Dom na skraju lasu

Dom na skraju wsi

Zjechali pod wieczór, kiedy niebo już przybierało bladą niebieskość, ale jeszcze nie zapadło zupełnie. Silnik samochodu wydał ostatni jęk, zgasł, a cisza stała się przytłaczająca. Jedynie wiatr rozwiewał suche liście po podwórzu i szeleszczał w wysokiej trawie.

Piękność, rzucił Szymon, wyciągając plecak z bagażnika. To już prawie kurort dla ludzi o mocnej psychice.

Dla ludzi po czterdziestce, którzy nie mają pieniędzy na prawdziwy ośrodek, dorzuciła Katarzyna, przymrużając oczy na dom. Spójrz tylko.

Dom wydawał się krzywy, choć po bliższemu przyjrzeniu ściany stały prosto. Dach w niektórych miejscach pokryty był mchem, poddaszowe okno było zamknięte gwoździami od wewnątrz, a w jednym z okien pierwszego piętra brakowało szyby; kiedyś zakryto je folią, która teraz pękała i trzaskała na wietrze.

To jest nostalgia, powiedział Darek, zamykając drzwi samochodu. Pamiętasz, jak w szkole biegaliśmy tu po południu? Bało nas podejść, a wieczorem miał wrażenie, że ktoś stoi przy oknie.

To Ty się bałeś, odparła Łucja, poprawiając szalik. Ja tu nigdy nie chodziłam. Mama wołała mnie do domu po zmroku.

Szymon uśmiechnął się pod nosem. Miał czterdzieści dwa lata, plecy bolały od jazdy, w uszach pulsował ból, a on myślał o czasach, gdy mogli przyjść tu pieszo z drugiej strony wsi, śmiejąc się, niosąc orzeszki i tanie napoje, a nikt nie narzekał na kręgosłup.

No to, klasnął w dłonie, zwiedzanie posiadłości. Kto jest naszym głównym jasnowidzem?

Ty, odparła Katarzyna. To Ty wpadłeś na ten pomysł.

To naprawdę on wpadł na pomysł. Kiedy w ich wspólnym czacie padła sugestia, żeby wyjechać gdzieś na weekend, rzucił na wesoło zdjęcie starego domu z napisem: Jedziemy na duchy. Fotografia pochodziła z grupy mieszkańców, w której dyskutowano, że dom stoi pusty od lat. Żart rozbawił wszystkich, a potem okazał się jedyną realną opcją. Ośrodki wypoczynkowe były drogie, letnie domki zajęte, a daleki krewny Dariusza, pośrednictwem trzeciej ręki, zapewnił, że budynek nie ma właściciela, jest opuszczony i nikt nie sprzeciwi się, jeśli zostaną tu na noc.

Podchodząc bliżej, poczuli wilgoć i stare drewno. Kluczy nie było, zamknięcie wyłamano dawno temu. Szymon popchnął drzwi ramieniem, które z trudem się poddało, a z wnętrza zwiało się pył.

Boże, wyszeptała Łucja. Jakbyśmy w cudzą życie wkraczali.

Wewnątrz było chłodno, pachniało gnijącym drewnem, kurzem i starą tynkiem. Szymon wciągnął powietrze, a w gardle poczuł suchość. Deski pod stopami ustępowały, lecz wciąż podtrzymywały. W przedpokoju na gwoździu wisiała zniszczona przez mole kurtka, pod nią leżały zardzewiałe klucze, a obok stały dwa samotne buty różnych rozmiarów.

No i, mruknął Darek, już atmosfera.

Przeszli do dużego pokoju. Ściany były odłuszczone, w miejscach widały staroświeckie, kolorowe tapety. W rogu stała kanapa z wciśniętym materacem, pokryta szarym, zakurzonym kocem. Obok leżał stół z pożółkłymi, zwiniętymi kartkami.

Katarzyna podeszła do okna i dotknęła ramy. Drewno było szorstkie, farba odpadała.

Jeśli wszyscy tu zachorujemy, zastrzelę cię, rzuciła Szymonowi, ale w jej głosie brzmiała znajoma ironia.

Mam apteczkę, odparł on, i, co ważne, nie śpimy w namiotach.

Starał się mówić lekko, ale czuł, jak dom go przyciska. Nic szczególnego, po prostu stary, opuszczony. Taki ich w całej Polsce. Jednakże, bo stał na skraju ich dziecięcych wspomnień, wydawał się bardziej osobisty.

Rozłożyli się. Darek z Łucją wyciągnęli z bagażnika śpiwory i dmuchane materace, Katarzyna wyjęła plastikowe naczynia, termofor z zupą, kanapki, ser. Szymon sprawdził, czy w domu jest gniazdko, i z ulgą znalazł jedno działające. Podłączył przenośną lampkę, a żarówka pod sufitem zabłysła słabym żółtym światłem.

O, cywilizacja, zachwyciła Łucja.

Jedli przy stole, a rozmowa przeszła na codzienne tematy: pracę, dzieci, kredyty, wiadomości. Śmiech był głośniejszy niż trzeba, jakby próbowali zagłuszyć echo domu.

Kto tu kiedy mieszkał? zapytała Katarzyna, gryząc kanapkę. Pamiętam tylko, że straszono nas, że jakiś maniak mieszka w tych murach.

To nie maniak, odparł Darek. Jakiś facet sam tu żył. Żona zmarła, syn zniknął. Potem on sam zwariował.

To Ty to wymyśliłeś, czy to oficjalna wersja? dopytał Szymon.

Mój ojciec opowiadał, że nie wchodźcie, właściciel jest zły, wszystkich pogryzie. Potem go chyba znaleźli Darek zmarszczył brwi. Albo on sam Krótko mówiąc, kiepska historia.

Łucja spuściła wzrok. Zawsze ciężko jej było rozmawiać o śmierci. Szymon wiedział, że niedawno straciła matkę, pogrzeb był przytłaczający. Wtedy wymienili prywatne wiadomości, a on widział, jak trzyma się drobnych szczegółów, by nie rozpaść się.

No to, zaproponował, otwieramy nasz własny festiwal strachu. Po jedzeniu wycieczka po domu. Znajdziemy strych, piwnicę, pokój z krwawymi napisami. Kto pierwszy krzyknie, ten zmywa naczynia.

Katarzyna przewrzyła nosem.

Oczywiście, wymyślałeś wymówkę.

Po jedzeniu i lekkim ogrzaniu się, wzięli latarki i ruszyli zwiedzać. Szymon szedł pierwszy. Korytarz był ciemniejszy, żarówka nie sięgała. Ściany z odpadającą farbą, krzywe lustro, w którym odbijały się ich sylwetki. Na podłodze stary dywan, w miejscach przetarty do dziur.

Tu można kręcić film, szepnęła Łucja.

Już nagrywamy, odpowiedział Darek, podnosząc telefon.

Pokoje wyglądały podobnie: puste szafy, gołe ściany, porozrzucane stare gazety, połamane talerze. W jednym z pokoi na ścianie wisił wyblakły kalendarz z widokiem morza, datowany na prawie dwie dekady wstecz.

Wyobraźcie sobie, odparł Szymon, że codziennie patrzy na to morze i nigdzie nie wyjechał.

Katarzyna spojrzała na niego.

Jak my, zauważyła.

Szymon wzruszył ramionami. Kiedyś marzył wyjechać z wsi, potem z miasta, a w końcu z kraju. Został w powiatowym centrum, pracuje w biurze, liczy cudze pieniądze. Czasem miał wrażenie, że jego życie to taki sam kalendarz, którego nikt nie odwraca.

Strych nie znaleźli od razu. Drabina schowana za drzwiami w wąskim korytarzu. Drewniane stopnie trzeszczały, ale trzymały. Na górze panował mrok, pachniał kurzem i ciężką wilgocią.

Ostrożnie, ostrzegł Szymon, wchodząc. Jeśli coś runie, nie biorę za to odpowiedzialności.

Strych okazał się niski, ze skośnym dachem. Między legarami wisiały pajęczyny. Wzdłuż ścian stały pudła, stare walizki, deski.

To jest, powiedział Darek. Cmentarz cudzych rzeczy.

Katarzyna podeszła do najbliższego pudła i pochyliła się.

Tu są jakieś książki, szepnęła. I zeszyty.

Szymon oświetlił wnętrze latarką. W pudełku leżały podniszczone okładki, szkolne zeszyty, gruby zeszyt w kratkę, przewiązany sznurkiem.

O, skarby, zawołał. Znaleźliśmy prawdziwe skarby.

Wyciągnął zeszyt, sznurek łatwo się odwiązał. Na okładce, pisakiem kulkowym, widniało: Dziennik. 1998. Pismo było nierówne, nieco dziecinne, ale litery duże.

No nie, mruknęła Łucja. Teraz zacznie się.

Co się boisz? To tylko zeszyt, odparł Szymon, choć w środku poczuł, jak coś się ściska.

Zeszli ze strychu do dużego pokoju, gdzie stał stół, usiedli wokół. Żarówka pod sufitem dawała żółty krąg światła, a poza nim była ciemność. Na zewnątrz zapadła noc, wiatr przybrał na sile, gdzieś łomotała nieprzymocowana deska.

Szymon otworzył dziennik. Na pierwszej stronie stało imię: Seweryn. Nazwisko zmyło się od wilgoci.

No, powiedział Darek, czytaj.

Szymon przełknął gardło i zaczął czytać głośno:

10 marca. Znowu kłócę się z ojcem. Mówi, że jestem nieudacznikiem i nic nie osiągnę. Powiedziałem, że wyjdę z domu, gdy skończę osiemnaście lat. Śmiał się. Mówił, że nie będzie gdzie pójść. Nie wiem, co robić. Czasem czuję, że utknąłem tu na zawsze.

W pokoju zamilkło. Nawet wiatr zdawał się na chwilę przestać.

Coś pięknego, zauważył Darek. Bezpośrednio z lat dziewięćdziesiątych.

Dalej, szepnęła Łucja.

Szymon przewrócił stronę. Pismo falowało, niektóre litery rozmazane, jakby autor pisał bez przerwy, dotykając tuszu palcem.

15 marca. Mama znów płakała w nocy. Słyszałem przez ścianę. Chciałem wejść, ale nie wszedłem. Potem powiedziała, że wszystko w porządku, a ja wiem, że nie. Ojciec wrócił pijany, krzyczał, rzucał rzeczami. Dzisiaj wyrzucił kubek w ścianę. Okruchy wciąż leżą na podłodze.

Katarzyna drgnęła. Szymon zauważył, jak ściska krawędź stołu. Wiedział, że i ona kiedyś miała ojca, który wracał pod wpływem, wykrzykując. Rzadko o tym mówiła, ale w rozmowach pojawiały się cienie.

Może skończymy? zaproponowała. Nie przyjechaliśmy tu na terapię.

Poczekaj, wtrąciła Łucja. Jeszcze trochę.

Szymon wahał się między ciekawością a poczuciem winy, jakby czytał cudze listy. Ale zeszyt leżał przed nim, a słowa ciągnęły go dalej.

Czytał dalej. Dziennik opisywał szkołę, przyjaciół, marzenia Seweryna o wyjeździe do miasta, zostaniu programistą. Ojciec drwił, że w ich rodzinie wszyscy pracują w fabryce, on i tak pójdzie tam. Matka milczała, potem nocą płakała. Seweryn wspominał o młodszym bracie, ciągle chorym, w szpitalu, a ojciec uważał to za karę za grzechy.

To chyba o nas, przerwał Darek. Nie dosłownie, ale

Szymon skinął głową. Wszyscy żyli w podobnych opowieściach: rodzice z urazami, dzieci marzące o ucieczce, a potem zostające.

Wiatr przyzbrał się w głośniejsze uderzenia. Ktoś w korytarzu zamknął drzwi. Łucja drgnęła i nerwowo się roześmiała.

To dom mówi, zażartował Darek. Nie podoba mu się, że czytamy jego sekrety.

Bardzo zabawne, mruknęła Katarzyna.

Szymon przewrócił kolejną stronę. Pismo było większe, jakby autor się spieszył.

24 kwietnia. Lekarze powiedzieli, że bratu nie będzie lepiej. Mama poszła do łazienki i nie wróciła dwadzieścia minut. Ojciec twierdził, że to moja wina. Gdybym się nie urodził, wszystko byłoby inaczej. Wiem, że to nieprawda, ale boli to tak bardzo.

Szymon poczuł, jak w gardle zaciska się węzeł. Przestał czytać na głos, dotknął linijki palcami. Wspomnienia o winie, które nie był jego, ale ciążyło mu.

Co dalej? spytała Łucja. Co tam jest?

Nic szczególnego, odrzekł Szymon. Zwykłe sprawy.

Dajcie to, powiedziała Katarzyna i sięgnęła po zeszyt.

Nie oddał go od razu. Chciał zatrzymać słowa przy sobie, nie rozdzielać ich po kącie. To było głupie, ale w końcu podał zeszyt Katarzynie.

Zaczęła czytać cicho, marszcząc brwi. Łucja zaglądała jej przez ramię. Darek wstał, rozejrzał się po pokoju, zerknął w korytarz i wrócił.

W sypialni jeszcze jest łóżko, zauważył. Z materacem. Straszne wyobrazić sobie, kto na nim spał.

Katarzyna nagle zamknęła zeszyt.

Dość, rzekła.Gdy wschód słońca rozświetlił zrujnowany dom, każdy z nich poczuł, że choć przeszłość nie zniknie, ich własne życie już nie będzie już tak samo wstrząsane jej cieniami.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

piętnaście + siedemnaście =

Dom na skraju lasu