Zwykli Ludzie

Ulicą Marszałkowską w Warszawie tego wiosennego popołudnia huczało, jak zwykle w pierwszych cieplejszych dniach, kiedy mieszkańcy wreszcie odczuli przytulny dotyk słonecznego promienia. Szare, ciężkie grudnie, które jeszcze przed chwilą zamieniły się w szare, przyklejone do bruków kulki, teraz rozmyły się pod stopą przechodniów, a wąskie strumienie wody szumiały po kamieniach, lśniąc niczym srebrne nici, i biegły w dół wąską alejką ku kościołkowi pod św. Anny. Wewnątrz tego kościoła już od rana panował zamieszany gwar. Z przystanku mikrobusu wyskoczyła grupa osób w pastelowych sukienkach i chustach miękkich, niebieskich, zielonych i białych, które nagle przywijały się do twarzy jakby w obronie przed zimnym wiatrem. Mężczyźni w eleganckich garniturach, z krawatami i wypolerowanymi butami, dodawali temu obrazowi powagi.

Z mniejszego samochodu wysiadła zdeterminowana kobieta, spojrzenie miała skupione i ostrożne.

Bogno! Nie zostawaj sama, Bogno! Poczekaj, podam ci rękę! rzucił się w stronę niej Sławomir, wyprzedzając samochód i pędząc w stronę żony.

Nie krzycz, Sławo. Piotrek już zasnął. Nie wywołuj hałasu. Boję się szepnęła zdezorientowana Bogna. Nigdy wcześniej nie trzymała noworodka w ramionach. Po raz pierwszy stała się matką i dręczyło ją, że mały Piotrek może się przestraszyć, krzycząc jak tydzień wcześniej, kiedy kąpano go w wanience. Wtedy tak się rozchwiał, że Sławomir wezwał lekarza. Do domu wkroczyła spokojna, lekko obojętna pediatr, dr Marzena Wiktoria, która po chwili przeszła do pokoju, w którym młoda matka trzymała się za brzuch, przerywając zadyszkowany oddech.

Połóż go, nakazała dr Wiktoria.

Co? Nie słyszę! przerwała Bogna, wirując głową w rozpaczy.

Dziecko, połóż, bo trzęsiesz je jak marionetkę! Nie rób tak, bo wszystkie kości w głowie mogą się poplątać! odpowiedziała dr Wiktoria ostro, aż w uszy Bogny wleciał szok.

Boże! Bogna uniosła brwi, przerażona patrząc na męża.

Sławomir uśmiechnął się pod nosem. Ta młoda Katarzyna, choć jeszcze niewinna jak dziewczyna, już wydała na świat pierwszego syna Sławka, dziedzica. Nikt nie wiedział, jak go wychować.

No więc połóż go wreszcie! rzekła położna z nutą rozpieszczonego podniecenia. A jak wygląda tata!

Sławomir podciągnął się dumnie, jakby właśnie miał odegrać nową scenę w życiu. Żona zauważyła, że nos mu trochę czerwonawy, a uszy nieco mokre to jeszcze nic poważnego.

Mały głowa, na pewno pełen pomysłów! kontynuowała dr Wiktoria. Tata, co trzymasz? Okryj okno, by chłód nie doszedł do maleństwa!

Sławomir natychmiast zamknął okno.

Co z nim jest? Przecież nigdy nie był taki… wymamrotała Bogna, ledwo łapiąc oddech.

Co ci ma zrobić mężczyzna? Gdyby urodziła dziewczynkę, to byłoby lepiej! A tu chłopiec, i to mały! dr Wiktoria kontynuowała, obracając dziecko, rozciągając jego małe nóżki i ręce, które drżały od skurczu.

Kolki, podsumowała po chwili. Dam ci receptę. Nie trzęś go tak, mamo! To się poprawi. Chłopiec ma dobrą kondycję, tylko potrzebuje smoczka. Daj mu smoczek!

Jesteśmy zdecydowanie przeciw smoczkom! wtrącił się Sławomir, wyglądając jakby miał wywołać burzę.

Przeciw? zapytała nieco obojętnie dr Wiktoria. Bogno, oddaj dziecko ojcu i idź do kuchni. Zawiąż pieluszkę, to będzie pewniejsze.

Bogna niechętnie skinęła głową, po czym przekazała Piotrka mężowi.

Dobrze, idźmy napić się herbaty, zawołała dr Wiktoria, wybuchając śmiechem. Pijmy, bo dzieci to prawdziwa przygoda!

Połykając Borunę pod pachą, dr Wiktoria odprowadziła ją w stronę kuchni, a Sławomir, przytulając synka, stał przy oknie, próbując uspokoić dziecko.

W kuchni panował chłód, zapach kawy unosił się w powietrzu.

Mamy czajnik, cukier, zaparzmy herbatę. Trzeba coś do przekąszenia, rzekła dr Wiktoria, rozglądając się po kuchni.

Bogna postawiła dwa kubki na stole. Nie wiedziała, że położne w szpitalu mają takie zwyczaje.

Co takie? dopytała dr Wiktoria.

Młoda matka zadrżała, myśląc na głos o pierwszych trudnych chwilach.

Nie mam nic złego zrobić, po prostu wzruszyła ramionami. Bycie lekarzem sprawia, że wszystkiego się nie boję.

Dr Wiktoria skinęła. Książki i internet pomogą, a twoja odpowiedzialność już widać termometr w kąpieli, czysty fartuch, zadbane maleństwo. Pij herbatę, póki jest czas!

Nie potrzebuję krzyku, zrobiczeknęła Bogna, po czym zapłakała.

Co się stało? przestraszyła się dr Wiktoria.

Jestem zmęczona. Chcę spać. Piotrek je dużo, nie lubi mokrych pieluszek, a ja już nie mam sił szlochając, wyznała Bogna. Dni, miesiące, lata, a nawet własne imię wydaje się mglistą. Nie wytrzymam. Muszę skończyć semestr, uczę się z Sławkiem, mam trzy egzaminy, a nie mogę Nic już mnie nie cieszy.

Dr Wiktoria westchnęła, patrząc na ekran tabletka, który szumiał informacjami.

Gdzie pomoc? Czy masz rodzinę? zapytała.

Rodzice są daleko, nie przyjedą. Mój ojciec i matka nie popierali naszego małżeństwa i dziecka Teraz mówią, że nie pomogą. To ja jestem winna, prawda?

Bogna wypiła herbatę, zamknęła oczy.

Winna? Co to znaczy? Dlaczego los zesłał ci tego małego chłopca? rozmyślała. Może przytyłam pięć kilogramów, a on waży cztery i pół.

Dr Wiktoria uśmiechnęła się szyderczo. Masz co jeść. Słyszysz? wskaźnik palcem. Nie potrzebujesz smoczka Pożyw się i położ się spać. Twój syn już się wyciszy i będzie dłużej spał.

Zanim Bogna wyrzuciła się z krzesła, położyła papkę, popijała jabłkową pastylą, którą Sławomir kupił w pobliskim bazarku, i położyła się na małej kanapie. Nie zdołała już sięgnąć po koc, więc zasnęła natychmiast.

Wspomnienie tego poranka wciąż było żywe.

Teraz Bogna w kremowej sukience i szpilkach stała przed domkiem przy kościele, trzymając Piotrka na rękach. Dziś miał zostać ochrzczony, a serce jej drżało jak liść na wietrze.

Kocie, czas! Daj go tutaj. Ach, mój słodki chłopczu! szepnął Sławomir, prowadząc ją w stronę gości.

Goście wkrótce weszli do przytulnego domku, a ceremonia chrzcin rozpoczęła się. Piotrek płakał, krzyknął kilka razy, a potem otworzył niebieskie oczka, spoglądając w niebo, gdzie na sklepieniu witrażowym migotały święci. Goście uśmiechali się, a chrzestna, przyjaciółka Bogny, skinęła głową.

Ten maluch to twardy orzech! szepnęła pod nosem Bognej. Dobra robota, kochani!

Dr Marzena Wiktoria weszła powoli przez żelazne wrota kościelnego podwórka i skrzyżowała się. W pobliżu stał mężczyzna w kapturze i kapturem, niechętnie zdjął czapkę, odsłaniając łysą głowę. Dr Wiktoria spojrzała na niego surowo.

Proszę zdjęcie czapki, to miejsce nie jest dla takiego ubioru zwróciła się do niego.

Mężczyzna ze zmarszczonymi brwiami poddał się, a dr przewróciła oczami, jakby nie wierzyła w tradycję.

Dobre chrzestne, piękna para, a ich dziecko cudowne! zauważyła położna, nie podchodząc bliżej.

Chrzest to chrzest. Dziecko tylko płacze! przerwał mężczyzna.

Nie rozumiesz odparła dr Wiktoria, kręcąc głową.

W tle rozległła się wołająca komórka: Michał, musimy go ochrzcić, czuję, że wtedy wszystko się ułoży i Szymek wyzdrowieje!

Michał, inżynier, patrzył na przyjaciół, którzy wznosili toast za zdrowie chłopca, i zadrżał, gdy usłyszał telefon. Połączenie z oddziałem noworodkowym przyniosło wieści o ciężkim stanie noworodka Szymka, syna przyjaciół. Jego lekarze walczyli o każdy oddech, a w szpitalu już słychało płacz i rozmarszczone głosy.

Co? Nie rozumiem! wyszeptał Michał, patrząc na przyjaciół. Co się stało?

Rozmowa w szpitalu, wstrząsająca i pełna gniewu, rozbrzmiewała w jego głowie. Wszyscy wciągali się w wir sporów, lecz dr Wiktoria, nieustraszona, podeszła do Bogny i szepnęła:

Chrzest pomoże. Zaufaj mi.

Bogna, przytulona w ręce Sławomira, patrzyła na płonący wstępny krzyż. Po chwili wesoły śpiew i szelest wierszy, a cała para rozeszła się w stronę życia, niosąc w sercach obietnicę, że wszystko będzie dobrze.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

jeden × 3 =

Zwykli Ludzie