Pewna kobieta w wieku pięćdziesięciu sześciu lat zaczęła się starzeć. I nie ma w tym nic dziwnego – to całkowicie normalne. Po prostu nadszedł jej czas.

Pewnej nocy, we śnie dziwnie zamglonym, kobieta o imieniu Bogusława, lat pięćdziesiąt sześć, zauważyła, że zaczyna się starzeć. Nie było w tym nic osobliwego czas płynął nieubłaganie. Jednak Bogusława patrzyła w lustro i nie mogła się nadziwić. Jej siwienie i marszczenie twarzy następowało z magiczną prędkością, jakby niewidzialna ręka codziennie malowała na jej policzkach kolejne lata.

Jeszcze nie tak dawno wyglądała rewelacyjnie! Tamtego popołudnia, gdy przechodziła przez dziedziniec bloku na warszawskiej Pradze, zawsze siedział tam dziadek w starych okularach i płóciennej czapce. To był pan Stanisław, który niezależnie od pogody, podnosił dumnie swoje kapelusze raz filcowy, raz futrzany i powtarzał z uśmiechem: Jak pani pięknie dziś wygląda! Prawdziwa z pani dziewczyna, słowo daję!

Bogusława spieszyła rano do biura, skinęła mu głową, rozpromieniając się. W pracy, na korytarzu, też sypały się komplementy. Chwilami czuła lekkość, jakby nosiła na sobie światło. Była atrakcyjna, wszyscy to mówili.

Nagle, w tym pędzącym czasie, przypomniała sobie, że nie widziała pana Stanisława od wielu dni. Ławeczka przy wejściu była pusta. Zapytała sąsiadów okazało się, że staruszka zabrano do domu opieki pod Łowiczem. Dzieci wyjechały za granicę, a wnuki rozproszyły się po całym kraju. Staruszkowi potrzebna była opieka i spokój, dożył przecież dziewięćdziesiątki.

Bogusława przestała już rozmyślać o własnej starości, a zaczęła tęsknić za dziadkiem Stanisławem. Dowiedziała się, gdzie go przewieziono, zapakowała torbę pełną delicji, trochę chałwy i herbaty, kupiła paczkę kawy. W niedzielę, jak we śnie, pojechała do domu seniora. Po wielu surrealistycznych przejściach w korytarzach pełnych starych zegarów i obrazów z czasów PRL-u, odnalazła w końcu swojego znajomego.

Pan Stanisław siedział miękko w fotelu i jadł kaszę mannę z masłem, a kiedy ją zobaczył, rozpromienił się jak dziecko: Jakże się cieszę, że panią widzę! Ale pani wygląda wspaniale! Prawdziwa piękna dziewczyna!. Inni staruszkowie, jak zaczarowani, schodzili się z różnych stron i zagadywali Bogusławę padały ciepłe, serdeczne słowa, jak pierniki z torby.

Wieczorem, w tym śnie, Bogusława jeszcze raz spojrzała w lustro. Policzki miała zarumienione, oczy błyszczały jak krople rosy, włosy miękkie jak lniane nici, a zmarszczki jakby wygładzono je ciepłym dłonią. Wyglądała młodziej. Wróciła jej dawna uroda, wróciła energia wszystko to wydawało się niemożliwe, a jednak… Było to małe cudowne zdarzenie, jakby czas na chwilę zawrócił.

Od tej pory, co niedzielę, jeździła do domu seniora. Prowadziła zajęcia taneczne nie po to, żeby znów być młodą. Po prostu dobrze było na sercu. Mogła pomóc, rozweselić, stać się dla kogoś jak córka albo wnuczka. Otaczali ją wdzięcznością, serdecznością, powtarzając: Jak pani ślicznie wygląda!” zawsze szczerze.

Ludzie to nasze zwierciadła. Ale nie zwyczajne to lustra magiczne. Wystarczy spotkać jednego człowieka, by rozkwitnąć zrobić się prostszym, lżejszym, promiennym. Albo odwrotnie: ktoś inny potrafi zamienić nas w zgarbionego staruszka, w duszka z bajki albo kogoś bardzo zmęczonego.

Dlatego trzeba chronić te zaczarowane lustra, dobrych, ciepłych ludzi, którzy mówią słowa prosto z serca. I troszczyć się o starszych, pielęgnować ich obecność. Bo dopóki są z nami starzy ludzie, dopóty jesteśmy jeszcze młodzi. I ciągle możemy coś zmienić na lepsze. Tak właśnie czuła Bogusława, która odzyskała swoje piękno w najdziwniejszym śnie. Miała rację.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

czternaście − 13 =

Pewna kobieta w wieku pięćdziesięciu sześciu lat zaczęła się starzeć. I nie ma w tym nic dziwnego – to całkowicie normalne. Po prostu nadszedł jej czas.