Poranek u Stanisławy Nowakowej zawsze wyglądał podobnie. Czajnik na gazie, dwie kopiaste łyżeczki liściastej herbaty do starego, pękatego imbryka, który jeszcze pamiętał czasy, gdy dzieci biegały po mieszkaniu, a przed nią cały świat i tylko się wydawało, że przyszłość jest bez końca. Gdy woda zaczynała szumieć, Stanisława nastawiała na kuchni radio i słuchała wiadomości jednym uchem. Te znajome głosy lektorów były jej bliższe niż wiele twarzy, które przewinęły się przez jej życie.
Na ścianie wisiał zegar z żółtymi wskazówkami. Chodził niezawodnie, tylko dzwonek starego stacjonarnego telefonu pod nim odzywał się coraz rzadziej. Dawniej brzęczał niemal każdego wieczoru to koleżanki dzwoniły pogadać o nowym odcinku serialu, albo wymienić się przepisami, albo ponarzekać na pogodę czy ciśnienie. Teraz jedna podupadła na zdrowiu, druga wyjechała do córki do Gdańska, trzecia przestała dzwonić na zawsze. Telefon stał w kącie, ciężki, z grubą słuchawką, którą przyjemnie było wziąć w dłoń. Stanisława czasem gładziła ją przechodząc, jakby sprawdzała czy jeszcze jako tako łączy ją z resztą świata.
Dzieci dzwoniły już tylko na komórki. To znaczy, ona wiedziała, że dzwonią do siebie, bo jak już zaszczycili matkę swoją wizytą, to wciąż mieli oczy wlepione w ekrany. Syn mógł w środku rozmowy zamrzeć nagle, zawiesić wzrok na telefonie i wymamrotać: Poczekaj chwilę, mamo po czym klikać coś z gorliwością urzędnika. Wnuczka, chuda dziewczyna z kitką do pasa, trzymała telefon niczym talizman tam miała swoje znajome, gry, zadania domowe i pół świata muzyki. Wszystko u nich po prostu było w tym szklanym pudełku.
Ona sama dostała kiedyś prostego klawiszowca. Było to, kiedy pierwszy raz trafiła do szpitala z ciśnieniem.
Żebyśmy się zawsze mogli dodzwonić powiedział wtedy syn.
Ten cud techniki leżał w szarym futerale na półce w przedpokoju. Czasem Stanisława zapominała go naładować. Czasem błąkał się gdzieś po torbie wśród chustek i paragonów z Biedronki. Rzadko dzwonił, a gdy już dzwonił, nie zawsze zdążała wdusić zieloną słuchawkę i potem krzyczała na siebie w myślach za własną ociężałość.
Tego dnia kończyła siedemdziesiąt pięć lat. Ta liczba brzmiała groteskowo. W środku czuła się na zdecydowanie mniej, najwyżej na sześćdziesiąt. Paszport jednak nie kłamie. Poranek upłynął zgodnie z rutyną: herbata, radio, szybka gimnastyka pokazała ją jej kiedyś pani doktor z przychodni na osiedlu. Potem wyjęła z lodówki sałatkę, którą zrobiła poprzedniego dnia, i ustawiła na stole ciasto. Dzieci miały przyjechać na drugą.
Wciąż zadziwiało ją, że sprawy typu urodziny nie są już omawiane telefonicznie, a w czacie. Syn powiedział kiedyś:
Wszystko ustalamy z Anią w rodzinnym czacie. Kiedyś ci pokażę, mamo.
Tylko jakoś nie pokazał. Dla niej czat brzmiał jak coś z zupełnie innej bajki, gdzie ludzie siedzą w malutkich okienkach i rozmawiają za pomocą literek.
O wpół do drugiej wpadła pierwsza fala gości. Najpierw wnuk Błażej z plecakiem i słuchawkami, za nim cicho przemknęła wnuczka Jagoda, potem dopiero syn z synową, objuczeni reklamówkami z Żabki i cukierni. W mieszkaniu zrobiło się gęsto i gwarno. Pachniało ciastkami, perfumami synowej i jakimś świeżym, nerwowym zapachem, którego nie umiała nawet nazwać.
Mamo, wszystkiego najlepszego! syn objął ją mocno, pośpiesznie, jakby spieszył się na autobus.
Prezenty rzucili na stół, kwiaty do wazonu, Jagoda od razu zażądała hasła do Wi-Fi. Syn, marszcząc czoło, wyciągnął z kieszeni zmiętą karteczkę i zaczął dyktować jej hasło złożone z tylu znaków, że Stanisława miała już szum w głowie.
Babciu, dlaczego cię nie ma w naszym czacie? zapytał nagle Błażej, zdejmując buty. Tam się cała impreza dzieje.
Jaki tam czat, wzruszyła ramionami, podsuwając mu kawałek ciasta. Mnie ta klawiatura wystarcza.
Mamo, wtrąciła się synowa, właśnie o tym chcieliśmy szybka wymiana spojrzeń z mężem. Mamy dla ciebie prezent.
Syn wyciągnął z reklamówki eleganckie pudełko białe, śliskie, z jakimś błyszczącym wzorkiem. Stanisławie już zaczynały się pocić ręce. Doskonale czuła, co tam siedzi.
Smartfon oznajmił syn, niczym lekarz diagnozę. Taki normalny, bez szaleństw, ale porządny. Kamera, internet, wszystko jak trzeba.
Ale po co mi to? zapytała, starając się, by głos nie drżał.
Mamo, jak to po co. Pogadamy na wideo, wiesz, rodzinny czat, zdjęcia przesyłamy, ogłoszenia różne. I wiesz, teraz przez Internet się wszystko załatwia: lekarz, rachunki. Sama narzekałaś na przychodnię.
Jakoś sobie radziłam zaczęła, ale zobaczyła, jak syn z trudem wzdycha.
Będziemy spokojniejsi powiedział cicho. Jak coś się stanie, napiszesz do nas, albo my do ciebie. Nie będziesz już szukała tej swojej cegły i zgadywała, którą słuchawkę wdusić.
Uśmiechnął się, chcąc rozładować atmosferę, ale ona poczuła ukłucie. Zielona słuchawka jakby już ledwo rozumiała podstawy.
No dobrze, spuściła wzrok na pudełko. Skoro prosicie
Otwierali razem, jak kiedyś dzieci rozpakowywały prezenty. Tylko dzieci były już dorosłe, a z niej nagle zrobili uczennicę na egzaminie. Z wnętrza wydobyli czarny, śliski prostokąt. Zimny przez kilka pierwszych sekund i bez jednej fizycznej klawiszy.
Wszystko jest na dotyk tłumaczył Błażej. Czyli trzeba głaskać. Popatrz.
Przesunął palcem, ekran rozświetlił się kolorowymi obrazkami. Stanisława podskoczyła, jakby otworzył się portal. Wydawało się jej, że to urządzenie zaraz zażąda haseł, loginów i innych czarodziejskich słów.
Nie bój się szepnęła niespodziewanie łagodna Jagoda. My wszystko ci ustawimy. Tylko na razie nic nie klikaj. Poczekaj aż wytłumaczymy.
To ją zabolało najbardziej. Nie klikaj jakby była przedszkolakiem z łapami w dżemie.
Po obiedzie wszyscy przeszli do pokoju. Syn przysiadł obok niej, położył telefon na jej kolanach.
Popatrz, mamo tu włączasz, przytrzymujesz, pojawia się obrazek, potem ekran blokady. Żeby odblokować przesuwasz, o tak.
Mówił tak szybko, że miała w głowie groch z kapustą: blokada, tapeta, klikanie. Dla niej to był chiński alfabet.
Zaczekaj, kochany, powoli, jeden krok naraz, bo nie spamiętam.
E tam, spamiętasz. To proste jest. Przyzwyczaisz się.
Kiwnęła głową, mimo że wiedziała, że szybko się nie przyzwyczai. Musiała jakoś zaakceptować, że świat przeniósł jej rodzinę do tych świecących prostokątów, a jeśli tam nie znajdzie się miejsca dla niej, no to koniec z kontaktami.
Do wieczora w telefonie była już cała rodzina, sąsiadka Krystyna Kowalczyk z trzeciego piętra i nawet numer do pani doktor z przychodni. Syn zainstalował jej komunikator, założył nowe konto, dodał do rodzinnego czatu, ustawił duże litery, żeby nie musiała mrużyć oczu.
Patrz, tu piszemy, pokazał. O, zaraz coś napiszę. Wysłał sobie samemu wiadomość. Po sekundzie dołączyła synowa: Hurra, mama z nami! i Jagoda zarzuciła deszcz kolorowych buziek.
A ja jak? zapytała. Gdzie się to pisze?
Tu palcem, przytrzymujesz, wyskoczy klawiatura i możesz pisać. Zamiast pisania możesz mówić mikrofonik tu się wdusza.
Spróbowała. Palce jej drżały, napisała przez przypadek dzękuje zamiast dziękuję. Syn się roześmiał, synowa też. Jagoda posłała znowu kilka buziek.
Spokojnie pocieszył syn, widząc jej minę. Wszyscy się na początku mylą.
Kiwnęła, lecz w środku piekło ją, jakby oblała prosty egzamin.
Gdy wyjechali, nastała błoga cisza. Zostały resztki ciasta, kwiaty i białe pudełko po smartfonie. Szło się domyślić, gdzie jest środek uwagi. Nowość leżała ekranem do blatu. Delikatnie ją obróciła. Ekran był czarny. Przypomniała sobie, jak syn pokazywał: boczny guzik. Wcisnęła. Błysnęło miękkie światło. Na tapecie zdjęcie rodziny z poprzedniego Sylwestra. Ujrzała siebie z profilu, w niebieskiej sukience, z tą brwią lekko podniesioną jakby już wtedy krytykowała całą tę sytuację.
Przejechała ostrożnie palcem pojawiły się kolorowe ikonki. W głowie zakręciło się od wszystkiego. Telefon, sms, zdjęcia i coś jeszcze. Przypomniała sobie: Nie klikaj za dużo. Ale co tu jest za dużo?
Położyła smartfona z powrotem i poszła do kuchni pozmywać. Niech na razie powisi w tej nowej rzeczywistości.
Następnego ranka była na nogach wcześniej niż zwykle. Popatrzyła na telefon. Leżał jak obcy lokator. Strach zelżał. Przecież to tylko sprzęt, na dobrą sprawę łatwiej to ogarnąć niż, dajmy na to, pralkę.
Zrobiła herbatę, usiadła do stołu i przyciągnęła telefon bliżej. Włączyła. Dłoń jej się spociła. Znów fotografie z Sylwestra, znów przesunięcie, znów ikonki. Tym razem znalazła zieloną słuchawkę ten widok pamiętała jeszcze sprzed rewolucji technicznej i wdusiła.
Wyświetliła się lista kontaktów: syn, synowa, Jagoda, Błażej, pani Krystyna. Wybrała syna, wcisnęła połączenie. Telefon zabzyczał, poruszył się ekran.
Halo? usłyszała zaskoczony głos syna. Mamo? Wszystko w porządku?
Tak, chciałam sprawdzić, czy działa.
No i widzisz! roześmiał się. Brawo! Tylko lepiej dzwoń przez komunikator taniej będzie.
Yyy, przez co?
Pokażę potem, jestem w pracy.
Odczyła rozmowę, klikając na czerwoną słuchawkę. Serce dygotało jak po wyjściu na dziesiąte piętro, ale za to była dumna: zadzwoniła sama!
Po dwóch godzinach pierwszy raz telefon zachował się nieprzewidywalnie. Piknął. Na ekranie: Jagoda: Babciu, jak się masz?. Pod spodem pole na odpowiedź.
Patrzyła na to jak na zadanie z matematyki. Kliknęła. Wyskoczyła klawiatura. Litery były drobne, ale się dopatrzyła. W nie, wyszło q. Skasowała. Jest ok. Piję herbatę z literówką w herbata. Wysłała.
Po sekundzie odezwała się wnuczka: Serio?! Sama napisałaś? i serduszko.
Parsknęła z półuśmiechem. Sama napisała. Jej słowa pojawiły się właśnie tam, gdzie do tej pory widniały tylko szybkie wpisy innych.
Wieczorem zajrzała sąsiadka Krystyna.
No, słyszałam! Rodzina ci kupiła ten jak to sprytny telefon rzuciła, zdejmując buty.
Smartfon popisała się Stanisława. Słowo nadal wydawało się jej dziwnie młodzieżowe, ale smakowała je z przyjemnością.
I jak? Nie gryzł cię?
Na razie tylko popiskuje i miga. Tam nic nie ma na stałe! Żadnych normalnych guzików!
Mój Bartek też mi wciskał, że bez tego teraz ani rusz. Ale mi już się nie chce. Niech młodzi siedzą w tych facebookach.
Za późno pomyślała Stanisława. Ale odkąd w jej pokoju leżało to coś, czuła, że może jednak nie za późno. Może warto chociaż spróbować.
Kilka dni później zadzwonił syn i oznajmił, że zapisał ją do lekarza przez internet.
Jak przez internet?
Przez ePUAP, wszystko tam się teraz załatwia! Masz login i hasło na kartce, leży w szufladzie koło telefonu.
Zajrzała. Rzeczywiście karteczka z kodami, niczym recepta. Niby proste, tylko nie bardzo wiedziała, od czego zacząć.
Następnego dnia zebrała się na odwagę. Odpaliła smartfon, znalazła przeglądarkę, wpisała adres z kartki, każdą literkę i cyferkę osobno. Po trzeciej próbie trafiła w odpowiednie okno. Login jeszcze znośnie, ale hasło? Cyfr z literami, do tego polskie znaki, klawiatura zmienia się, błądzi.
W końcu machnęła ręką i sięgnęła po stacjonarny.
Nic mi nie wychodzi! Te wasze internety i kody, same głupstwa!
Mamo, nie marudź. Wieczorem przyjadę, pogadamy.
Cały czas tylko przyjeżdżasz i pokazujesz mruknęła. A potem znowu zostaję z tym sama.
Zamilkli na chwilę. W końcu: Wiem, mamo, wiem. Przyjadę z Błażejem, on szybciej podpowie instruuje już wszystkich od roku.
Zgodziła się. Ale w duchu bolało ją, że bez nich nic. Jakby została balastem, któremu wszystko trzeba tłumaczyć.
Wieczorem Błażej wparował w trampkach, siadł na dywanie.
No babciu, pokaż, na czym się zacięłaś.
Otworzyła witrynę, pokazała ekran.
Tu już wszystko niewyraźne. Boję się, że coś popsuję.
Tu nic nie popsujesz! Najwyżej się wylogujesz, i już. Zalogujemy się z powrotem.
Opowiadał szybko, lecz inaczej niż syn: cierpliwie. Pokazał, gdzie co szukać, jak sprawdzić wizytę u lekarza, jak anulować.
O, tu jest twoja rejestracja, widzisz? Gdyby co, można odwołać. Przycisk tu.
A jak przez przypadek anuluję?
To wtedy zapiszesz się jeszcze raz. Nic się nie stanie.
Dla niego nic. Dla niej katastrofa.
Po wyjściu Błażeja długo jeszcze trzymała telefon w rękach, czując się, jakby ten czarny prostokąt codziennie brał ją na klasówkę z nowych technologii. Raz hasło, raz błąd połączenia, ciągle coś.
Tydzień później, o świcie, obudziła się z ołowianą głową. Czuła, że ciśnienie gorsze. Pamiętała, że wizytę ma pojutrze. Wyjęła telefon i zgodnie z instrukcją sprawdziła swoją rejestrację. Nie ma jej. Scrolluje raz w górę, raz w dół. Pusto.
Krew jej odpłynęła z policzków. Może kliknęła coś nie tak? Jeśli nie ma rejestracji, znów czeka ją kolejka w przychodni, a tam przecież zaduch, kaszle i tłum. Przez chwilę miała ochotę zadzwonić do syna, ale przypomniała sobie, jak mówił, że ma tygodniowy młyn.
Zacisnęła zęby. Przypomniała sobie Błażeja ale przecież nie będzie go ściągać przed egzaminem.
Spojrzała na ten przeklęty telefon, pomyślała trudno, do trzech razy sztuka. Zalogowała się jeszcze raz, pojawił się przycisk Zarejestruj się. Kliknęła. Wybrała lekarza, datę, godzinę. Kliknęła potwierdzenie. Długo myślała, że coś źle. Potem nagle pojawił się napis: Jesteś zarejestrowana. Czytała kilka razy, zanim uwierzyła. Sama zrobiła.
Aby się upewnić, weszła w komunikator, znalazła czat z panią doktor i po dłuższej walce z mikrofonem nagrała: Dzień dobry, tu Stanisława Nowakowa. Mam podwyższone ciśnienie. Zarejestrowałam się przez stronę na środę rano, proszę na mnie spojrzeć.
Wcisnęła wysyłkę. Po chwili dostała odpowiedź: Dobrze, widzę panią w systemie, będę czekać. W razie pogorszenia dzwoń od razu.
Uspokoiła się nieco. Rejestracja odzyskana, doktor na posterunku i wszystko przez ten śmieszny ekranik.
Wieczorem wpisała do rodzinnego czatu: Sama zapisałam się do lekarza. Przez internet!. Starała się z całych sił, ale literówki zostały. Co z tego.
Jagoda odpowiedziała pierwsza: Babciu, jesteś lepsza ode mnie!. Potem synowa: Mamo, dumna jestem z ciebie!. Na końcu syn: Mówiłem, że dasz radę!.
Czytała to kilka razy. Nie żeby nagle poczuła się częścią młodego świata, ale była już między nimi jak cienka nitka. W razie potrzeby mogła do niej sięgnąć.
Po wizycie u lekarza postanowiła, że czas na nową przygodę. Jagoda opowiadała kiedyś, że z koleżankami wymienia się zdjęciami jedzenia, kotów i głupotek. Stanisława uważała to za czysty idiotyzm, ale trochę im zazdrościła wspólnego obrazka dnia. U niej tylko radio i widok na trzepak.
W pogodny dzień, gdy słońce świeciło w słoiki z rozsadą, zrobiła zdjęcie parapetu przez aplikację aparatu. Obrazek wyszedł rozmazany, ale zielone sadzonki i pas światła były całkiem malownicze. Długo oglądała fotografię i poczuła, że sama jest jak taki pęd: z jednej strony korzenie stare jak świat, z drugiej głowa wystaje ku tej dziwacznej technologii.
Wysłała zdjęcie do rodzinnego czatu z dopiskiem: Pomidor rośnie!. Odpowiedzi wysypały się lawiną Jagoda od razu przesłała fotkę pokoju zawalonego książkami, synowa: surówka na talerzu z podpisem: Lekcja u mamy, syn: selfie z pracy i komentarz: Mama ma pomidory, a ja tabelki kto lepiej trafił?
Zaśmiała się sama do siebie. Kuchnia nagle zrobiła się pełna ludzi.
Oczywiście, wypadki się zdarzały. Raz nagrała niechcący długie głosowe, w którym krytykowała pogodynkę i komentowała ceny prądu. Wnuki piszczały ze śmiechu, syn napisał: Mamo, prowadzisz własną audycję?. W pierwszej chwili wstyd, potem sama miała z tego ubaw. No i co, przynajmniej to był prawdziwy głos.
Zdarzało się, że zamiast do Jagody pisała do wszystkich. Raz tak zapytała jak usunąć zdjęcie? posypały się instrukcje od Błażeja, Sama nie wiem! od Jagody i mem od synowej: Mamo, nowa era!
Dalej gubiła się w aktualizacjach, bała się, że ściągną jej coś. Ale z każdym dniem czuła, że mniej się boi. Znalazła rozkład jazdy autobusów na Google, sprawdziła pogodę w Zakopanem, a raz nawet wyszperała przepis na placek z czasów babci. Zrobiła zdjęcie gotowego wypieku, podpisała: Przypomniałam sobie babcię. Dostała serduszka i prośbę o przepis, więc wysłała zdjęcie karteczki z proporcjami.
W pewnym momencie zauważyła, że coraz rzadziej patrzy na stary telefon na ścianie. Wisiał dalej, ale przestał być jedynym sznurkiem do ludzi. Miała już inny niewidzialny, ale mocniejszy.
Jednego wieczoru, gdy za oknem robiło się ciemno, a w sąsiednich blokach zapalały się okna, usiadła z telefonem w dłoni i przeglądała rodzinny czat. Zdjęcia z pracy syna, selfie Jagody z psiapsiółkami, dowcipy od Błażeja, krótkie meldunki synowej. Pośród nich coraz częściej jej głos: zdjęcie pomidorów, przepis głosowy, pytanie o tabletki na ciśnienie.
Nagle zrozumiała, że nie jest już tylko cichym podglądaczem zza ekranu. Może nie rozumiała połowy słów wnuków, nie potrafiła posyłać śmiesznych buziek na zawołanie. Ale jej wpisy były czytane. Odpisywali na jej pytania. Nawet lajki dostała, jak nauczyła się mówić Jagoda.
Telefon zapiszczał cicho. Nowa wiadomość od Jagody: Babciu, jutro sprawdzian z matmy. Mogę potem zadzwonić i się pożalić?
Uśmiechnęła się. Odpisała powoli, z uwagą: Dzwoń, zawsze słucham. i wysłała.
Potem położyła smartfon na stole obok kubka z herbatą. Mieszkanie cichło, ale ta cisza nie była już pusta. Gdzieś tam, za drzwiami i piętrami, czekały na nią telefony, wiadomości, życie. Nie stała się królową młodzieżowej techniki, ale znalazła sobie kawałek miejsca w nowym świecie.
Dopijała herbatę, zgasiła światło w kuchni i idąc do pokoju automatycznie zerknęła na telefon. Czarny prostokąt leżał spokojnie na stole. Wiedziała już, że w razie potrzeby wystarczy dotknąć i wyciągnąć rękę do swoich.
I to było teraz w sam raz.



