Mieszkam w małym mieście, w którym nie ma tylu sklepów, ile bym chciała. Miasto jest podzielone na dwie części przez rzekę, co sprawia, że czuje się w nim szczególnie odosobniona. Mieszkam na lewym brzegu, a moi krewni na prawym, więc spotkanie się na imprezie to przygoda. Miasto jest małe, ale nie mamy wolnego czasu, żeby się często widywać.
Wybrałyśmy się na przyjęcie urodzinowe mojego ojca. Przyszłam ja i przyszła moja starsza siostra. Wspominaliśmy nasze życie i rozmawialiśmy o wszystkich sprawach, które już poruszaliśmy przez telefon. Moja siostra opowiedziała nam nową historię. Pracuje w schronisku dla zwierząt, ponieważ jest to lepsze rozwiązanie, niż praca w fabryce, gdzie panują szkodliwe warunki dla zdrowia. W każdym razie, opowiedziała o zabawnym incydencie, który wydarzył się ostatnio na jej zmianie.
Po południu karmiła zwierzęta, gdy usłyszała płacz kota. Obeszła wszystkie klatki, sprawdzając, kto płacze i kto jest pomijany. Problem polegał jednak na tym, że na jeden dźwięk, reagowały inne kociaki. W tym momencie zaczęło się miauczenie, a znalezienie sprawcy było niemożliwe.
Po skończonym obiedzie, siostra wyszła na zewnątrz do śmietnika, aby wyrzucić śmieci z kuchni. Przy bramie siedział obdarty, wychudzony kot, ze skaleczoną łapą, co ujawnił, gdy zobaczył moją siostrę, miauknął i próbował do niej podbiec, ale nie mógł stanąć na łapę. Powód płaczu kota stał się oczywisty, nie pamiętała go, nie był on też nigdzie zarejestrowany. Przyszedł dobrowolnie, aby oddać się w dobre ręce i prosić o pomoc.
Jest teraz pielęgnowany, jego łapa jest leczona, kot jest dobrze karmiony i otoczony opieką. Zastanawiam się, jak wiedział, dokąd pójść, czyżby czuł, że tam są inne zwierzęta? Może przypadkowo zawędrował do schroniska, które jest jedyne w mieście. Prawdziwe szczęście.



