Kupuję dla siebie najświeższe filety z indyka i formuję z nich parowane kotlety, delikatne jak mgiełka, a jemu zostawiam kawałki wieprzowiny niemalże zapomniane przez czas, pachnące jak stare tapczany z PRL-u.
Mam pięćdziesiąt siedem lat. Od trzydziestu lat jestem żoną Marka. Przez cały ten sen z przeszłości, ten dziwny, ciągnący się w nieskończoność maraton, prałam dla niego, gotowałam od rana, sprzątałam po jego butach błoto z warszawskich ulic. Mamy z Markiem dwójkę dzieci: Justynę i Bożenę, które własnymi rękami wychowałam i uczyłam ciekawego świata. Zawsze pędziłam jak chomik, co kręci kółkiem w starej, skrzypiącej klatce, łapiąc każdy grosz, każdą robotę, żeby dziewczynki mogły nosić najmodniejsze kurtki z Pewexu.
Mój mąż… przez całe nasze małżeństwo był raczej cieniem człowieka pracującego. Gdy przekroczył magiczną granicę wieku emerytalnego, po prostu usiadł w fotelu z napisem Dziadek i wtopił się w telewizor, jakby tam był jego nowy etat. Pracuję nadal wychodzę z domu bladym świtem, popołudniami biegam do wnuków, zanim będą musiały same robić kanapki z chlebem i cukrem. W domu wszystko na mojej głowie.
Ile razy prosiłam Marka, żeby choć raz w tygodniu popracował jako portier w pobliskim liceum? Za każdym razem tylko kiwał głową i mawiał: A po co? Dobrze nam jest. A jedzenia nie omijał nigdy najlepszego. Ledwo zdążę wrócić z pracy, a już patrzę, jak znika moja porcja pierogów, zostawiając mi tylko rosół, który smakuje bardziej jak woda po ogórkach.
Opowiedziałam to kiedyś koleżance, Elżbiecie. Poradziła: Słuchaj, rób sobie osobne jedzenie, niech on ma swoje, ty swoje. W końcu ile można tak? Wróciłam do domu i powiedziałam Markowi, że lekarz zalecił mi dietę wszystko, by odciągnąć go od moich zapasów.
Od tamtej pory chowałam jedzenie w niezwykłych kryjówkach. Cukierki zanosiłam do łazienki, a gdy Marek szedł do piwnicy szukać kluczy do syrenki, pożerałam krówki pod szafką. Kiełbasy i żółty ser wsuwałam do dolnej szuflady w lodówce tej, którą nazywamy lodówką na słoiki po ogórkach, bo wiedziałam, że on nigdy tam nie zajrzy.
Wiecie, jacy są Polacy potrafią nie zauważyć nawet zapachu smażonej cebuli pod nosem. Ja wybieram dla siebie najlepsze mięso z indyka, paruję je w kuchennym gęsto parującym świetle, a wieprzowinę tę, której termin ważności gubi się jak pociąg na dworcu przyprawiam mocno pieprzem; dla niego to obojętne. Makaron robię z najtańszych odmian, takich za dwa złote za paczkę, dla siebie kupuję złote wstęgi z pszenicy durum.
Nie czuję, żebym robiła coś nieuczciwego. Nie mam wyrzutów sumienia. Jeśli Marek chce jeść lepiej, niech sam znajdzie sobie robotę. W naszym wieku rozwód? Przecież życie to trochę jak sen, przeminęło szybciej, niż się spodziewaliśmy, a dom mamy wspólny, więc po co dzielić się na starość, skoro można wspólnie chować kiełbasę i pieniądze po szafkach?



