Nie ma szczęścia bez walki
Jak ty się w to wplątałaś, głupia dziewczyno? Kto cię teraz przygarnie z dzieckiem pod sercem? I jak planujesz to dziecko wychować? Na moją pomoc nie licz jedno już wychowałam, teraz jeszcze drugiego? Nie chcę cię już pod moim dachem. Pakuj się i wynoś się z mojego domu!
Stojąc z opuszczoną głową, słuchałam ciotki Barbary, nie próbując nawet znaleźć słowa na swoją obronę. Ostatnia iskierka nadziei, że pozwoli mi tu zostać choćby do czasu, aż znajdę jakąś pracę, zgasła bezpowrotnie.
Gdyby mama jeszcze żyła
Ojca nie znałam. Mama zginęła piętnaście lat temu, potrącona przez pijanego kierowcę właśnie na przejściu dla pieszych. Groził mi dom dziecka, gdy nagle pojawiła się dalsza krewna, kuzynka mamy. Ciotka Barbara miała stałą pracę i niewielki domek pod Opolem, więc bez trudności przejęła opiekę.
Na peryferiach miasteczka życie toczyło się spokojnie latem upał, zimą słota. Nigdy nie byłam głodna, zawsze ubrana, od dzieciństwa nauczona pracy przy domu, na podwórku, pomagając przy kurach czy królikach. Może brakowało czułości, lecz kto to liczy?
Uczyłam się dobrze, a po maturze dostałam się do opolskiego kolegium nauczycielskiego. Studenckie beztroskie lata minęły niestety błyskawicznie, w końcu egzaminy zdane i powrót do miejsca, które zdążyło stać mi się domem. Ale to już nie to samo.
Ciotka Barbara, w końcu ochłonąwszy, wycedziła: Wynoś się z oczu. Nie chcę cię widzieć.
Ciociu, może chociaż
Nie i koniec! ucięła i wyszła z kuchni.
Spakowałam walizkę i wyszłam na ulicę. W wyobraźni widziałam powrót do siebie, a tymczasem spotkało mnie tylko upokorzenie i odrzucenie i to w chwili, gdy naprawdę potrzebowałam pomocy, z maleńkim sekretem ukrytym pod sercem, którego już nie miałam zamiaru dłużej ukrywać.
Szłam, pogrążona w myślach, nie zwracając uwagi na otoczenie.
Było gorące, śląskie lato. W sadach jabłanie i grusze uginały się od owoców, na morelach złociły się brzegi liści. W powietrzu unosił się słodki zapach przetworów, pieczonych mięs i świeżo pieczonego chleba. Przeszłość zostawiłam za sobą. Pragnęło mi się pić, więc podeszłam do niskiego płotka i zawołałam kobietę krzątającą się przy letniej kuchni.
Czy mogę prosić o szklankę wody?
Helena, silna kobieta koło pięćdziesiątki, spojrzała na mnie przyjaźnie. Wchodź, dziecko. Jeśli z dobrym zamiarem, to zapraszam.
Nalała mi wody z wiadra do emaliowanego kubka. Usiadłam na ławce, czując ulgę.
Można tu chwilę posiedzieć? Mam dość upału.
Jasne. Skąd taka z walizką?
Dopiero skończyłam kolegium, miałam nadzieję uczyć w szkole. Ale mieszkania nie mam. Może pani zna kogoś, kto wynajmuje pokój?
Przyglądała mi się, chyba widziała, że ledwo stoję na nogach i coś mnie gryzie.
Możesz u mnie zostać. Dom jest pusty będzie weselej. Nie musisz dużo płacić, byle porządek był. Jeśli ci to odpowiada, pokażę ci pokój.
Zgodziłam się od razu. Dla Heleny perspektywa lokatorki oznaczała trochę towarzystwa i dorobienie paru dodatkowych złotych. Jej syn wyjechał do Warszawy i rzadko przyjeżdżał, więc długie, samotne wieczory nie były dla niej przyjemne.
Pokój był maleńki, lecz przytulny: okno z widokiem na stary sad, stół, dwa krzesła, łóżko i leciwa szafa. Dogadałyśmy się błyskawicznie, a ja po przebierce ruszyłam do wydziału oświaty.
Tak zleciały dni praca, dom, praca. Kalendarz zwijał się w moich dłoniach z prędkością światła.
Z Helą bardzo się zżyłam. Była serdeczna i pełna empatii, ja starałam się pomagać przy domu. Wieczorami piłyśmy herbatę na werandzie, ciesząc się jeszcze ciepłymi, kolorowymi, wrześniowymi wieczorami, zanim przyszła jesień.
Ciąża przebiegała spokojnie. Miałam apetyt, twarz była gładka, choć lekko zaokrąglona. Helce opowiedziałam swoją historię może nie niezwykłą, ale boleśnie znajomą wielu dziewczynom.
Na drugim roku studiów zakochałam się w Piotrku, synu doktorów polonistyki na Uniwersytecie Opolskim. Był przesympatyczny, uśmiechnięty, łatwo nawiązywał kontakty. Przyszłość wydawała mu się zaplanowana magisterka, doktorat, świetna praca w dużym mieście. Dziewczyn mógł mieć na pęczki, ale wybrał właśnie mnie cichą, pracowitą, o spokojnych, brązowych oczach. Czy dlatego, że czuł moją siłę, którą dają tylko przeciwności? Spędziliśmy razem niemal trzy lata, myślałam, że zawsze już będziemy razem
Dzień, gdy się wszystko zmieniło, pamiętam do dziś. Rano nie mogłam jeść, wszelkie zapachy mnie drażniły, a mdłości utrzymywały się już od kilku dni. W dodatku brak miesiączki. Kupiłam test w kiosku, wróciłam do akademika, nalałam wody i dwie kreski. Patrzyłam na nie oszołomiona egzamin w przyszłym tygodniu, a tu takie coś! Jak Piotrek na to zareaguje? Dzieci nie były jeszcze w planach.
Mimo wszystko poczułam niesamowitą falę czułości wobec maleństwa pod sercem.
Maleństwo wyszeptałam, dotykając delikatnie brzucha.
Tego wieczoru Piotrek od razu zabrał mnie do rodziców. Nigdy nie zapomnę tego upokorzenia. Usłyszałam, że powinnam jak najszybciej pozbyć się problemu, a potem wyjechać, bo ich syn ma karierę przed sobą i nie jestem dla niego odpowiednią partią.
Wiem tylko tyle coś powiedział mu jeszcze później ojciec. Następnego dnia Piotrek przyszedł do mojego pokoju, położył na stole kopertę z pieniędzmi i wyszedł bez słowa.
O aborcji nie myślałam nawet przez chwilę. To moje dziecko. Ale pieniądze przyjęłam wiedziałam, że się przydadzą.
Opowiadając wszystko Helenie, usłyszałam: Bywa i gorzej, dziecko. Zrobiłaś, co należało dziecko to błogosławieństwo. Może tak miało być?
Na myśl o powrocie do Piotrka czułam już tylko żal i upokorzenie. Odpuściłam.
Czas płynął niepostrzeżenie. Przestałam pracować ledwo się toczyłam, wypatrując pierwszych ruchów. Byłam ciekawa, czy będzie chłopiec, czy dziewczynka, ale na USG nie wszystko dało się rozpoznać.
Na koniec lutego, w sobotę rano zaczęły się bóle. Helena zawiozła mnie do szpitala. Poród był szybki i niezbyt ciężki na świat przyszedł zdrowy chłopak.
Stasiu szepnęłam, głaszcząc jego pulchniutki policzek.
W szpitalnej sali szybko zaprzyjaźniłam się z innymi mamami. Usłyszałam, że dwa dni wcześniej żona strażnika granicznego urodziła tu dziewczynkę. Nie byli po ślubie, po prostu mieszkali razem.
Wiesz, on przynosił jej kwiaty, słodycze, czekoladki, rozdawał pielęgniarkom kawę, codziennie przyjeżdżał na terenówce. Ale coś się tam zepsuło. Cały czas powtarzała, że nie chce dzieci. W końcu zostawiła kartkę, że nie jest gotowa i uciekła.
A dziecko?
Karmią ją z butelki, ale pielęgniarka mówiła, że przydałoby się trochę kobiecego mleka. Swoje dzieci każdy ma na głowie.
Kiedy wnieśli dziewczynkę na karmienie, pielęgniarka zapytała:
Czy znajdzie się ktoś, kto mógłby ją nakarmić?
Ja mogę, biedactwo powiedziałam, odkładając śpiącego Stasia i biorąc do ramion słabiutką dziewczynkę.
Jaka maleńka, cała jasna. Nazwę ją Hania.
Przy moim Stasiu wydawała się dosłownie kruszyną.
Nakarmiłam ją piersią, a ona zasnęła prawie natychmiast.
Mówiłam, że bez sił westchnęła pielęgniarka.
I tak zostałam karmiącą matką dwójki.
Po dwóch dniach przyszła pielęgniarka i oznajmiła, że ojciec dziewczynki jest w szpitalu przyszedł podziękować tej, która opiekuje się jego córką. Poznałam wtedy pana porucznika Tomasza Kamińskiego, niezbyt wysokiego, o stanowczym spojrzeniu stalowych oczu.
To, co wydarzyło się potem, odbiło się echem po całym oddziale i miasteczku historia, o której długo jeszcze opowiadano.
W dzień wypisu pod szpitalem zebrał się tłum lekarze, pielęgniarki, salowe. Przed wejściem stał terenowy samochód przystrojony balonikami. Porucznik Tomasz pomógł mi zapakować się do środka, podał najpierw niebieski kocyk, potem różowy.
Głośno żegnały nas pielęgniarki. Samochód ruszył przez miasteczko, a ja siedziałam przy oknie, tuląc oboje maleństw, z Heleną u boku. W aucie pachniało kwiatami i dziecięcym mydełkiem. Tomasz, który jeszcze rankiem, klęcząc przy moim łóżku, poprosił o moją rękę prowadził w milczeniu, co chwila zerkając w lusterko na śpiącą Hanię trzymającą mój palec.
W domu czekały na nas nie tylko mury, ale i ciepło, konfitury i herbata, stara szafa, która teraz musiała pomieścić zabawki i życie, którego nie przewidziałby nawet najlepszy scenarzysta, ale które już od pierwszych chwil miało naprawdę głęboki sens.


