Zaciekli wrogowie

Zaciekli wrogowie

Krzysztof właśnie rozłożył się na tapczanie, chcąc chwilę odpocząć, kiedy przez otwarte okno wpadł gwałtowny szczek jego psa. Normalnie Borys był dość cichy, ale dzisiaj od rana nie dawał spokoju szczekał jak wściekły… Nie zwykł szczekać bez powodu, a teraz zachowywał się, jakby komuś groziło niebezpieczeństwo.

Krzysztof kilka razy wychodził już z domu, żeby sprawdzić, co się dzieje, jednak nic podejrzanego nie zauważył.

Pomyślał, że pewnie sąsiedzkie psy przemknęły obok, więc Borys na nie szczekał.

No tak, on miał przecież taki charakter nie znosił, gdy ktoś obcy zbliżał się do jego terenu.
Nic dziwnego więc, że gdy Krzysztof wychodził, nigdzie już nikogo nie było.

Od potężnego szczeku Borysa, każdemu serce zadrga ze strachu. Sąsiedzkie psy najpewniej uciekały ze strachem.

Nie wiedziały, że miś, jak Krzysztof go czasem nazywał, siedzi teraz w kojcu. Krzysztof zawsze trzymał go tam za dnia na wszelki wypadek.

Dopiero po zmroku wypuszczał go na wolność. Wtedy, jak się mówi, kto się pcha, ten sobie winien.

Raz trzech młodych rzezimieszków z sąsiedniej wsi próbowało się wedrzeć na jego działkę.

Skończyło się tak, że jeden zgubił spodnie zaczepił je o pręty furtki, drugi zgubił adidasa pod płotem. Trzeci uciekł na drzewo. I to aż na samą górę.

Sołtys musiał wezwać strażaków, bo chłopak nie był w stanie sam zejść na dół. Borys pokazał wtedy, na co go stać. Cała wieś o tym pamięta.

A najważniejsze pies Krzysztofa nigdy nie szczekał bez powodu. A dziś? Jakby go coś opętało.

Borys, przestań już szczekać! zawołał gospodarz, wstając z łóżka i podchodząc do okna.

Pies na moment ucichł, lecz po kilku sekundach znów rozpoczął gwałtowną kanonadę szczekania.

Krzysztof zmuszony był wyjść na podwórko, żeby sprawdzić, co tak rozdrażniło jego ogromnego owczarka.

Jak się spodziewał, na podwórku nie było nikogo obcego. Borys od razu się uspokoił przy widoku pana.

No i co tak śpiewasz, Borysku? zażartował Krzysztof, podchodząc do kojca.

Borys zamachał radośnie ogonem, patrząc trochę skruszonym wzrokiem na Krzysztofa.

Wiedział bowiem, że nie pozwolił mu odpocząć. Ale przecież nie szczekał bez przyczyny.
Teraz też rzucił pytające spojrzenie w stronę furtki i znowu wybuchnął potężnym szczekaniem.

Krzysztof gwałtownie odwrócił głowę i zobaczył, jak coś szarego, niewielkiego, błyskawicznie przemknęło w bok. Szybko podbiegł do furtki, wybiegł na ulicę i zobaczył…

…zwykłego kota.

Ten kot miał taki wyraz twarzy, że aż trudno opisać zuchwały, pewny siebie, wręcz ironiczny.

Co ty tu robisz, kolego? roześmiał się Krzysztof. Mówię ci jak człowiek do kota lepiej tego miejsca unikaj, bo mój Borys… On nie znosi kotów. Jak cię złapie, to…

Kot demonstracyjnie zmarszczył nos, a Krzysztof miał wrażenie, że się do niego uśmiechnął.

Co, niby mnie złapie? wyczytał to w kocim spojrzeniu. Przecież ledwie wybiegnie z kojca, a ja już będę za płotem. Twój pies jest gruby, mniej go karm.

Krzysztof poczuł delikatną urazę, że koci intruz tak bezczelnie poniżył jego psa.

Idź już stąd! machnął ręką na kota, wrócił na podwórko i zamknął furtkę.

Myślicie, że kot go posłuchał? Skąd. Zaczął wracać do podwórka i to codziennie.

Chodził sobie po podwórku, siadał przy kojcu, jakby pokazując, że to on tu rządzi i ma wszystkich gdzieś. Borys mógł tylko szczekać.

Krzysztof próbował na początku przeganiać kota, ale ten i tak wracał, gdy tylko gospodarz odchodził.

Nic więc nie mógł zrobić z tym zuchwałym puchatym łobuzem.

Kot, po tej triumfie, zachowywał się jak król podwórka.

Zdarzyło się nawet, że ukradł kawałek mięsa z psiej miski. A miska była w środku kojca. Borys leżał w kącie, zmęczony szczekaniem, więc szary kot wykorzystał okazję.

Potem publicznie przeżuwał mięso na oczach olbrzymiego psa.

Krzysztof sam widział tę scenę i aż zrobiło mu się nieswojo.

No, tak to z tobą jest… burknął pod nosem Krzysztof. Zobaczysz, zrobię ci prawdziwe zamieszanie. Pożałujesz, że śmiałeś obrazić mojego psa.

Krzysztof uznał, że tymczasowo nie będzie zamykał Borysa w kojcu za dnia.

A właściwie zamknie, lecz zostawi uchylone drzwi, by pies mógł je otworzyć potężną łapą i wybiec na podwórko.

No i potem Niech zrobi porządek w końcu pomyślał Krzysztof.

Wkurzył go już ten kot. Męczył i psa, i gospodarza. Żadnego spokoju z nim nie było.

Ale właśnie w dzień, gdy Krzysztof i Borys czekali na pojawienie się szarego łobuza, kota nie było.

Może wyczuł coś podejrzanego, może coś mu się stało Nie wiadomo. A szkoda, bo Krzysztof wymyślił tak sprytny plan, a kot nie przyszedł. Ani nazajutrz, ani za trzy dni.

Borys patrzył zdumiony na swojego pana, a Krzysztof wzruszał ramionami. Nic nie mógł mu powiedzieć.

Może to nawet dobrze, że ten kot już do nas nie zagląda? mruknął Krzysztof, uśmiechając się. Teraz jest cisza, spokój.

Choć w rzeczywistości Krzysztof trochę udawał.

Bo tak naprawdę… Po prostu tęsknił za tym złośliwym kotem. Brzmi absurdalnie i dziwnie, ale właśnie tak było.

I Borys przywykł szczekać na swojego zakapiora. Przywykł oburzać się kocimi wybrykami.

A teraz? Nuda

Po jeszcze kilku dniach Borys zaczął prosić Krzysztofa, by ten sprawdził, czy nie ma kota w pobliżu.

Jak prosił? Spojrzeniem. Pies podchodził do pana, patrzył mu w oczy i Krzysztof wiedział, o co chodzi.

Myślisz, że coś się stało naszemu szaremu rozrabiace? zadumał się Krzysztof. Cóż, z takim charakterem łatwo popaść w kłopoty. Dobra, Borys, chodź pójdziemy na drogę, może zobaczymy naszego kota.

Krzysztof otworzył furtkę, wyszedł na ulicę, zatrzymał się przy swoim polonezie i rozejrzał się wokół.

Borys poszedł za nim, kręcił wielką głową i bacznie obserwował otoczenie.

Przy okazji węszył, próbując wychwycić znajomy i nielubiany zapach kota.

Ale to było trudne dominował zapach gnojówki z sąsiedniego gospodarstwa.

Krzysztof przeszedł ulicę w jedną, potem w drugą stronę. Wrócił do furtki, chcąc zagonić Borysa na podwórko.

No bo przecież nie będą stać tam cały dzień, czekając na kota, który przez ostatnie tygodnie nie dawał im spokoju.

I już chwycił za furtkę, gdy nagle zamarł, odwracając głowę.

Nieopodal działo się coś dziwnego. Krzysztof wyraźnie słyszał przerażający miau, do którego dołączył jeszcze szczek.

Po chwili na drogę wybiegł kot. Ten sam szary kot. Biegł ile sił, kulejąc na jednej łapie. Za nim gonił pies.

I bynajmniej nie wiejski tylko piękny, rodowodowy. Doberman prosto z miasta.

Krzysztof znał jego właścicieli. Każde lato, czasem i zimą, rodzina przyjeżdża z miasta, zabierając psa. Ten doberman jest ich. Najwyraźniej szary kot planował psikus swojemu miejscowemu rywalowi, jak robił to z Borysem, ale tym razem nie wyszło.

Doberman go jeszcze pogryzł. Krzysztof zauważył brązowe plamy na kocim futrze.

Krzysztof patrzył na uciekającego kota i zapomniał o Borysie.

A ten, nie czekając na pozwolenie, rzucił się do akcji czego nigdy wcześniej nie robił.

Borys! Dokąd biegniesz?! rzucił Krzysztof z przerażeniem, wyobrażając sobie, jak skończy biedny kot. Dostał już od dobermana, teraz jeszcze jego pies go dobije. Borys, stój!

Ale pies nie słyszał go wcale. Przyspieszył, ruszył prosto na kota.

Kot to zauważył i zatrzymał się przerażony na środku drogi.

Zrozumiał, że właśnie ważą się jego los i zdrowie… A raczej nie na włosku, ale na kociej sierści.

Wiadomo, co stało się potem. Tylko Krzysztof jeszcze był w szoku.

Borys zatrzymał się przy przerażonym kocie, obwąchał go, po czym…

…z miotnięciem i rykiem niczym niedźwiedź rzucił się na dobermana, który ścigał kota.

I pognał go aż pod sam koniec ulicy. Dobrze, że doberman miał refleks, bo błyskawicznie zawrócił.

Inaczej niewesoło by z nim było. Cała wieś wiedziała, że z Borysem nie ma żartów.

Szary kot skorzystał z okazji, szybko się ukrył. Krzysztof patrzył za swoim psem, więc nie zauważył, kiedy kot zniknął. Wieczorem, kiedy poszedł nakarmić Borysa, aż prawie wypuścił miskę z rąk. Kot był tutaj. Cały, zdrowy i… spojrzenie pełne wdzięczności.

Położył głowę na łapie Borysa i coś cicho mruczał pod nosem. Borys spojrzał na pana tak, że Krzysztof parsknął śmiechem.

Wybacz, panie, ale jak go uratowałem, to teraz muszę się nim opiekować do końca jego dni czytał w psim spojrzeniu.

I to nie była przesada.

Borys gotów był być osobistym ochroniarzem szarego kota.

Pozwolił nawet jeść z swojej miski niespotykana wspaniałomyślność jak na takiego poważnego olbrzyma. Szary kot, jakoś rozgrzał jego serce. Już nie byli odwiecznymi wrogami, a najlepszymi przyjaciółmi.

Jeśli sądzicie, że na tym kończy się historia, to się mylicie.

Bo Krzysztof zabrał kota do miasta, by weterynarz obejrzał ranę na jego nodze. Rana była poważna nie zagoiłaby się sama. Lekarz musiał go zaszyć. Po takiej operacji Szary, rzecz jasna, został u Krzysztofa.

Gospodarz opiekował się kotem, a Borys nie spuszczał go z oka.

A jeszcze niedawno sami chcieli go pogonić Tak bywa w życiu.

Po jakimś czasie przy furtce pojawiła się młoda, ładna kobieta.

Borys miał ochotę zaszczekać, lecz w porę się powstrzymał i tylko niepewnie mruknął.

Krzysztof usłyszał, wybiegł z domu i

D-dzień dobry… powiedział, jakby nieśmiało. Do mnie pani przyszła?

Pani zaczęła pytać, czy nie widział przypadkiem szarego kota.

Albo może kot przyszedł do pana na podwórko? To strasznie zuchwały futrzak. Próbuję go zamykać w domu, ale mój Tymek ciągle ucieka i włóczy się do nocy. W mieście siedział tylko w mieszkaniu, a teraz jestem u mamy po udarze kot szaleje w ogrodzie. Nie może się nacieszyć. Zawsze wracał, myłam go, karmiłam, a ostatnio w ogóle go nie ma martwię się.

Wie pani, chyba wiem, gdzie znalazł się pani Tymek uśmiechnął się Krzysztof. Proszę wejść na podwórko. Pies nic pani nie zrobi, niech się pani nie boi. Proszę śmiało.

Do pana psa?! Ale po co?

Zaraz wszystko pani zobaczy.

Kobieta się wahała, lecz Krzysztof miał życzliwe spojrzenie, więc mu zaufała. Gdy podeszła do Borysa i zobaczyła, kto się do niego przytula, westchnęła z ulgą.

Tymek! Jak się tutaj znalazłeś?! Co się stało? przeraziła się, dostrzegając bandaż na kociej łapie i biodrze. Spojrzała na gospodarza: Pański pies go pogryzł?

Nie, nie, absolutnie! zakłopotał się Krzysztof. Wręcz przeciwnie, można powiedzieć, że uratowaliśmy kota.

Przed kim?

Jeśli pani się nie spieszy, chętnie opowiem całą historię. Myślę, że będzie interesująca.

Krzysztof opowiedział wszystko pani Annie (bo w trakcie rozmowy się poznali), a ona śmiała się długo.

No tak… Mój Tymek was zamęczał, a wy go ocaliliście.

Ot, takie mamy dusze z Borysem dobroduszne uśmiechnął się Krzysztof. Kot zdrowieje. Teraz jest prawdziwą pociechą. Nie działa już nam na nerwy.

On zawsze taki był… Chyba ten świeży wiejski klimat mu zaszkodził. Albo się obraził, bo mam mniej czasu opiekuję się mamą, uczymy się znów chodzić… A to niełatwe.

Proszę wpadać w gości, jeśli pani chce powiedział nieśmiało Krzysztof. Razem z kotem.

Przemyślę propozycję odpowiedziała z uśmiechem Anna.

A po pół roku cała wieś świętowała wesele Krzysztofa i Anny. Tymek i Borys byli tam oczywiście. Nawet tamten doberman się zjawił, który kiedyś pogryzł kota.

Rozpoznał szarego, patrzył na niego spode łba, ale jak spotkał spojrzenie Borysa, udawał, że się pomylił. Ot, taka historia.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

6 + 2 =

Zaciekli wrogowie