Moja kochana. Opowiadanie Marzena dowiaduje się, że dorastała w rodzinie zastępczej. Wciąż trudno …

Moja ukochana. Opowieść

Miałam na imię Malwina i wychowałam się w rodzinie zastępczej, choć przez większość życia nie miałam o tym pojęcia. Przez lata trudno mi było w to uwierzyć. A kiedy w końcu zrozumiałam, nie było już z kim o tym porozmawiać najpierw zmarł tata, potem mama. Odeszli niemal jedno po drugim. Ojciec długo chorował, zasłabł nagle i już więcej nie wstał z łóżka. Kilka miesięcy później odeszła mama.

Pamiętam, jak wtedy spędzałam noce przy łóżku mamy, ściskając jej chłodną, pomarszczoną dłoń. Była wtedy bardzo słaba. W pewnym momencie lekko uchyliła powieki i spojrzała na mnie rozmazanym wzrokiem:

Malwinko, córeczko, z tatą nigdy nie potrafiliśmy ci powiedzieć prawdy. Język nam do tego nie służył… Ale przecież znaleźliśmy cię. Tak, to prawda przy lesie, płaczącą, zagubioną. Myśleliśmy, że ktoś będzie cię szukał. Zgłosiliśmy na milicję. Ale nikt cię nie szukał. Może coś się stało… nie wiem. Pozwolono nam cię zaadoptować.

W domu, w komodzie, między moimi dokumentami, są różne papiery… Korespondencja, przeczytaj to kiedyś. Przebacz nam, córeczko. Mama była już wyczerpana i zamknęła oczy.

Nie mów tak, mamusiu przytuliłam jej dłoń do policzka, nie wiedząc co odpowiedzieć. Moja mamusiu, kocham cię i bardzo chcę, żebyś wyzdrowiała.

Ale cud się nie wydarzył. Kilka dni później mamy już nie było.

W tamtej chwili pomyślałam, że lepiej by było, gdyby nie wyznała mi tej prawdy.

Mężowi i dzieciom nic wtedy nie powiedziałam o ostatniej rozmowie z babcią. Sama jakby wypchnęłam tę rozmowę gdzieś daleko w zakamarki pamięci. Dzieci bardzo kochały babcię i dziadka. Nie chciałam ich dręczyć tą dziwną, nikomu niepotrzebną prawdą.

Jednak pewnego dnia, kierowana jakimś niejasnym przeczuciem, sięgnęłam po te papiery, o których mówiła mama. Były tam wycinki z gazet, różne podania i odpowiedzi na nie. Zaczęłam czytać i nie potrafiłam już przestać. Moi ukochani rodzice!

Odnaleźli mnie, ledwie półtoraroczną dziewczynkę, na skraju lasu. Sami byli już po czterdziestce, a dzieci nie mieli. Nagle przed nimi pojawiło się płaczące maleństwo z wyciągniętymi rączkami. Wiejski milicjant rozkładał ręce nikt nie złożył zawiadomienia o zaginięciu dziecka.

Adoptowali mnie wtedy. Ale mama nigdy nie przestała szukać mojej rodziny. Chyba już nie po to, by mnie komukolwiek oddać, tylko aby upewnić się, że nikt po latach nie upomni się o swoją zgubę.

Zamknęłam te papiery w głębi półki. Po co komu ta prawda?

Po tygodniu nagle wezwano mnie do działu kadr.

Pani Malwino, ktoś z pani poprzedniego miejsca pracy się panią interesuje powiedziała kadrowa.

Obok kadrowej siedziała kobieta w moim wieku.

Dzień dobry, mam na imię Jadwiga. Bardzo chciałabym z panią porozmawiać rzuciła spojrzenie na kadrową. Chodzi o listy od pani matki, Ludwiki Zielińskiej. Jest pani jej córką?

Mówili, że to sprawa służbowa oburzyła się kadrowa. Sprawy osobiste załatwiamy po godzinach!

Jadwigo, chodźmy na zewnątrz zaproponowałam. I wyszłyśmy pod surowym wzrokiem urzędniczki.

Proszę mi wybaczyć, historia jest niezwykła, ale obiecałam, że spróbuję panią odnaleźć zaczęła niepewnym głosem Jadwiga. Jakieś trzy lata temu spotkałam swoją dawną nauczycielkę. Uczyłam się u niej w podstawówce w Lipnicy, potem wyjechała. Została sama, bardzo się zestarzała. Zaprosiła mnie na herbatę. I wtedy poprosiła, żebym pomogła jej w pewnej sprawie. Jej córeczka zaginęła wiele lat temu, miała kilka lat. I wymieniała listy z pani matką.

Przepraszam, Jadwigo. Mama już nie żyje, a ja nie zajmuję się tą sprawą odpowiedziałam chłodno i odwróciłam wzrok.

Rozumiem, Malwino. Chciałam tylko powiedzieć, że ta pani nauczycielka, pani Weronika, jest bardzo chora. Ma nowotwór lekarze mówią, że niewiele jej zostało. Bardzo chce przed śmiercią odnaleźć swoją córkę, którą szukała całe życie. Dała mi nawet pukiel włosów na badania, wyobraża sobie pani?

Chciałam zakończyć tę rozmowę, lecz coś mnie powstrzymało.

Mówi pani, że jest ciężko chora?

Jadwiga skinęła głową.

Wzięłam od niej opakowanie z kosmykiem włosów i umówiłyśmy się, że porozmawiamy jeszcze raz.

Tydzień później wspólnie pojechałyśmy do szpitala na oddział onkologii.

Gdy weszłyśmy na salę, Weronika z trudem rozpoznała nas zza okularów, próbując doszukać się znajomych twarzy.

Ach, Jadwigo, to ty? Dziękuję ci, kochana odpowiedziała nieśmiało i uśmiechnęła się z wdzięcznością, zerkając na mnie pytająco.

Pani Weroniko, odnalazłam ją. To jest Malwina, sama chciała przyjechać wyjaśniła Jadwiga i wręczyła Weronice kopertę.

Co to? Nawet w okularach ledwie odczytam Weronika patrzyła na nas bezradnie.

Wynik testu genetycznego Jadwiga wyjęła kartkę. Pani córka została odnaleziona. Malwina to pani córka.

Oblicze Weroniki rozjaśniło się. Nie potrafiła powstrzymać łez szczęścia.

Moje dzieci, kochani, dziękuję wam wyciągnęła do mnie ręce. Moja malutka, jakież to szczęście… Znalazłam cię. Żywa jesteś, śliczna, cała do mnie podobna z młodości. Moja kochana dziewczynko Całe życie budziłam się w nocy, jakbyś płakała, jakbyś wołała mnie

Nie zasłużyłam na wybaczenie.

Żywa, żywa Teraz już mogę odejść spokojna.

Po wyjściu z oddziału stałam z Jadwigą w korytarzu, a Weronika zasnęła, bardzo wyczerpana.

Dziękuję pani, Malwino, widzi pani, jak wiele to dla niej znaczyło. Była naprawdę szczęśliwa.

Niedługo potem Weronika zmarła.

Wróciłam do domu i porwałam wszystkie dokumenty z mamy komody. Nie chciałam, by kiedykolwiek wyszło na jaw coś, co nie powinno być ujawnione.

W końcu, dla mnie, nie było innych matek niż ta, która mnie wychowała.

A Weronika? To była przecież święta kłamstwo. Czy postąpiłam słusznie? Wierzę, że to była najlepsza decyzja.

Każdy przed Bogiem sam odpowiada za swoje czyny.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

2 × cztery =

Moja kochana. Opowiadanie Marzena dowiaduje się, że dorastała w rodzinie zastępczej. Wciąż trudno …