawiać.

***

Upływał czas nic się nie poprawiało. Adam nie wstawał z łóżka, pił tylko wodę. Nie jadł prawie nic, bo odnowiła mu się wrzodowa choroba żołądka.

Apatia przybiła go na dobre, potem w ogóle przestał wstawać, twierdząc, że nie ma siły. Wreszcie okazało się, że złożył pozew o rozwód. Dudkowscy zostali rozwiedzeni.

Jagoda wypłakała morze łez.

Chciała tulić, pocieszać męża, lecz Adam odpychał ją i szeptał, że jak tylko wyzdrowieje wyrzuci ją z domu. I że to ona zmarnowała mu życie.

***

Nie mogła odejść, bo nie miała gdzie. Matka, która z przyjemnością wydała ją szybko za mąż, po wszystkim poszła w nowe życie wyjechała aż do Ustki do dawnego wdowca i tam wzięli ślub. Przyjechała tylko na chwilę sprzedać dom i zostawiła córkę bez własnego kąta.

Jagoda została uwięziona w swoich losach.

***

Gdy w domu skończyło się jedzenie, wyciągnęła ostatnie resztki kaszy z szafki, ugotowała ostatnie jajko złapane pod nioską i karmiła Adama przecieranym żółtkiem i rzadką kaszą.

Tak to się poukładało, że mogłaby podawać takie papki własnemu synkowi, gdyby nie musiała nosić ciężkich wiader do ogrodu i przekładać drewna sama ale życie chciało, by dogadzała niedawnemu panu, który miał ją za nic.

Idę na chwilę na targ do sąsiedniej wioski. Może uda się wymienić kurkę na jedzenie oznajmiła Adama.

Ten spojrzał w sufit i sapnął:

Po co sprzedawać? Ugotuj z niej rosół. Mam dość kasz, chcę porządnego rosołu.

Jagoda zaczęła nerwowo drapać kraj sukienki jedynej jaką miała: tę miała na studniówce, wzięła w niej ślub i nosiła w upały, bo nie miała innej.

Przecież ja nie dam rady jej zabić… Wolę sprzedać lub oddać. Już kilka kur oddałam sąsiadom, ale Pstrokatka za bardzo się do mnie przywiązała.

Pstrokatka? skrzywił się Adam. Każdej kurze imię nadajesz? Jakaż ty głupia Niczego się po tobie nie spodziewam.

Jagoda przygryzła wargę i spuściła wzrok.

Idziesz na jarmark? trochę ożywił się Adam. Weź parę moich obrazów i figurek, może ktoś kupi?

Próbowała sie wymówić:

Przecież to dla ciebie takie ważne, nie chcesz się rozstawać

Mówię, weź! nakazał głośno Adam.

Jagoda spojrzała na półkę i wzięła dwie gliniane ptaszki-flejty i dużą, pękatą świnkę-skarbonkę. Szybko wyszła z domu, mając nadzieję, że nie dopadnie jej na schodach z kolejną torbą obrazów.

Bo przecież figurki to jeszcze można pokazać, ale te obrazy były okropne. Wstyd byłoby z nimi stanąć na rynku.

***

Dzień był upalny. Mimo że Jagoda była ubrana lekko, pot lał się jej po twarzy. Nie pamiętała już, kiedy ostatnio była na tłumnej zabawie.

W okolicznej wiosce odbywał się odpust.

Z każdym krokiem z podziwem patrzyła na gwar, pod kolorowymi straganami. Było na co popatrzeć miód, chusty, słodycze dla dzieci; z rożna szedł zapach pieczystego, grała muzyka, śmiał się tłum.

Jagoda zatrzymała się przy skrajnym stoisku, ścisnęła szmacianą torbę z kurką i pogłaskała ją.

Ciężko jej było żegnać się z nioską. Kiedyś przyniosła do domu garstkę kurcząt, z których wyrósł cały kurnik. Ale właśnie Pstrokatka, kaleka, była jej ulubioną gdy tylko Jagoda pojawiała się pod kurnikiem, ptaszyna rechotała z radości.

I teraz, wychylając łepek z torby, Pstrokatka obserwowała ulice z wielką ciekawością.

***

Starsza handlarka zagadnęła Jagodę:

Kup panienko biżuterię, mamy stal chirurgiczną, srebro, złocone łańcuszki.

Dziękuję, ale chciałam żywą kurę sprzedać, nioskę. Jaja duże i świeże odparła grzecznie Jagoda.

A po co mi kura burknęła starsza.

Wtedy do rozmowy wtrącił się młody mężczyzna, stojący przy stoisku:

Pokaż panienko kurę.

Proszę bardzo.

Jagoda podała kurę. Młodzian przyjrzał się jej uważnie.

Ile chcesz? Czego taka tania?

Jagoda poczuła na sobie badawczy wzrok, od czego było jej jeszcze goręcej.

Lekko kulała, ale za to zdrowa i niesie aż miło.

Dobra, biorę. A te figurki? Co to?

Ręczna robota, flejty i skarbonka.

Mężczyzna uśmiechnął się krzywo:

Biorę wszystko! Lubię dziwne rzeczy.

Handlarka głośno chichotała:

No, no, Bartku, na co ci to? Zamiast z bratem przy grillu pomagać, w zabawki się bawisz!

Jagoda wystraszyła się, słysząc to:

Więc pan sprzedaje grilla? Nie oddam kurki na rożen!

Wyciągnęła rękę aby zabrać Pstrokatkę, ale Bartek sprytnie uskoczył.

Oddaję pani pieniądze, ale nie grilluję Pstrokatki! uśmiechnął się serdecznie. Mamie podaruję, ona zbiera rzadkie kury. Może pani odwiedzać swoją ulubienicę, a ja pierwszy raz słyszę, że kura może mieć imię.

***

Jagoda szła już przez wieś, gdy nagle zatrzymał się przy niej samochód. Za kierownicą siedział Bartek.

Zaczekaj, panienko Może miałabyś jeszcze inne figurki? Chętnie kupię na prezenty.

Jagoda przymrużyła oczy od słońca i uśmiechnęła się:

Owszem, w domu mam dużo! Przyjdź kiedyś, pokażę.

***

Adam, leżący na tapczanie, jęknął na głos, usłyszawszy rozmowę.

Kto tam, Jaga? Podaj wody!

Gość wszedł na próg, zawiesił wzrok na obrazach.

Niesamowite wymamrotał. To pańska twórczość? zapytał, gdy Jagoda niesła szklankę.

Moja! poderwał się Adam. Tylko dzieci malują, ja tworzę!

Adam wstał, kulejąc, i zbliżył się do Bartka.

Pańskie szkice są ciekawe powiedział Bartek, zerkając na skromną Jagnę.

Gdy Adam się rozpływał nad swoimi dziełami, Bartek ukradkiem patrzył na dziewczynę i jej rumieniec.

**

Jagoda była zdumiona szybkim wyzdrowieniem męża: oto Adam, na widok pierwszego zainteresowanego, cudem odzyskał zdrowie!

Bartek codziennie przychodził do Dudkowskich, skupował po jednym obrazie lub figurce. Gdy skończyły się płótna, sięgał po następne talerzyki i gliniane zwierzątka.

Adam malował w pracowni dniem i nocą, byle zaspokoić zapotrzebowanie. Nie miał pojęcia, że Bartka wcale nie interesowały jego dzieła, tylko Jagoda. Była żona.

Ilekroć Bartosz wychodził z kolejnym dziełem, rozmawiał długo z Jagodą pod bramą. Rodziło się między nimi uczucie.

W końcu Bartek wziął z domu Dudkowskiego to, po co przyszedł Jagnę.

Wracając ze wsi do swego domu, Bartek wrzucał obrazy Adama do pieca, a gliniane potworki pakował w worek. Potem uśmiechał się na myśl o Jagnie. Już na jarmarku wiedział, że los go poprowadził do tej dziewczyny w starej sukience.

Dowiedział się, z jakim dziwakiem ona żyje, że nie ma dokąd odejść. Sam więc przychodził do domu po obraz tylko po to, by ją widywać. Wreszcie Jagoda zrozumiała.

Adam się nie spodziewał takiego zakończenia Bartek, który skupywał jego prace, zniknął, zabierając nie tylko figurki, lecz także Jagnę.

Adam słyszał, że para wzięła ślub, i poczuł gorycz wielkiego oszukania.

Bo naprawdę, dobra żona trafia się raz w życiu

Nie od razu pojął, co stracił wytrwałą, czułą, wyrozumiałą kobietę Jak on, głupiec, takie skarby zmarnował.

Chciał popaść w rozpacz, lecz uznał, że nie warto płakać, skoro już nie miał kto karmić go rosołami, podawać szklanki wody i prowadzić domu, jak to robiła JagodaLecz życie nie znosi pustki. Po odejściu Jagody w domu Adama zrobiło się nie tylko cicho, ale i chłodno, choć lato w pełni w oknach nie brzmiał już śmiech, w kuchni nie pachniało kaszą. Kurczaków nikt nie karmił, a Adam coraz częściej nie miał siły nawet malować.

Któregoś dnia, gdy próbował podnieść na sztaludze nowe płótno, poczuł nagle, że palce nie chcą już go słuchać. Przerażony spojrzał na dłonie takie same jak zawsze, tylko jakby puste. Próbował wycisnąć farby, ale każda barwa była szara. Potem, z ołówkiem, pochylał się godzinami nad kartką, aż zasypiał nad nią i śnił o dawnej żonie. O jej cichutkim oddechu, o dłoniach mokrych od wody, którą nosiła do ogrodu, i o łzach, jakie zostawiała na jego powłóczystych koszulach.

Spróchniała cisza oplatała mężczyznę coraz ciaśniej, nim w końcu zaczął chodzić po wsi nie po obraz pochwały, ale po kilka słów. Daremnie. Ludzie mijali go z życzliwą obojętnością, nie zatrzymywali się. Nawet dzieci, którym dawniej opowiadał o kolorach i świecie w glinie, dziś śmiały się półgębkiem na widok „pana artysty”.

To wtedy Adam pojął pustkę tak głęboką, że gorzka samotność wydała mu się sprawiedliwą karą. Pewnego wieczoru usiadł z kubkiem zimnej kawy przy opróżnionym stole i poczuł, że nawet sztuka go opuściła.

Aż w końcu, któregoś dnia, znalazł pod drzwiami kartkę prostą, z dziecięcym rysunkiem: ptaszek i kurka, pod nimi podpis Jagoda Bartek. Ktoś, komu kiedyś zrobiła glinianą flejtuchę, przyniósł mu tę wieść. Z daleka, od nowego domu.

Adam długo trzymał kartkę na dłoni. Zrozumiał więcej, niż kiedykolwiek: że szczęście nie mieszka w obrazach ani w pracowni, tylko w codziennych, cichych gestach. Że najpiękniejsze dzieło pozostaje tam, gdzie jest czułość i drugi człowiek.

Odłożył pędzle. Może jeszcze kiedyś umaluje jasność dnia, jeśli tylko zdoła nazwać własną winę i pozwolić jej odejść. Ale wiedział już na pewno: najważniejsze, co mógł stracić, zostało poza grubym ramieniem sztalugi.

Za oknem wiatr uniósł śmiech z sąsiedztwa. Adam przez chwilę słuchał go uważnie i pierwszy raz, może, zrozumiał coś naprawdę do końca.

Lecz Jagoda, daleko stąd, śmiała się inaczej głośniej i pełniej niż kiedykolwiek przy Adamie. Bo niektórzy rodzą się, by patrzeć przez zamkniętą szybę, inni by szeroko otworzyć drzwi i tańczyć boso po świeżej, mokrej trawie.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

14 − osiem =

Upatrzył sobie cudzą żonę: Opowieść o słabym mężu-artystce, niefortunnej miłości i sile cichej kobie…