Jej szef

Sasza pędziła do pracy, a zegar wybijał już północ koszmar w rytmie spóźnienia! Gdy nie przejdzie przez bramę głównego redaktora, będzie musiała pisać wyjaśnienia, dlaczego uznana za pracownika miesiąca Aleksandra nagle zatonęła w pośpiechu.

Piotr Mikołajewicz uwielbiał papier. Listy, notatki, podziękowania, przeprosiny, listy zakupów wszystko, co mogło zadrukować się w jego rękach, przyciągało go niczym magnes. Skąd w nim ta biurokratyczna pasja, nikt nie potrafił wyjaśnić.

Żona wrzucała mu listy zakupów, które wypadały z kieszeni spodni, a koledzy podrzucali różne służbowe notatki wszystko w jednym koszu, a Piotr Mikołajewicz mrugał zadowoleniem.

Po co to znosicie?! krzyczała przyjaciółka Saszy, Jula. Pracowała w małej kawiarence przy ulicy Żurawia, którą dziewczyny dzieliły po równo, i twierdziła, że nie ma lepszej roboty. Boże! Dzięki wam zaraz wszystkie lasy w lesie przytną! Napiszcie mu maila! To nowoczesne i eko!

Nie rozumiesz, Julu, wzdychała Sasza. Ten człowiek jest z papieru utkany. Wszędzie wypadają mu kartki z kieszeni, a jego notes rozrzuca je jak konfetti. Chyba to go kręci. On w swoim żywiole, mówiąc wprost. Niech tak płaci nam dobrze i nie zmusza do weekendowych sprzątania.

Argument nie był mocny, lecz Jula wzięła go sobie do serca. Właściciel kawiarni co kwiecień każdemu kazał malować płot i myć ściany. Jula przy tym kichała od farby, a kurz podciągał jej kichanie. Brak koniecznych sprzątań wcale nie szkodził, więc temat o pracodawcy został zamknięty.

Dziś, jeśli Sasza nie przebije się przed Piotrem Mikołajewiczem, choćby na sekundę, nie obejdzie go to, a skończy się w wyjaśnieniu.

Co napisze w takiej liście?

O, będzie tam mnóstwo punktów

Zaspała, bo budzik zgasł, a wraz z nim cała elektryczność w mieszkaniu. Potem z Jula biegły po podłodze, wycierały kałużę pod przeciekającą lodówką, połały na szybko zimną owsiankę z wieczora, a potem, jakby cud się stał, wzięły wodę z kranu zimną, ale wciąż wodą. Po kąpieli przeszły do kobiecych drobiazgów tusz, róż, cienie, szminkę.

Julii płaszcz był pomięty, bo w nocy na niego wskoczył kot Ignacy, który wpadł w połamany śnieg w podłodze zamrażarki, zakopał się, schował i postanowił przeczekać burzę. Burza go dogoniła, a jego łapkę złapał Julii pantofel, który wbił go w puszysty, futrzany tyłek. Ignacy nigdy nie był tak poniżany, więc odleciał na balkon, by się smucił.

Jula szukała innego płaszcza, bo żelazko odmówiło współpracy

To wszystko pochłonęło mnóstwo czasu. Kiedy się otrząsnęły, było już późno.

Sasza, ubierając wreszcie Jula i życząc jej miłego dnia, ledwo zdążyła wskoczyć na schody odjeżdżającego tramwaju, wciągnięta jak galaretka w tłum, kiedy jakiś mężczyzna przytulił ją, by nie przygniotły drzwi. Sasza spojrzała na niego tak, że jego troskliwa ręka zniknęła wraz z właścicielem.

Teraz nie dało się zebrać wszystkich świateł na drodze, nie uderzyć w poręcz i nie stać się ofiarą złodziei w takim tłumie wszystko jest możliwe!

Gdyby Sasza została przyłapana na spóźnieniu, straciłaby premię. Ta premia już była podzielona część na morze, druga na nową kuchenkę mikrofalową, trzecia na buty.

Gumowa premia tak ją nazywały dziewczyny. Sasza zasłużyła na nią! Jednak jedno wykroczenie mogło wszystko zrujnować.

Aleksandra trzymała się mocno, by nie wybiec i nie biec po moście, wyprzedzając tramwaj. Szybsza nie dałaby się, ale iluzja wysiłku zawsze rozgrzewa.

Tuż przed jej nosem chłopak złapał się poręczy; rękaw jego kurtki podciągnął się, odsłaniając okrągłe zegarek na rękę. Miał wiele wskazówek i kilku tarcz.

Sasza przerażona wpatrywała się w zegarek i minuty, próbowała odwrócić wzrok, ale oczy same wracały do tarczy.

Spóźniacie się? zapytał współczująco chłopak. Dzień dziś szalony

Tak, przyznała Sasza, przyciskając ramię do pachwiny, która już się spociła.

Wiecie, co mówią? Tam, gdzie czekają, nie da się spóźnić, uśmiechnął się chłopak.

Aleksandra przycisnęła wargi. Normalnie skinęłaby głową, lecz teraz ta filozoficzna myśl nie wleżała na szali mikrofalówka i morze!

Nazywam się Kola, dodał młodzieniec, po chwili ciszy czekając na odpowiedź, której nie dostał, i kontynuował:

A pani?

Ja jestem Olga Zofia. Proszę przepuścić mnie, młody człowieku! Kola odsunęła się na bok swoim dużym, pięknym biustem w lekkim płaszczu i koronkowych rękawiczkach. Z jej ciała unosił się zapach perfum, a usta były tak krwistoczerwone, jakby pomalowane burakiem.

Kobieta zachrypła i niechcący dotknęła rękawa Koli swoimi buraczkowymi wargami.

Przepraszam! wymamrotała Olga Zofia. Dziś burzy!

I wtedy Sasza rozpoznała, kto to jest. Żona szefa. Nikt jej nigdy nie widział, nie było jej zdjęcia w gabinecie Piotra Mikołajewicza, a jednak każdy słyszał jej głos w głośnym połączeniu

Widziałam twoją gazetę rano, Piotrze! To nic nie warte! Artykuł o mamutach już się znudził, rozumiesz?! Widziałem zwykły człowiek wrzucił twoją gazetę do kosza, a jakiś bezdomny

Mówiła dalej, nie krępując się w opisach, barwiąc wszystko na krzyk, a podwładny, świadek tej groteski, tonął w ciemności holu.

Co dalej? pytali koledzy.

Rozpłata. Twoje mamuty, Srebrny, nie trafiły do cioci Oli! drwił reporter. A moja wystawa porcelany rozgrzała serce tej krokodylicy!

Rozległ się stuknięcie w nos młodego nieudacznika Srebrnego, dumny krok zwycięzcy autora artykułu o porcelanie, po czym rozległ się ryk Piotra Mikołajewicza, wzywający wszystkich do sali konferencyjnej.

Olga Zofia nigdy nie pojawiała się w redakcji, ale jej duch wisiał wszędzie.

Kto ona jest, by krytykować naszego Piotrusia?! oburzały się kelnerki. Były słyszały o despotycznej żonie szefa. Biedny! Będzie przychodził, zje ciastka, wypije herbatę, a ona już dzwoni, przesłuchuje, co i jak! Kurcze!

Kurcze spojrzała na tramwaj, przebiła się do wagonów, zepchnęła kilku chłopców, którzy zagłębieni w smartfonach, uśmiechali się do siebie i wciągali nosy w powietrze, usiadła i usiadła obok Piotra Mikołajewicza.

Przepraszam. Proszę, po prostu wymamrotał on, trzymając na kolanach teczkę.

Jak szkolny chłopiec! pomyślała Sasza, gdy minęło pierwsze zdziwienie, że zobaczyła samą Kurczę. Dziewczyny zazazdrościłyby.

Co ty marudzisz? Daj tu swoją walizkę! władczo wyłowiła teczkę Olga, klikając zamknięciem i wsunęła rękę do torby. To jest, to jest A klucze? Piotrze, gdzie klucze? Znowu będziesz siedział przy drzwiach, gdy ja chodzę po Galeries Lafayette z Simką? Zwariowałeś!

Sasza i chłopak z zegarem patrzyli, jak twarz Piotra zalewała farba wstydu albo zakłopotania.

Lole, nic. Czemu krzyczysz? Nic nie szkodzi. Wyjdźcie, a ja wjadę po mamę wymamrotał on.

Jaka mama, Piotrze?! Do mamy jedziemy co trzecią sobotę miesiąca. Czy to już trzecia sobota? zapytała żona Piotra surowo, niczym nauczycielka.

Dziś środa, podpowiedział Michał.

A wy, młody człowieku, nikt nie pyta! ryknęła Olga Zofia.

Michał westchnął i wzruszył ramionami.

Zabawni, co? szepnął Saszy na ucho. Przepraszam, nie pamiętam, jak się pan nazywa

Tramwaj zadzwonił, szarpnął. Michał wcisnął się w policzek Saszy swoją nieogoloną, kolczastą policzką.

Co wy! zakrzyknęła Aleksandra.

Przepraszam bardzo. Burzy, jak już ktoś tu zauważył Michał spojrzał na Olgę Zofię z wyrazem współczucia. I proszę wybaczyć zarost. Dwa dni służby, nie zdążyłem się ogolić.

Sasza zauważyła, jak zmęczony wygląda ten chłopak, szaro-zielony.

Powinnaś zdrzemnąć się, współczuła.

To nie słowo! Muszę już biec do przyjaciółek, wyprowadzić psa, a potem do domu bajki. Dziękuję za troskę, uśmiechnął się Michał.

Tymczasem Olga Zofia, niczym staruszka z bajki o złotej rybce, rozrzucała papki coraz głośniej.

Dokąd patrzysz, Piotrze? potrząsnęła stos papierków. Zapamiętaj jeszcze raz to lista z pralni, to jest rozwinęła zmiętą kartkę, adres mojego masażysty, nie potrzebujesz, wsunęła do kieszeni płaszcza. To zamówienie. Zabierz. Sprawdź, czy wszystko świeże, rozumiesz? To, co trzeba kupić siostrze i siostrzeńcom. Pamiętasz, że jedziemy do nich w niedzielę? Piotr skinął. Dobrze! Dalej

Papki przeszły przez dłonie Olgi, a Piotr Mikołajewicz, kiwając głową, nagle spojrzał w oczy Saszy.

W jego brązowych oczach tliła się beznadziejność i prośba, by Sasza nie mówiła nikomu o tej upokarzającej scenie. Aleksandra skinęła głową.

Teraz mieli jedną tajemnicę ich dwójkę.

Po co Piotr z Olgą żył, wśród megery? Po co znosił taką kontrolę i despotyzm? On zrobił go. Z prostego dziennikarza wyciągnął redaktora naczelnego, powoli, krok po kroku. Dostrzegł talent w akademiku, poślubił się z nią, a potem przez ojca, wujka i znajomych wspinał się po szczeblach.

Olga nigdy nie pracowała każdy dzień wypełniała telefonami, spotkaniami w kawiarniach i domach, kontrolą życia rodziny

To ona, Lole, siedem lat temu zadzwoniła do Fimka, który wcisnął Piotra na to stanowisko. Fimek był szczytem w świecie gazet, a jednocześnie kochał energiczną Olgę. Umiała to wykorzystać.

Fimku, musisz to załatwić! Piotr już nie jest chłopcem, wszystko zamierza! Znajdź mu miejsce, słyszysz?! drwiła Lole. Obiecuję obiad w restauracji, niech tak będzie zaśmiała się, a Fimk zadzwonił do redakcji Czysty List, gdzie odszedł na emeryturę szef. Sekretarka Fimka, stukając palcami w klawiaturę, wydrukowała Rozkaz o mianowaniu

Olga Zofia była zadowolona. Restaurację nie odwiedziła, tłumacząc to migreną. Fimk wciąż żył nadzieją na ich spotkanie.

Piotr został szefem.

Zdezorientowany wszedł w swój pierwszy dzień w nowym gabinecie, wykończonym dębowymi panelami.

Olgo, nie dam rady! To maszyna nie dla mnie! szepnął, po czym ucichł, gdy przyniesiono mu herbatę i bułki z kantyny.

Olga przejrzała kelnerkę od stóp do głów, zmarszczyła brwi, po czym poklepała męża po ramieniu i powiedziała:

Nie martw się, Piotrze! Nie wszystkie garnki palą się w piecu. Damy radę!

I dała radę. Była szarym kardynałem. Piotr, kiedy nikt nie patrzył, dzwonił do niej, pytając, które artykuły wziąć, a które odłożyć. Nie dlatego, że nie wiedział, ale by szanować żonę. Ona, znudzona, żyła jego życiem. Chroniła żołądek, częstokroć leżała w szpitalu, a w przerwach między napadami zarządzała małym królestwem Czysty List.

Artykuł o mamutach od dziennikarza Szarego wpadł przypadkiem zamiast notatki o żarówkach dziennych, którą Piotr uznał za nudną.

Mamuty będą hitem! Mówię wam! tańczył Szary w gabinecie szefa. Każdy kocha prehistoryczne kości, lodowcowe epoki Nie wątpcie!

Piotr dzwonił pięć razy do Olgi, chcąc doprecyzować temat mamutów, ale ona nie odbierała, bo szła po Galeries Lafayette.

Mamut pojawił się na pierwszej stronie, wbijając w Olgę Zofię swoimi kłami. Nie spodobało się jej

Olga pilnowała też pracowników. Na jej żądanie administrator otworzył jej dostęp do bazy przyjść i odejść. I z rozgrożeniem w głosie, karciła męża, że ktoś spóźnił się oWreszcie wszystkie papierowe burze ucichły, a Sasza, uśmiechnięta, wsiadła do tramwaju, wiedząc, że jutro w biurze czeka ją kolejny surrealistyczny dzień pełen zapachu kawy, szelestu dokumentów i cichych mruczeń kotów.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

14 + 1 =

Jej szef