W GOŚCINIE… DO SYNA…

28kwietnia, dziennik

Nie, nie powinieneś już przyjeżdżać. Pomyśl, mamo, droga długa, cała noc w pociągu, a już nie jesteś młoda. Po co ci ten kłopot? Poza tym wiosna, pewnie masz pełno roboty w ogródku odrzekł mi mój syn.

Synu, po co? Nie widzieliśmy się od lat. Chciałabym choć raz zobaczyć twoją żonę, jak mówią, lepiej poznać synową bliżej powiedziałem szczerze.

Dobrze, poczekajmy do końca miesiąca, przyjedziemy wszyscy na Wielkanoc, będzie wtedy wiele wolnych dni uspokoił mnie Jan.

Szczerze mówiąc, już miałam zamiar wyjechać, ale uwierzyłam i postanowiłam pozostać w domu, czekając na nich. Niestety nikt nie przyjechał. Kilkukrotnie dzwoniłam do Jana, a on odrzucał połączenia. W końcu sam zadzwonił i powiedział, że jest bardzo zajęty i nie powinnam na niego czekać.

Rozpaczłam. Przygotowywałam się na przyjazd syna i jego żony. On ożenił się dopiero pół roku temu, a ja tej synowej jeszcze nie widziałam. Jana, którego urodziłam, powstałem, jak to mówią, dla siebie. Miałam już trzydzieści lat, nie wyszłam za mąż, więc postanowiłam choćby małe dziecko mieć.

Może to grzech, ale nie żałuję tego kroku, choć często było ciężko nie było pieniędzy, ledwo wiązało się życie. Pracowałam na kilku etatach, by moje dziecko miało wszystko, co potrzebne.

Syn dorósł i pojechał studiować do stolicy. Aby go wesprzeć na początku, wyjeżdżałam do Niemiec na pracę sezonową, żeby przesyłać mu środki na naukę i utrzymanie w Warszawie. Serce matki cieszyło się, że mogę mu pomóc.

Jan jest już na trzecim roku studiów, dorabia i sam się utrzymuje. Po studiach znalazł pracę i sam się utrzymuje. Do domu przyjeżdżał rzadko, raz w roku. Ja wciąż nie byłam w Warszawie, choć podwędrowałam po całej Polsce.

Kiedy przyszło mu wyjść za mąż, odłożyłam pieniądze zebrałam sześćdziesiąt tysięcy złotych, żeby pomóc przy weselu. Pół roku temu Jan zadzwonił i przekazał mi długo wyczekiwaną nowinę zamierza się ożenić.

Mamo, nie przyjeżdżaj, dopóki nie pobierzemy się formalnie, a wesele zorganizujemy później ostrzegł mnie syn.

Zasmuciło mnie to, ale co zrobić? Jan przedstawił mi swoją narzeczoną przez wideorozmowę. Dziewczyna, imieniem Łucja, wyglądała przyzwoicie, piękna i zamożna. Jej ojciec, bogaty przedsiębiorca, był dla mnie jedynie powodem do radości, że syn ma wszystko pod kontrolą.

Minęły tygodnie, a Jan wciąż nie przyjeżdżał i nie zapraszał mnie. Nie mogłam się doczekać, by zobaczyć synową i przytulić syna, więc kupiłam bilet kolejowy, spakowałam domowe jedzenie, nawet upiekłam chleb i wzięłam kilka bułek. Zadzwoniłam do Jana przed odjazdem.

Co to za pomysł, mamo? Jestem w pracy, nie zdążę cię przywitać. Weź tak ten adres i zamów taksówkę rzucił Jan.

Rano dotarłem do Warszawy, zamówiłem taksówkę i zszokował mnie koszt przejazdu. Jednak poranek w stolicy był piękny, mogłem podziwiać widoki z okna.

Drzwi otworzyła mi Łucja. Nie uśmiechnęła się, nie przytuliła, a jedynie suchą głową skierowała mnie do kuchni. Jana nie było, pojechał wcześnie do pracy.

Rozpakowałem torby, wyciągnąłem ziemniaki, buraki, jajka, suszone jabłka, marynowane grzybki, ogórki, pomidory i kilka słoików konfitury. Łucja patrzyła w milczeniu, po czym stwierdziła, że to wszystko na nic, bo nie jedzą takiego jedzenia i w domu nie gotują.

Co wy jecie? spytałem zdziwiony.

Codziennie zamawiamy jedzenie z dostawą. Nie lubię gotować, bo po gotowaniu w kuchni zostaje nieprzyjemny zapach, który długo się rozwiewa odparła Łucja.

Zanim zdążyłem się otrząsnąć, na kuchnię wszedł mały chłopiec, trzy i pół roku.

Poznajcie mojego synka, Dariusz przedstawiła Łucja.

Dariusz? zapytałem.

Nie, Dariusz, nie Dariusz. Nie lubię, kiedy krzyżują imiona odparła.

Dobrze, jak powiesz, Łucjo wymamrotałem.

Ja nie Łucja, ja Łucja skorygowała. W mieście nikt nie zmienia imion, ale skąd mam wiedzieć

Łzy napłynęły mi do oczu. Nie dlatego, że syn wziął żonę i dziecko, lecz dlatego, że nie powiedział mi o tym.

Patrząc po ścianie, zobaczyłem duży, weselny portret.

O, nie było wesela? To przynajmniej piękne zdjęcie wymamrotałem, starając się zmienić temat.

Co to nie było wesele? Było, dla dwustu osób. Po prostu nie było ciebie, Jan powiedział, że jesteś chora. Może tak lepiej odparła Łucja.

Czy będziesz jadła śniadanie? zapytała.

Tak odpowiedziałem niepewnie.

Łucja postawiła przede mną filiżankę herbaty i kawałki drogiego sera tak rozumieła śniadanie. Ja potrzebowałem solidnego posiłku po drodze, więc zamierzałem usmażyć jajka i zjeść domowy chleb. Łucja stanowczo zakazała smażenia, tłumacząc, że zapach w kuchni jest nie do zniesienia. Odmówiła mi też chleba, twierdząc, że ona i Jan jedzą zdrowo.

Zrezygnowałem z jedzenia, bo było mi przykro, że nie zostałem zaproszony na wesele, na które czekałem latami i na które odkładałem pieniądze. Piłem herbatę w milczeniu, Łucja cicho siedziała przy stole. Nagle przyszedł chłopiec i przytulił się do mnie. Łucja machnęła ręką, że nie wolno, bo nie wiem, skąd przybyłem.

Nie miałem dla niego miejsca, więc podałem mu słoik malinowego dżemu, mówiąc: Będziesz miał słodką przekąskę do naleśników. Łucja wyciągnęła z ręki słoik i krzyknęła:

Ile razy mam ci powtarzać? Jesteśmy na diecie, nie jemy cukru!

Czułem, że zaraz pęknę. Nie dokończyłem herbaty, wyszedłem na korytarz, zdjąłem buty. Łucja nie zwróciła uwagi, nie zapytała, dokąd idę. Wyszedłem na przystanek, usiadłem na ławce i pozwoliłem łzom popłynąć. Nigdy nie czułem się tak przygnębiony.

Po chwili zobaczyłem Łucję wyprowadzającą chłopca, a razem wyniosła wszystkie moje słoiki i kanapki na śmietnik. Nie miałam słów. Gdy odeszła, spakowałem rzeczy z powrotem do torby i pojechałem na dworzec. Miałam szczęście ktoś zwrócił mi bilet, więc kupiłam go na wieczór.

Obok dworca była jadłodajnia. Zamówiłem bigos, kawałek smażonego mięsa, ziemniaki z surówką. Byłem głodny, zapłaciłam sporo, ale przecież zasługuję na coś smacznego.

Schowałam torby w schowku, miałam jeszcze kilka godzin na spacer po Warszawie. Miasto mi się spodobało, trochę się rozproszyłam. W pociągu nie spałam, płakałam. Smutno mi było, że syn nawet nie zadzwonił, nie zapytał, gdzie jestem.

Teraz, patrząc wstecz, zastanawiam się, co zrobić z pieniędzmi, które odłożyłam na wesele. Czy zwrócić Janowi te sześćdziesiąt tysięcy złotych, by wiedział, że mama zawsze o niego dbała? A może wcale ich nie oddać, bo nie zasłużył na to? To pytanie zostaje ze mną na dłużej.

Lekcja, którą wyciągam: nie warto poświęcać całego życia i oszczędności na ludzi, którzy nie doceniają naszej miłości.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

17 + 18 =

W GOŚCINIE… DO SYNA…