Na razie, póki sprzedajemy mieszkanie, pomieszkaj trochę w domu spokojnej starości powiedziała córka.
Jolanta wyszła za mąż bardzo późno. Szczerze mówiąc, długo jej nie szło w miłości i już jako czterdziestoletnia kobieta pogodziła się z myślą, że nie spotka żadnego, jej zdaniem, porządnego faceta.
Pięćdziesięcioletni Eugeniusz okazał się „księciem” jak z taniej telenoweli. Był żonaty już kilka razy i miał trójkę dzieci, którym jak nakazał sąd przepisał swoje mieszkanie.
Dlatego po kilku miesiącach tułaczki po wynajętych mieszkaniach, Jolanta musiała przytargać męża do sześćdziesięcioletniej matki, pani Marii.
Eugeniusz, ledwo wszedł, skrzywił się wyraźnie i zmarszczył nos w taki sposób, że nawet kaktusy w doniczkach dostały kompleksów.
Ale tu capi starzyzną! burknął z pogardą. Okna to się tu chyba nie otwierało od czasu Gierka.
Maria wszystko doskonale słyszała, ale udawała, że wcale jej to nie rusza.
A gdzie my właściwie będziemy spać? jęknął Eugeniusz, robiąc minę jakby planował podróż do Mongolii na piechotę.
Jola od razu zaczęła krzątać się po mieszkaniu, żeby tylko przypodobać się mężowi i odciągnęła mamę na bok.
Mamo, my z Gienkiem zajmiemy twoją sypialnię wyszeptała spiskowym tonem, a ty na razie jakoś się pomieścisz w tej najmniejszej.
Jeszcze tego samego dnia Maria została z bezczelną gracją przesiedlona do pokoiku, który ledwo nadawał się na komórkę na szczotki, a co dopiero na mieszkanie. Oczywiście przenosiła swoje rzeczy sama zięciowi nawet się nie chciało pomachać ręką.
Od tamtego momentu życie pani Marii stało się naprawdę urozmaicone. Eugeniusz miał wiecznie o wszystko pretensje: nie tak doprawiona zupa, źle poodkurzane, kolor tapety za smutny. Ale najbardziej złościł go zapach starości. Twierdził, że przez niego dostał jakiejś dziwnej alergii.
Zawsze kiedy Jolanta przekraczała próg mieszkania, Eugeniusz teatralnie kasłał, jakby łapał ataki astmy.
Tak się nie da żyć! Trzeba coś z tym zrobić! wykrzyczał mężulek do Jolanty.
Nie mamy pieniędzy na wynajem rozłożyła ręce Jola, czując na sobie spojrzenie mężczyzny z telezakupów.
To może pozbądź się matki mruknął Eugeniusz, krzywiąc się jakby właśnie zjadł kiszoną kapustę bez cukru. Nie da się tu oddychać.
A dokąd niby ją zawiozę?
To już twój problem! Ta rudera i tak śmierdzi na kilometr. Trzeba ją sprzedać i kupić coś nowego niby rozważał na głos Eugeniusz, po czym dodał: Pogadaj z matką.
Ale co mam jej powiedzieć? zaniepokoiła się Jolanta.
Wymyśl coś! Zawsze po niej ta chałupa przejdzie na ciebie. Po co się męczyć, lepiej to przyspieszyć fuknął Eugeniusz, jakby pytał o pogodę.
Trochę głupio…
Ty się zastanów, kto jest ważniejszy twoja matka czy ja? To ja cię przygarnąłem po czterdziestce. Komu ty byś była potrzebna, stara panna przycisnął, dobrze wiedząc gdzie nacisnąć. Odejdę, to zostaniesz z łzami i pustym kontem. Drugi raz nikt się tobą nie zainteresuje.
Jola z niechęcią rzuciła mu spojrzenie i poszła do pokoiku matki, który z gracją próbował udawać sypialnię.
Mamo, tobie przecież tu chyba nie do końca pasuje? zaczęła ostrożnie.
Oddajecie mi mój pokój? w jej głosie pojawiła się nadzieja.
Nie, mamy inny pomysł. I tak przecież przepiszesz mi mieszkanie? dopytywała cicho Jola.
No pewnie.
To chodźmy na całość! Sprzedaję to i kupujemy coś lepszego, w nowszym bloku.
A może tu tylko malowanie wystarczy?
Nie, musimy się rozwinąć.
A ja dokąd, dziecko? głos pani Marii zatrząsł się lekko.
A ty na razie przeprowadzisz się do domu spokojnej starości wystrzeliła córka, zupełnie nie czując, jak bardzo to brzmi. Ale tylko na chwilę! Potem cię zabierzemy, to jasne.
Naprawdę? popatrzyła z nadzieją Maria.
No jasne! Sprzedamy, zrobimy remont, i przyjdziesz do nas złapała mamę za rękę.
Maria nie miała wyjścia uwierzyła i przepisała mieszkanie.
Gdy papiery były gotowe, Eugeniusz triumfalnie zatarł dłonie:
Pakuj walizki mamy! Zawieziemy ją do domu spokojnej starości.
Już? aż się przestraszyła Jola, bo wyrzuty sumienia zaczęły ją żreć jak mole ubrania na zimę.
A na co tu czekać? Nawet jej emerytura mnie nie przekonuje. Więcej z nią kłopotów niż pożytku. Swoje przeżyła, teraz my chcemy żyć powiedział z miną kaznodziei Eugeniusz.
Przecież mieszkania jeszcze nie sprzedaliśmy…
Rób co mówię, bo zostaniesz na lodzie rzucił wyniośle.
Po dwóch dniach rzeczy Marii i ona sama znalazły się w aucie, jadącym do domu spokojnej starości. Po drodze ocierała łzy tak, by córka nie widziała. Serce podpowiadało jej, że to nie skończy się dobrze.
Eugeniusz oczywiście nie fatygował się razem z nimi. Twierdził, że woli przewietrzyć mieszkanie po obcym zapachu.
Panią Marię w domu spokojnej starości przyjęli szybko, a Jolanta, wymamrotawszy pożegnanie, czmychnęła jakby kupowała nielegalne papierosy na bazarze.
Córciu, na pewno wrócisz po mnie? zapytała z nadzieją Maria.
Pewnie, mamo Jolanta uciekła wzrokiem za okno.
Wiedziała dobrze, że Gienek nie pozwoli jej nigdy zabrać matki do nowego mieszkania.
Nowi właściciele bardzo szybko sprzedali stare mieszkanie, kupili nowe. Eugeniusz bezceremonialnie wszystko przepisał na siebie, uznając, że żonie i tak nic nie można powierzyć.
Po kilku miesiącach Jolanta zaczęła nieśmiało wspominać o mamie. Mąż zareagował wściekle:
Tylko jeszcze raz zacznij o niej gadać, to cię wyrzucę! syknął, aż pies sąsiadów odskoczył od drzwi.
Jola wiedziała, że nie żartuje. Od tej pory nie mówiła już o matce.
Kilka razy zamierzała odwiedzić ją w domu spokojnej starości, ale zawsze widząc oczami wyobraźni łzy matki, rezygnowała.
Pani Maria przez pięć lat codziennie liczyła, że córka wróci. Ale się nie doczekała. Tęsknota dokonała reszty, odeszła w ciszy i samotności.
Jola dowiedziała się o tym dopiero po roku, gdy Eugeniusz wyrzucił ją z mieszkania i przypomniała sobie o matce. Wyrzuty sumienia były tak silne, że w końcu trafiła do klasztoru, żeby modlić się za swój grzech.



