Mamy dwoje dzieci, ale kochamy tylko jednego.
Od zawsze czułem, że moi rodzice bardziej przywiązują się do mojej siostry, Zofii. Piotr i Maria Kowalscy tylko potwierdzili to, kiedy przyjęli ją, jej męża Tomasza i ich dwójkę maluchów pod swój dach i natychmiast poprosili mnie, żebym się wyprowadził, tłumacząc: Z twoją pracą zdalną stać cię na własne mieszkanie.
Gdy Zofia studiuje na Uniwersytecie Warszawskim, rodzice biegają za nią jak cień, załatwiają wszystkie sprawunki w dziekanacie, podtrzymują ją w trudnych sesjach i teraz pilnują jej dzieci, Anią i Krzysieka. Ja nigdy nie dostałem ich wsparcia, a teraz wyrzucają mnie z domu.
Mój ojciec mówi, że jako mężczyzna powinienem sam sobie radzić, ale z jakiegoś powodu mąż Zofii starszy ode mnie ma nieść ciężar utrzymania rodziny.
Podczas kłótni o wyprowadzkę popełniłem błąd, mówiąc, że mam takie samo prawo do mieszkania jak siostra i że przysługuje mi w nim część. Mama oparła się: My i tata wciąż tu mieszkamy, a ty jesteś świnia, gadając o podziale majątku. Zofia dodała, że próbuję je wypędzić z lokum.
Prawo nie daje mi szans wiem, że już jutro rodzice spisaą testament i mnie wykluczą.
Czy naprawdę rodzina może rozpaść się o cztery ściany? Jestem ich synem, a oni traktują mnie jak obcego. Po co więc mieć dwoje dzieci, gdy wydaję się im już zbędny?



