Tak weź go już ze sobą na zawsze! Po co te ceremonie? mówi Marta, odrzucając go z irytacją.
Zapomniałaś mnie zapytać, co mam zrobić! odpowiada Jan tym samym tonem.
Gdybyś choć raz w życiu zapytała, to nie byłoby tak źle! kontratakuje Marta.
Gdybyś mnie zapytała, ja bym się dowiedział! chrumka Jan. To jednak nie zależy od ciebie!
Nie twoim zadaniem jest mi mówić, co mam robić i jak postępować! broni się Marta.
Nie masz sumienia dodaje z niechęcią. Dobrze, ale przynajmniej pomyśl o synu!
Czy myślisz, że nie myślę? wykrzykuje Jan. Wręcz przeciwnie, myślę o nim częściej niż o tobie!
Nie tylko myślę, ale też go utrzymuję i wychowuję!
A możesz dalej grozić, że wyjdziesz do pracy!
Wyjdę, jak tylko coś znajdę! krzyczy Marta.
Najpierw znajdź, a potem już otwórz usta! nie zwalniając tempa Jan.
Jan słucha przez chwilę rozdrażnionego jęku Marty, po czym dalej się szykuje.
Rozumiesz, że Kacperowi przykro, że ciągle jesteś z Markiem mówi Marta spokojnie. Kiedy jesteś z nimi razem, nawet ja zauważam, że poświęcasz Markowi więcej uwagi!
On jest starszy! Z nim jest o czym rozmawiać, a chłopiec już zaczyna się zastanawiać! tłumaczy Jan. Musimy przewidzieć, kim się stanie!
Czy los twojego prawdziwego syna przestał cię interesować? pyta Marta.
On jest jeszcze mały! Zgodnie z prawem potrzebuje więcej uwagi matki niż ojca! Zajmij się Kacprem, dopóki nie wyrośnie! Ja
Będę spędzać czas z bratem, kończy zdanie Marta, przejmując rolę męża. Słyszysz? Z bratem! I nie dbam o własnego syna!
Nikt na nikogo nie pluje! marszczy Jan. Dzielę czas wszystkim! Nasz Kacper ma ojca, który jest zawsze przy nim, a moja siostra wychowuje syna z naszą mamą, nie z facetem! Dwie kobiety to nie to, czego potrzebuje chłopiec w dwunastu lat!
Czy powinnam być zimna wobec tego, jak dwie kobiety łamią psychikę mojemu bratowi?
Czy wtedy zostanie prawdziwym mężczyzną?
Jan, mam wezwać naszą mamę, żebyś zainteresował się Kacprem? wtrąca Marta.
Odpłyniesz! ryczy Jan. Tylko twojej matki mi brakowało!
A Kacper? pyta z nieprzyjemnym tonem Marta.
Oczywiście zostanie ze mną! Nie masz mu nic do zaoferowania! uśmiecha się sarkastycznie Jan. Myślałaś, że zapewnię ci życie z alimentami? Nie zobaczysz tego! Będziesz mi płacić sama! Przynajmniej w końcu znajdziesz pracę, żeby nie zasiadać w domu!
Marta musi przyjąć tę złość, bo Jan ma rację. Nie ma u niej nic. Ambicje zniknęły w trakcie małżeństwa, dyplomu nie ma. Po urlopie macierzyńskim nie wróciła na uczelnię.
Jan kontynuuje przygotowania w absolutnej ciszy.
Czy wszystkie te zabawki kupiłeś Markowi? przerywa ciszę Marta. Myślałam, że Kacper też coś dostanie
Ma już wystarczająco, odrzuca Jan. Markowi nie ma na kogo liczyć, oprócz wujka!
Obie matki i ojcowie nic nie wnoszą, a bratowi jest przykro. Marta nie wymyśla, co powiedzieć, więc podchodzi, by pomóc mężowi.
Nagle od spodu wyślizguje się kartka. Marta łapie ją automatycznie, otwiera i przegląda tekst. Oczy jej się rozszerzają, kartka spada na podłogę.
Jan, co to znaczy kochany synu?
Kto ci pozwala wtrącać nos w cudze sprawy? krzyczy Jan, odpychając Martę. Zawsze wtrącasz się! Odejdź!
Odejdę, mamrocze Marta. Co to znaczy?
Boże, czy naprawdę jesteś tak sztywna? wykrzykuje Jan. Normalna kobieta już setkę razy by to domyśliła się! A ty, jak w chmurach, przysięgaj!
Marta miała wszystkie szanse zostać drugą żoną Jana, lecz przeznaczenie przygotowało jej miejsce jako pierwsza żona. Problem w tym, że kobieta, której przeznaczono tytuł pierwszej żony, nie chciała go przyjąć. Mieszkała z Janem w wynajmowanym mieszkaniu około rok, po czym zniknęła w nieznanym kierunku. Rodzice nie wiedzieli, a może i nie chcieli wiedzieć, dokąd poszła Kalina. Przyjaciele i znajomi nie mieli pojęcia, gdzie się znajduje.
Jan nie długo się smucił. Właściwie, nie smucił się wcale. Jak mówi przysłowie: Lepszy wóz bez kłód, niż kiełbasa droższa!
Rok później Kalina pojawia się z dzieckiem w ramionach. Z wieści w kręgu znajomych wynika, że urodziła dziecko z Janem. Natychmiast zaczynają się plotki, że Kalina przyciśnie Jana do ściany, wyciągnie alimenty, a może nawet go poślubi!
Jednak nie tak było. Kalina przychodzi, by oddać ojcu dziecko do wychowania, a sama ucieka w nieznane. Gdyby wręczyła Janowi paczkę, nie wiadomo, jak by to się skończyło. Jan mógł spokojnie powiedzieć, że znalazł dziecko na ulicy i oddać je do domu dziecka, a los Marka byłby przesądzony.
Kalina jednak wymyśliła sprytniej. Przyniosła koszyk z dzieckiem na próg mieszkania, gdzie mieszkają matka i siostra Jana. Do koszyka włożyła płaczliwy list, w którym pisze, że chętnie wychowałaby dziecko, ale nie ma pieniędzy, sił ani możliwości. Dodatkowo cierpi na depresję poporodową i nieuleczalny chorobowy stan. Prosi, by nie zostawiano dziecka czyli brata i wnuka samych.
Jan zostaje wezwany, by wyjaśnić sytuację.
Skąd mam wiedzieć? wzrusza ramionami. Może po prostu wędrowała, przyniosła ci to, a wy uwierzyliście! Zróbmy test, potem zobaczymy!
Test potwierdza, że to syn Jana. Wtedy zaczyna się długotrwała rozmowa.
Dokąd mam iść z dzieckiem? Co mam z nim robić, a kiedy? Przecież dopiero zaczynam biznes! mówi Jan, niezadowolony. Mam umowy, negocjacje, transakcje! Muszę sam pracować, bo nie stać mnie na cały zespół!
Co proponujesz? wykrzykuje Anna Kowalska. Oddać własne dziecko do domu dziecka?
Wiemy, że to nasze dziecko, a także Kalina. Nie myślę, że Kalina jeszcze kiedyś pojawi się w mieście! wzrusza ramionami Jan.
Jan, ale my to wiemy! naciska Anna. Jak będziemy żyć, jeśli nasz własny człowiek trafi do domu dziecka?
Przeżyję, mruga Jan. Życzę wam tego samego!
Nie masz sumienia, mówi siostra Lena. Oddać własne dziecko do domu dziecka!
A co cię to obchodzi? Kto cię pytał? wykrzykuje Jan. Nie przyczepiaj się do konia, a potem się wstydź!
Nie oddałabym swojego dziecka! odpowiada Lena. Nigdy nie oddałabym!
Ma dwadzieścia lat. Zaczęła związek, zaszła w ciążę, a potem porażka i diagnoza, że nie może mieć więcej dzieci. Dlatego temat jest dla niej bolesny.
Grr, to przesada! kręci głową Anna. Jeśli oddasz dziecko do domu dziecka, zemści się na tobie od góry! Nie zostanie ci nic! Ani biznesu, ani szczęścia, ani życia!
Dość! uderza pięścią w stół Jan. Skoro już wszyscy jesteście tacy prawy i sprawiedliwi, a jeszcze ludzie dobrej woli, to rozstrzygnijmy tak: Lena przyjmuje dziecko, ja znajdę pieniądze, wszystko zorganizujemy.
Wszyscy razem będą je wychowywać, a ja, jako dobry wujek, będę pomagać i uczestniczyć w wychowaniu!
Co to znaczy pomagać? nie rozumie Lena.
Karmić! wykrzykuje Jan. Czy rozumiesz?
A jeśli się ożenisz? pyta Anna Kowalska.
Co się zmieni? wzrusza ramionami Jan. Będę dalej pomagał siostrze z bratankiem! Wszystko będzie w porządku!
Jan nie może odmówić, bo pieniądze przekazuje uczciwie i wystarczająco. Sam jednak nie pojawia się od trzech lat. Gdy matka lub siostra pytają, odpowiada, że zajmuje się nie tylko biznesem, ale i życiem osobistym.
Wszyscy spotykają się na weselu, co zostawia pewny ślad, ale Jan wszystkim wdmucha to, co zaspokaja pytających.
Matka i siostra zajmują się bratankiem, a Marta uczy się i jest w ciąży.
Po narodzinach syna Kacpra Jan zaczyna się zmieniać. Widzi, jak jego własny potomek rośnie, ale krzyki go irytują. Przypomina sobie Marka.
Ten już się rozkrzyczał! mówi i zaczyna jeździć do siostry z mamą, by nawiązać kontakt z bratankiem.
Ojcowskie uczucia, wzbudzone narodzinami Kacpra, wyładowują się na Marku, bo tam jest odpowiedź. A Kacper cały czas zostaje na uboczu. Tak trwa przez osiem lat.
Nie można powiedzieć, że Kacprowi zupełnie brakuje uwagi ojca. Dostaje ją, ale Jan uważa, że to wystarczy. Do Marka Jan ciągnie się bardziej. Cztery lata to duży okres i duża różnica. To, co można robić z chłopcem w dwunastu lat, nie pasuje do ośmiolatka. Z Markiem Jan już przeżył wszystko, co powinno się robić z Kacprem, więc Kacper już go nie interesuje.
Marta widzi, że ich syn schodzi na drugi plan na rzecz bratanka. Oczywiście wchodzą w grę uraza, zazdrość i irytacja, ale nie może nic zrobić. Stała się całkowicie zależna od męża pod względem materialnym. Gdy zaczyna myśleć o pracy, jej proponują niskopłatny, mało wykwalifikowany zawód. A przecież była żoną biznesmena, przyzwyczajona do wygody.
Nie mogę pracować jako sprzątaczka ani zmywarka!
Jedyną rzeczą, którą Marta może zrobić, to wyrzucić kilka ostrych uwag, mając nadzieję, że mąż przypomni sobie o ich synu! Albo przynajmniej poświęci synowi tyle samo uwagi, co bratankowi.
—
Czy to twój syn? pyta zaskoczona Marta. Twój własny? Dlaczego wychowuje go twoja siostra?
Tak, Marta, Marek jest moim synem! Lena nie jest jego matką, ale wychowuje go jak własnego! I Marek już wie, że nie jest jej biologiczny! złości się Jan. Czego jeszcze ode mnie chcesz?
Marta dotyka czoła, potem zasłania usta ręką, bierze głęboki wdech. Gesty wyrażają dezorientację i przytłoczenie.
Jan, może weźmiemy go do nas? proponuje spokojnie. Niech bracia mieszkają razem! Postaram się być matką Marka. Jeśli nie przyjmie mnie, przynajmniej tata będzie zawsze blisko, a ty nie będziesz ciągle rozdzielał się między synów!
Czy jesteś gotowa przyjąć moje dziecko? pyta nieufnie Jan.
Dlaczego nie? wzrusza ramionami Marta. Mogę go nawet adoptować!
Marta trochę kłamie. Nie jest pewna, czy podoła obcemu dziecku, ale myśli, że gdy obaj synowie Jana będą razem, poświęci im czas równomiernie. A ona postara się, by każdy dostawał tyle miłości i uwagi.
Jan rozważa to tydzień, po czym decyduje się. Zabiera Marka, oficjalnie uznaje go za syna. Marta adoptuje go, tak jak obiecała.
Dbajcie o nią! radzi Anna Kowalska. To święta kobieta! Inna by cię na wszystkie cholerie posłała! A ona zrozumiała, wybaczyła i przyjęła!
Jan po tym gestcie patrzy na nią inaczej. W jego spojrzeniu pojawia się szczera miłość i wdzięczność.
Marek przyjmuje Martę. Nie od razu nazywa ją mamą, potrzebny jest cały rok, by przyzwyczaiła się do roli.
W końcu to po prostu zwykła, szczęśliwa rodzina.



