Jak wyobrażasz sobie to, mamo? wściekła Jadwiga. Mam zamieszkać dwa tygodnie z zupełnie obcym facetem?
Dlaczego obcym? To przecież Wiktor, syn mojej kuzynki Lidy, nasz krewny!
Pamiętasz, jak się z nim bawiłaś, kiedy byłaś mała? Wtedy go gościliśmy! odpowiedziała matka.
Mamo, mam prawie trzydzieści lat! Gdzie jest moje dzieciństwo? próbowała przebijać się do matki Jadwiga. Czy znowu chcesz mnie wydać za mąż?
Nie mów bzdur: on jest krewnym! Dlatego czekaj na gościa nic ci się nie stanie! stanowczo zakończyła rozmowę i rozłączyła się.
Mama zawsze szanowała więzi rodzinne: rodzina to świętość! Teraz po prostu narzuciła córce starszego Wiktora, który postanowił przeprowadzić się do stolicy Warszawy, miasta możliwości.
Przyjmij go jako rodzinę: nie wyprowadzaj go, jeśli rodzina ma mieszkać w Warszawie!
Jadwiga, nauczycielka języka polskiego i literatury w liceum, doskonale pamiętała, że przysłówek rodzinnie był ulubionym zwrotem w słowniku słynnego Iuda Głowca, znanego z niecnych czynów, podobnie jak babcia Szapoczałka.
Zaproponowała mamie, że sama przyjmie kuzynowskiego bratanka, bo jest taka dobra. Bo na obcym grzbiecie nie da się wstąpić do nieba!
Mama mieszkała z tatą w małej kawalerce z lat sześćdziesiątych, z gówną i śmiesznie małą kuchnią, do której nie zmieściłby się nawet rozkładany stolik. Czyż nie trzeba było wciągnąć Wiktora ze sobą? Co, Jadwiga!
Jadwiga straciła humor: od lat mieszkała sama, krótkotrwałe małżeństwo nie wchodziło w grę.
Małżeństwo było studenckie rozstali się po sześciu miesiącach; reszta przeszła, a poza nią nic już nie było.
Na szczęście nie zdążyli zrobić dziecka! z pierwszego męża, który okazał się totalnym durniem, Jadwiga nie chciała mieć potomstwa.
Wiek dziewczyny zbliżał się do trzydziestu, a męża wciąż brakowało. To martwiło raczej rodziców, nie Jadwigę: ona była zadowolona.
Miała dobrą, stalową dwójkę, odziedziczoną po babci. Tak, w środku było mnóstwo przestarzałych rzeczy, ale wszystkie działały.
Pralka prała, lodówka chłodziła, telewizor wyświetlał czego więcej potrzebować?
Jadwiga zajmowała przyzwoite stanowisko z dość wysokim wynagrodzeniem: w pracy była ceniona.
Nie brakowało jej przyjaciółek. A samotność domową wypełniał kot Burek tak go nazwano, jak psa łowczego Pulkę w znanej książce o Nieznajomym.
Jadwiga przygotowała gościowi pokój i ostrożnie czekała na przybycie Wiktora. Mimo zapewnień mamy: spodoba ci się!
Krewny rzeczywiście okazał się nieszkodliwy i przybył odpowiedzialnie: obszedł mieszkanie i zakręcił w każde wspólne pomieszczenia, jak mówiono niegdyś.
Czego tu szukasz? zapytała gospodyni. Złota i diamenty? Myślisz, że przyjechałem w złotym sedesie?
Po prostu chcę wiedzieć, gdzie będę mieszkać! odpowiedział mężczyzna.
A jeśli coś ci się nie spodoba, nie zostaniesz ze mną? dopytała Jadwiga, ciekawa.
Zostanę, ale
Co ale?
Nic nie to po prostu nic!
Poszli napić się herbaty i się poznać. Wiktor przyniósł do herbaty ciasto, które Lida przekazała mamie, i kupił mały, smaczny tort: lokator nie był nachalnym najedzonym.
W domowych sprawach mężczyzna był wyżej niż pochwała: bez namowy mył po sobie naczynia, potrafił przyzwoicie gotować i nie zostawiał kałuży w łazience. Krótko mówiąc, był wytrenowany na kuwetę.
Dziękujemy ci, ciociu Lido i pierwszej żonie Wiktora nie wiadomo, kogo bardziej: mężczyzna też był rozwiedziony.
Co? zdziwiła się przyjaciółka Łucja, gdy Jadwiga opowiadała o swoim lokatorze. To gotowy mąż, trzeba wziąć!
Łucja wiedziała, co ma na myśli: z Levkiem rozwiodła się właśnie z tego powodu.
Ale my jesteśmy krewnymi! Poza tym nie lubię go! odparła Jadwiga.
Jacy wy krewni: jak siódma woda w galarecie! I jakże ci może nie podobać? Czy on jest?
No, chyba nie! Wiktor był całkiem przystojny, choć nie w stylu Jadwigi.
Mimo to nie przypasował dziewczynie: nie był jej facetem nie mieli wspólnych punktów.
Nie zgadzały się ich biorytmy: ona sowa, on skowronek.
Dziewczyna wolała spokojne, zrównoważone tempo, kierując się wschodnią mądrością: śpiesz się powoli.
Gość był bardzo aktywny i kreatywny: ciągle musiał ruszać do przodu, a zamiast serca miał płonący silnik to wszystko o nim, Wiktorze.
Już pierwszego dnia zaprowadził Jadwigę do teatru, kupując bilety z wyprzedzeniem online. Dziewczynie nie chciało się wysyłać gościa na lewą rękę, więc poszła, choć teatr nie była jej ulubionym miejscem.
Tak, są tacy ludzie i ich nie jest mało, choć wielu się temu nie przyznaje.
Jadwiga kochała tylko stare spektakle, które oglądała w internecie. Nowoczesne interpretacje klasyki jej nie przyciągały.
Teraz nie przypadła jej do gustu brak kurtyny, współczesne kostiumy i niejasne wymowy tekstu.
Poza tym dialog w sztuce nie dotyczył naszego czasu! Reżyser tak to odebrał. Dzięki, że nie pokazano sceny organicznej!
Wiktor zachwycił się. Po drodze do domu próbował udowodnić, że Jadwiga się myli, gorąco argumentując.
Jednak nie udowodnił, a jedynie wprowadził swoją towarzyszkę w stan irytacji: po raz pierwszy od dawna ktoś próbował narzucić jej cudze zdanie, a ona miała własne!
Nie rozumiesz? To nowe, progresywne spojrzenie! podnosił głos Wiktor.
A po co mi nowe? odpowiedziała spokojnie Jadwiga. Stare w zupełności mi wystarcza!
No co? zdziwił się mężczyzna. To więc ruch naprzód!
Rozpalił się w mowie o postępie i, co za tym idzie, o mieście możliwości Warszawie, snując wielkie plany: były ich rozmiary gigantyczne!
A w domu Jadwigi był nie nakarmiony Burek
Tak, kot od razu wpadł pod łóżko tak zawsze robił, gdy coś mu nie odpowiadało. Najwyraźniej przystojny mężczyzna nie przypaść do gustu nawet kotu.
Trzydziestoletni gość zaczął aktywnie uczestniczyć w życiu rodziny, i to nie tylko w gospodarstwie domowym!
Drugiego dnia kupił nowy dywan i wyrzucił stary, leżący na klatce schodowej. Jadwiga przyjęła tę nowość bez sprzeciwu, bo zrobiono to po cichu: nikt nic nie udowadniał kupił i kupił.
Potem w kuchni pojawił się nowy garnek: w starym trudno było gotować kaszę przywierała do dna!
Dziewczyna znów milczała: rano piła kawę z kanapkami. Okazało się, że garnek Wiktor kupił dla siebie: wolał obfite śniadania, nie tę drobnostkę. Jadwiga nie zareagowała.
Gość dalej zaproponował zapłacić za media: będę korzystał z wody i prądu! Po prostu ideał, nie mężczyzna!
Jadwiga odmówiła, widząc w tym niepotrzebną ingerencję w jej przestrzeń.
A skąd, przepraszam, pomysł, że gość będzie płacił za mieszkanie? Czyżby już nie zważł na cudzą powierzchnię?
Zatem obejdziemy się bez twoich pieniędzy, Wiktorze Maksymilianie!
Nie myśl, że krewny spędzał wszystkie dni w bezczynności: naprawdę aktywnie szukał pracy!
Wysyłał liczne CV, uczestniczył w setkach rozmów kwalifikacyjnych coś wisiło w powietrzu!
Gdy dwutygodniowy okres jego pobytu u ciotki dobiegł końca, zaczęły się dziwne objawy: z nosa płynęło, zaczęło się kichanie, a twarz pokryła wysypka.
Nikt jednak nie wyjechał, wręcz przeciwnie gość odważył się i zaczął krzyczeć na Jadwigę: Dlaczego w sandałach weszłaś do kuchni? Trudno się rozebrać, co?
Albo: Po co kupiłaś ten proszek do prania? Nie wypłukasz go z ubrań!
Jadwiga poczuła się jak okrągła głupia, jakby to nie ona była gospodarzem, a Wiktor, a ona i Burek byli jedynie tymczasowymi lokatorami w jego gościnie.
Kot dalej ignorował krewnych i wynurzał się spod łóżka tylko w ich nieobecności.
W osiemnasty dzień gościnności zadzwonił Wiktor i poinformował, że przyjęto go do pracy Jeszcze mnie nie wzięli, Irka! tak pomyślała Jadwiga.
Poczuła, że mężczyzna go męczy, choć był schludny i przystojny, lecz całkowicie obcy ze swoimi zwyczajami.
Nowa praca była przyzwoita nawet według warszawskich standardów; podzielił się tą radością z gospodynią, ale milczał o przeprowadzce.
Jadwiga, przełamując swą uprzejmość, postanowiła zapytać napiętego krewnego: Czy nie zmęczyli cię już gospodarze, drogi człowieku? Umówiła się na rozmowę na jutro. Wiktor miał jutro badanie lekarskie, bez którego nie mógł podjąć pracy.
Następnego dnia, wracając z pracy, dziewczyna zastała pięknie nakryty stół.
Czy to pożegnalny obiad? Boże, dziękuję! pomyślała Jadwiga. Nie muszę zaczynać nieprzyjemnej rozmowy! Od razu podniosło się jej nastroje
Wiktor zawsze miał dobry humor, więc przy stole panowała świąteczna atmosfera. Najpierw
Mężczyzna rozlał wina do kieliszków i zaczął mówić.
Wtedy Jadwiga przerwała go: okazało się, że zamierza jej oświadczyć się! Tak, nie w sprawach biznesowych, a rękę i serce! I nie, że są krewnymi nie przeszkadza.
Myślę, że możemy stworzyć dobrą parę! mówił z entuzjazmem. Nie jestem ci w niczyim oczy! Ty mi też podobna! W naszym wieku podchodzimy do małżeństwa rozważnie!
Mamy już wszystko: mieszkanie i dobrą pracę! A miłość w małżeństwie tylko przeszkadza: wszystko musi opierać się na szacunku! A my siebie szanujemy!
Jadwiga słuchała tego bełkotu, otwierając usta, gdy nagle z pod łóżka wybiegł Burek! Albo mu znudziło się siedzieć, albo miał kocie sprawy, albo w końcu przyjął Wiktora za swojego.
To twój kot? zdziwił się gość.
Tak! odpowiedziała Jadwiga. A ty widziałeś go po raz pierwszy?
Po raz pierwszy! Cholera, mam alergię na sierść kota! Dziś lekarz postawił mi diagnozę alergii! Skąd?
A nie widzisz kuwety w toalecie? Przecież wszystko wokół zauważasz!
Nie zwróciłeś uwagi! Ale, Jadź, trzeba coś z tym zrobić!
Czy lekarz ci coś przepisuje? Zacznij przyjmować!
Przepisano, ale trzeba nie leczyć objawów, a usuwać przyczynę! Tak radzi lekarz!
Co? Usuwać przyczynę? nie zrozumiała gospodyni.
Dosłownie! Nie mogę mieszkać z kotem w jednym mieszkaniu!
Kto ci to kazał? Nie mieszkaj!
Co masz na myśli, nie mieszkaj? Małżeństwo?
Jaka małżeństwo, Wiktorze? Czy twoja alergia nie przeszła do mózgu?
Nasza! twierdził stanowczo. A kot będzie temu przeszkadą!
Proponujesz mi go uśpić! złośliwie odpowiedziała Jadwiga.
To opcja! Nawet mogę za to zapłacić! zaproponował kawaler.
Lepiej cię uśpię! po chwili milczenia odparła dziewczyna. Tak, ciebie! I nie patrz tak na mnie precz! To mówię ja, nie Burek!
Wiktor wypił wino i odszedł od stołu, rzucając na pożegnanie: Nie sądziłem, że będziesz taka prymitywna!
I tobie do widzenia! odparła Jadwiga z ulgą.
Po jego wyjściu z kuchni zniknął garnek. Kupiony dywan pozostał najwyraźniej nie chciało go przenieść.
Zadzwoniła mama: Jak mogłaś go wyrzucić? Pochowany już narzeka!
Chciał, żebym go poślubiła! Jeśli jesteś tak dobra, wyjdź sama! On mi się nie podoba! powiedziała Jadwiga i rozłączyła się.
Nikt już nie oddzwonił: sprawa chyba zakończona.
I to było słuszne: może kiedyś inny krewny będzie miał na nią alergię. Historia zna przypadki, gdy mężowi nie tolerowała się łupież żony i nie skończyło się to dobrze.
A wy, mamo, następnym razem, jeśli zechcecie pomóc, przyjmujcie krewnych u siebie: kto wymyślił, ten i prowadzi. Jadwiga i Burek radzą sobie całkiem nieźle.



